SuperXiu, “A Gift From The Sky”
SuperXiu, “A Gift From The Sky”
Ocena: 4+/6
10 złotych myśli doświadczonego “recenzenta”:
- W dzisiejszym świecie liczą się tylko piosenki. Dobre i nośne.
- Eksperymenty i improwizacje są dla dziwaków.
- Wszyscy się inspirują tymi, tamtymi i owamtymi, ale na szczęście niektórzy umieją nagrywać dobre piosenki, patrz punkt 1. Bardzo często to wystarcza.
- Nie trzeba być wirtuozem, by móc coś nagrać.
- Zespoły, które się nie stylizują i zamieszczają proste, urocze zdjęcia na swoich profilach MySpace od razu wydają się być sympatyczne. Nawet jeśli w rzeczywistości nie są.
- Polskie zespoły śpiewające po angielsku w prosty sposób unikają żenady tekstowej. Żenada tekstowa to zło, które potrafi zabijać całkiem niezłe kompozycje.
- Wszyscy lubią zgrabne, proste klawisze.
- Piosenki, o których się szybko zapomina, wcale nie są piosenkami.
- Recenzenci i inni blogerzy najczęściej piszą głupoty, ale ich zamiary są zazwyczaj szczere. Dlatego trzeba klikać w linki.
- Polskie zespoły wcale nie są takie złe, jak co niektórym się wydaje. -Łukasz Halicki
Krzysztof Orluk: Blurred Reflection

Krzysztof Orluk: Blurred Reflection
[Databloem, 2009]
Ocena: 5-/6
Najstarsi górale dobrze wiedzą, że ambient to nie jest żyzny grunt. Raz, że trudno o jakiekolwiek innowacje, odkrywanie nowych ziem i tym podobne, dwa że target wydaje się mikroskopijną grupką internetowych szperaczy-dziwaków. Na szczęście są tacy, którym się chce i co ważniejsze wychodzi im to naprawdę nieźle. Z naszych rodaków w zeszłym roku był dzielny Jacaszek, który może faktycznie chwilami niecnie manipulował smutkiem i melancholią, tak trudno powiedzieć by Treny były to płytą mniej niż dobrą. Z kolei tegoroczny Bednarczyk to owszem płyta niezła, lecz bardziej przetarcie szlaku niż wielkie dzieło mające podbić świat. I w tym oto momencie docieramy do Blurred Reflection, płyty może nie aspirującej jeszcze do pierwszej ligi gatunku, ale nieśmiało zaznaczającej swoją obecność w skromnych szeregach naprawdę dobrych ambientów.
11 impresji, którym daleko od banalnej nastrojowości, a ponadto dzięki sporej różnorodności, skutecznie unikająca bycia zbiorem monotonnych dźwięków emitowanych bez żadnego większego sensu. W zasadzie jest tu wszystko najlepsze co można znaleźć w temacie – manipulacje szumem w stylu Fennesza, chwile nieśmiałego patosu (świetne “Path” i następujące po nim “Soaring”), odrobina zacięcia lo-fi oraz pare nieco bardziej melodyjnych momentów jak chociażby “Overthesky (Bright Shpere)”. Chwilami ta różnorodność przeradza się w lekką niespójność, jednak z drugiej strony wyraźnie słychać, że Orluk wypracował już swój charakterystyczny alfabet dźwięków, tak więc ogólny rachunek jest na plus. Jednocześnie jego skupienie się na wymiarze artystycznym płyty, a nie budowaniu klimatu, okazuje się tutaj kluczem do sukcesu. Udaje mu się przykuć uwagę i prostymi strukturami, których słuchanie jest po prostu przyjemne. Jednocześnie nie rozwija wszystkiego do monstrualnych rozmiarów, lecz tworzy około 4 minutowe utwory, które razem tworzą wspólny, intrygujący obraz. Całość nie dla uduchowionych studenciaków, lecz prawdziwych fanów gatunku. I to jest chyba w tej płycie najlepsze. -Łukasz Halicki
Tides From Nebula: Aura

Tides From Nebula: Aura
[Rockers Publishing, 2009]
Ocena: 4+/6
Trzecie podejście. Każdy poprzedni tekst albo był zły do szpiku kości, albo popadał w nieznośny wykład o śmierci post-rocka czy też przeradzał się w żałosne filozofowanie czy są tu złoża metalu czy też może nie. Było operowanie banałami, że wszyscy naokoło chwalą i trudno się nie zgodzić, że to, tamto i owamto. Jednak generalnie chodzi o to, że Aura to zaskakująco dobry kawał instrumentalnego gitarowego grania, które dzięki swej bliskości do nowoczesnych metalowych wzorców przynosi lekki powiem świeżości w rejony, gdzie wydawało się, że tlen już się dawno skończył.
Teoretycznie nuda – przez nieco ponad 45 minut 4 kolesi łoi niemiłosiernie, zwalniając tempo jedynie na budujące klimat wstępniaki. Na szczęście tym razem teoria mija się z praktyką i świat zostaje po raz kolejny ocalony. Chłopakom z Tides From Nebula udaje się bowiem konstruować naprawdę imponujące kompozycje, które nie popadają w onanistyczne solówkowanie, a zamiast tego zachwycają świetnym rozłożeniem dźwięków i doskonałym budowanie napięcia. Także są tu i dosyć zwięzłe nawiązania do metalowej klasyki jak chociażby w “Sleepmonster”, ale jest też genialne budowanie gitarowych historyjek jak w “Tragedy Of Joseph Merrick” czy ostatnim na płycie “Apricot”. I chociaż trudno cokolwiek wyróżnić czy powiedzieć o lepszych lub gorszych momentach to wszystko tworzy tutaj bardzo solidny, świetnie zagrany i wyprodukowany album, który może i nie powala oryginalnością, ale cieszy słyszalną pasją i kreatywnym podejściem do tematów z okolic post-rocka. Czymkolwiek on tam był lub jest. -Łukasz Halicki
The Spouds: Serenity Is Only A Brainwave (EP)
The Spouds: Serenity Is Only A Brainwave (EP)
[Saturator, 2009]
Ocena: 4/6
The Spouds reprezentują gitarowy konkret, którego jak do tej pory w naszym kraju niewiele się zrodziło. Fugazi, brud, At The Drive In, garaż. Tylko to ostatnie w wydaniu polskim reprezentowały do tej pory głównie rozmaite punki, w końcu doczekaliśmy się tych z przedrostkiem post. Hardcore, punk, cokolwiek. Najważniejsze, że gitary błyskotliwe, a kompozycje zaskakująco dobre jak na debiutantów. Bo niby jazgot, ale z pomysłem. Pierwsze “Running With Scissors” zahacza o obecne gitarowe mody, na szczęście jedynie sprytnie się o nie ocierając. Następne w kolejności ”No Light”, z jednej strony najbardziej reprezentatywne dla całości, z drugiej przynosi największy pierwiastek melodyjności, stając się tak jakby ich hiciorem. Dalej jest już może mniej zapamiętywalnie, lecz to właśnie tutaj kryje się najwięcej z ich potencjału. Solidny gitarowy wykop, w miarę skuteczne omijanie szablonów i skojarzeń oraz wokal, który bardziej krzyczy niż smuci. Brzmienie całości idealnie surowe, dzięki czemu można powiedzieć, że brak doświadczenia przy studyjnym stole szlifierskim wychodzi w tym wypadku zespołowi na dobre.
Jeśli chodzi o marudzenie to “11″ jest tu zdecydowanie najsłabszym ogniwem, a eksperymenty z saksofonem lepiej wypadają na żywo, niż na płycie. Jednak tak poza tym, ta niemal pół godzinna płyta-EP-ka, to naprawdę udane pierwsze kroki. Gdy dodamy do tego całkiem niezłą dyspozycję koncertową, o czym można było się przekonać podczas premiery Is Only A Brainwave w Saturatorze, mamy jeden z ciekawszych polskich kreatywnych gitarowych łomotów od naprawdę dłuższego czasu. I wreszcie ktoś, kogo inspiruje indie w wydaniu poniżej 2.0. -Łukasz Halicki
Karol Schwarz All Stars: Rozewie
Karol Schwarz All Stars: Rozewie
[Nasiono Records, 2009]
Ocena: 4=/6
Dużo dziwności dzieje się na tej płycie. Króluje absurd, bezsens i generator. I jeszcze “Krasnoludki”. Trzydniowe impro zmieniło się w płytę, a hipisi są wśród nas i mają się całkiem nieźle. Oł jeee. Klimatycznie, ideologicznie to wiecie Velvet Underground, może Can, te sprawy. Plus wierność metodzie “taking drugs to make music to take drugs to”. Muzycznie nie bardzo wiadomo co. Niby hałas, ale ani to Sonic Youth, ani Fennesz, raczej słowiańska odpowiedź na hałasowe trendy w muzyce. Haha. Generalnie jednak przeważa narkotyczna swoboda rozłożenia dźwięków w czasoprzestrzeni, z której chwilami rodzą się rzeczy naprawdę wciągające i ciekawe. Ot chociażby “Ona”, końcówka “Dolnego Miasta” czy wspomniany już hit singiel “Krasnoludki”. I o ile pierwsze sześć utworów można potraktować jako słodziutką zabawę i eksperyment, to w dalszej części albumu “dusze, umysły i ciała członków zespołów wydają się być nękane czystym szaleństwem i wizjami wywołanymi przez wszystkie używki tego świata”. Piosenkowość znika, a stery przejmuje surrealistyczna jazda jakiej zwykli ludzie nie widzą. Maksymalnie chaotycznie, maksymalnie narkotycznie, maksymalnie bez ładu i składu. Także można marudzić, że końcówka to już krańcowe stany świadomości, że odlot w nieziemskie rejony i znikoma wartość dla ludzkości, ale przecież nie o to tu chodzi. Liczy się klimat, atmo i sfera oraz totalnie zluzowane podejście do procesu nagrywania. Z tych trzech dni udało się Karolom wycisnąć zaskakująco sporo dobrej muzyki i niewiele mniej tej niezbyt udanej. Ogólny rachunek jest więc na plus, a cała idea i klimat dodatkowo podbijają końcową notę. Szkoda, że ludzkość tego nie zrozumie. Pozdrawiamy ludzkość. -Łukasz Halicki
Agnieszka Chylińska, “Nie Mogę Cię Zapomnieć”
Agnieszka Chylińska, “Nie Mogę Cię Zapomnieć”
Ocena: 3-/6
Choroba dekompresyjna może wystąpić w sytuacjach, gdy nurek zbyt szybko wynurzy się na powierzchnię bez zastosowania odpowiedniej prędkości i przystanków dekompresyjnych. -Wikipedia
Lista 10 rzeczy, jakich nie uświadczymy na nowym singlu Chylińskiej:
- Skawy
- Krzysztofa Misiaka
- Tragicznego numetalowego rzępolenia
- Okropnego industrialnego pobrzdąkiwania
- Maniery wokalnej przypominającej dławiącego się buldoga
- Buntowniczych tekstów
- Faków do nauczycieli
- Skawy
- Skawy
- Skawy
A co za tym idzie, zamiast klasycznej błędnej formuły, że “życiowy” tekst rymowany + łatwo wpadająca w ucho melodia + ciężkie gitary = sztuka antykomercyjna, mamy absolutną zmianę wszystkiego. Odpowiedzialny za szokujący singiel Puszka Okruszka sprzed kilku lat, “Sexi Plexi”, duet Plan B postanowił zamienić Chylińską w Reni Jusis (“Nigdy Ciebie Nie zapomnę”, he? – cóż za zmyślność tytułu!) generując porządny, łapiący znienacka shockwave. Bo zachodzi tutaj wiele sprzeczności w stosunku do Chylińskiej jaką znamy. Po pierwsze – nie wyłączyłem po 10 sekundach. Po drugie – nie wyłączyłem po pierwszym wejściu wokalu. Po czwarte – nie zaśmiałem się ani razu (chyba, że z zaskoczenia). Po piąte – nie jest to absolutny szlam, przebijanie głową dna. Po szóste – SZOK.
Oczywiście jednak, nie traćmy głowy. Kiedy odchodzi szok pozostaje nam odchudzona wersja Magnesu na modłę “Hi-Fi Superstar” lub ostatnio “Yeah yeah”, czy jak się nazywa ta piosenka, gdzie laski w teledysku udają, że odgrywają “Addicted to Love 3000 (Party Mix)”.
Jednakowoż. Jednakowoż moi drodzy. To jest najciekawsze co się wydarzyło u nas od czasów TCIOF nagrywających u “gościa z Tortoise”. Może nawet od czasów implikacji kryptogejostwa Graftmanna. Cały czas pozostaje pytanie, czy te laleczki voodoo z Agnieszką, odziane w skóry, której wbijamy szpile gdy tylko widzimy jej nazwisko, należy jedynie przebrać w coś pstrokatego, czy też można je odłożyć do szafy. Czekam na teledysk! -Emil Macherzyński
Duży Pe, “Spontan (Dzień w Dzień)”
Duży Pe, “Spontan (Dzień w Dzień)”
Ocena: 4/6
Pe to taki fajny kumaty koleś, który rap uprawia dosyć nieregularnie, angażując się w masę różnych projektów i w zasadzie żadnego dłużej nie ciągnąc. Ok, niby jest ta Masala, ale umówmy się, że nas to nie interesuje i skupmy się na hip hopach. Zgodnie z informacjami prasowymi Duży Pe jest obecnie “w stosunkowo zaawansowanym stadium produkcji” dwóch projektów emce-producent, tym niemniej żaden z nich nie jest współpracą z odpowiedzialny tutaj za bit Bob Air’em. Także tym razem (póki co) nie można mówić o jakiejkolwiek większej inicjatywie, a raczej zgodnie z tytułem, spontanicznej akcji nawinięcia pod bit, który gdzieś tam sobie leżał. Bit niezły, przygotowany przez wspomnianego już Bob Air’a, którego co bardziej zagłębieni w temat polskiego podziemia hh powinni kojarzyć z całkiem niezłego Kolumny Płoną 834. Generalnie, jakościowo podkład lokuje się w okolicach najlepszych momentów tamtego nielegala (czyli nie ‘och ach’, ale ‘ok’), a koncepcyjnie jest to ta sama historia, czyli prosty przebojowy bicik bez większego kombinowania. Kozacki to bardzo akuratne określenie – fajna dynamika, dobra energia i ciekawa opcja z flecikiem.
Duży Pe świetnie odnalazł się na tym bicie. Mocny, zaangażowany rap z kilkoma naprawdę mocarnymi linijkami jak chociażby “jeśli hip-hop nie żyje to jestem nekrofilem” czy “poparzyłem sobie dłonie tym wersem”. Słowa składają się tutaj na swego rodzaju manifest miłości do gatunku, siłą emocji porównywalny do tego czego można było doświadczyć na tegorocznej Ortedze, tylko tam był luz, a tu jest powaga. Pe operują podobną manierą i paletą uczuć co na świetnym “God Silence & Vodka” gościnnie u Holdcuta, także maksymalne zaangażowanie, nieco złości i stuprocentowa autentyczność. I to jest serio fajne, na swój sposób unikatowe i za to właśnie się go lubi. Gdyby wszyscy raperzy robili takie spontany i organizowali koncerty Ariel Pinka świat byłby lepszym miejscem. -Łukasz Halicki
