Polska 2009: Płyty
Złożyliśmy sobie tak nieśmiało we trójkę ten top i szczerze mówiąc wyszedł solidnie, przekrojowo, na bogato. Są popy, są hip-hopy, gitary, smęty, elektronika i okolice, jest niemal wszystko. Okazuje się, że polska muzyka to nie jest pare rodzynków rocznie z tej samej szufladki jak mogło się jeszcze do niedawna wydawać, lecz całkiem spora gromada działająca na różnych frontach. Z szacunku dla zasług wypada wymienić wszystkich tych, na których padły nasze głosy, lecz nie starczyło im miejsca w tej jedynej słusznej dziesiątce: The Black Tapes: The Black Tapes, Pati Yang: Faith, Hope & Fury, Michell Phunk: My Electric Emotion, WFD: Powrócifszy (miejsce 11), Te-Tris: Dwuznacznie, Drivealone: Thirty Heart Attacks a Day, Łozo aka Pitahaya: Z Lotu Ptaka, Ten Typ Mes: Zamach Na Przeciętność, Jot: Ostatni Skaut (EP), Krzysztof Orluk: Blurred Reflection (miejsce 11 ex equo z WFD), Blindead: Impulse (EP), Mardi Gras: Podaj Dalej, Plastic: P.O.P., Tides From Nebula: Aura, Kolorofon: kpt. Skała, Gaba Kulka: Hat, Rabbit oraz Setting The Woods On Fire: Setting The Woods On Fire. Gratulujemy płyt ponad przeciętną i życzymy jeszcze lepszych. A wielka dziesiątka poniżej – miłej lektury, słuchania, whatever.
10. Twilite : Bits & Pieces
Debiut Twilite to całkiem sympatyczna płyta, którą można z minimalną dozą ryzyka spróbować podrzucić znajomym. Wszelakim. Bits & Pieces nie jest bowiem albumem wyruszającym na podbój wszechświata i próbującym rościć sobie pretensje do bycia tym najlepszym (w czymkolwiek). Paweł Milewski i Rafał Bawirsz nagrali album, którego siła tkwi, przede wszystkim, w prostocie i jego uniwersalności. Te piosenki wcale nie zachwycają. One są po prostu dobre. Tak zupełnie naturalnie. Poza najbardziej żwawym i przebojowym “Disobey” brak tutaj ewidentnych bangerów, nawet w kategorii granie do poduszki. I nie chodzi tutaj o deprecjonowanie wartości tej muzyki, lecz bardziej podkreślenie, że jej sukces tkwi w prostocie. Poza New Century Classics, żaden polski zespół nie nagrał w tym roku płyty tak niezobowiązującej, a jednocześnie tak precyzyjnie przyjemnej. -Łukasz Halicki
09. Ramona Rey: Ramona Rey 2
Polski pop w wydaniu plusząco-szumiącym i trąco-chrzęszczącym. I choć powoływali się na Lady Gagę, ten barwny duet zabawiał bliżej Alcachofa z ostrzem electro i wokalną ekwilibrystyką godną najbardziej szalonych wyczynów Violetty Villas. Głos Ramony odgrywa tu równie istotną rolę co trzaski i syki, zachowując przy tym przystępną formę nucalnego radiowego przeboju, acz z dużą dozą ekscentryzmu wybiegającego nawet poza ramy tego albumu. Dni Wiatru rodzimego popu ekstrawagancko przejmujące wakat pozostawiony przez zagubioną ostatnio Reni Jusis i możliwie najciekawsze wydarzenie roku w muzyce polskiej. -Emil Macherzyński
08. The Car is on Fire: Ombarrops!
Możecie nie uwierzyć, ale są na świecie gorsze rzeczy niż lubienie TCIOF. Może nie było was wtedy przy radio gdy w 2005 na drobne kawałeczki rąbali studio Trójki, ale chcąc nie chcąc zespół jest klasyczny na rodzimym podwórku i fakt, że udało im się nie tylko podnieść po zniknięciu głównej siły sprawczej, ale tez rozbudzić ogólne zainteresowanie prawdziwym producentem, jest wart admiracji. Szczególnie to z producentem. Bo wierzcie lub nie, ale w Polsce ‘produkcja muzyczna’ to mit. Na szczęście zawartość merytoryczna tez się broni, a kosmiczna psychodelia oprawy graficznej dodaje fajnego smaczku do tej indie rockowej wyprawy w amerykańskim stylu. Rozpatrując to trochę w kategorii ponownego debiutu nie pozostaje nic jak czekać na sequel Lake & Flames BEZ położonej produkcji i roztrzepania. To by było. -Emil Macherzyński
07. Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
Największe zaskoczenie roku? Możliwe, choć trzeba mieć na uwadze, że Hey już wcześniej zaczynali eksperymenty (zwłaszcza Nosowska na solowych projektach). Zespół swoje nowe brzmienie zawdzięcza Marcinowi Borsowi, który wniósł powiew świeżości dodając do wcześniej charakterystycznego stylu trochę elektroniki, co słychać na przykładzie “Fazy Delta”. Ale jaka byłaby to płyta, gdyby nie Nosowska i jej teksty? Standardowo już na najwyższym poziomie – świetne, metaforyczne i z drugim dnem. “Kto tam? Kto jest w środku?” jednym z singli roku. Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! jedną z płyt roku. Naprawdę. -Dawid Bartkowski
06. CNC: No Mood
Maciejewski i Dejnarowicz to dobre chłopaki, które mają aspiracje by co roku gościć w czołówkach podsumowań polskiej muzyki. Co raz z innymi projektami, co raz w innej stylistyce. W CNC połączyli swoje super moce by pokazać światu, że w smutnej Polsce można robić dobre nagrywki z okolic shoegaze. A nie, że tam jakieś Hitifans (dla niezorientowanych oryginalna pisownia nazwy z jednej z darmowych gazetek walających się po warszawskich klubach) . W kwestii faktury i klimatu można powiedzieć, że No Mood jedzie na pomysłach wypracowanych na dwóch wydawnictwach Drivealone, choć wyraźnie czuć tu dobrą rękę rodem z Porcys. Znaczy się Borysa. Słychać i coś z TCIOF i coś z Divertimento, a nawet słychać parę innych rzeczy. Owszem króluje repetycjonizm, chwilami nieco przesadny, lecz generalnie nie ma w tym nic złego przecież, no bo są dobre motywy, a tym powtórki niegroźne. I gdyby tylko całość trzymała poziom utworu tytułowego, to spotkalibyśmy się zapewne kilka pozycji niżej. Póki co, jest miejsce szóste. Emil zostaje w kraju. -Łukasz Halicki

05. Małpa: Kilka Numerów O Czymś
Odkąd coraz to prężniej zaczęło działać “polskie podziemie internetowe”, nie było jeszcze płyty tak wielbionej przed swoją premierą jak Kilka Numerów O Czymś toruńskiego MC – Małpy. Album na pierwszy rzut oka/ucha niby taki jak każdy, ale torunianin udowodnił, że rap w klasycznej formie może brzmieć świeżo i naturalnie. Boombapowe podkłady od Returners, 2Stego i Ike’a, mnóstwo zajawki w tekstach gospodarza i mocne gościnne zwrotki, zwłaszcza Jinxa. Kilka Numerów O Czymś żyło, żyje i żyć będzie jeszcze długo w świadomości słuchacza. Być może zawsze. -Dawid Bartkowski
04. Kamp!: Thales One (EP) / Breaking a Ghosts Heart
Po zalewie dziecięcego dance-punku o sile rażenia plastikowego klocka, odwołujący się do Daft Punk i produkcji DFA zespół z trochę Łodzi, a trochę Wrocławia zaszczepił wraz ze swoim nie najwymyślniej nazwanym labelem w Polsce przede wszystkim świeżość. Czekałem na taki zespół lata całą i zaprezentowany materiał pokazuje, że można, trzeba tylko ściągnąć trochę Kraftwerk i przystopować na widok synth-popu The Killers. W skrócie chodzi o to, że to naprawdę nie jest fizyka jądrowa, i jak udowadnia epka i przede wszystkim epicki singiel robiący za nasze własne rodzime 45:33 okrojone do jednego motywu, czy też “Spacelab” albo miks Visage z Hugh LaCaine. Cały ten bełkot nie ma celu, zasadniczo po prostu chodzi o to, że “Breaking a Ghost’s Heart” to kawał, kurwa, piosenki. Za samo to zbuduję im kiedyś pomnik. A jak oduczą się adolescentnej neurozy to już w ogóle, strach myśleć. A o czym nie można myśleć, o tym należy nie myśleć. Więc milknę. Aj waj. -Emil Macherzyński
03. Ortega Cartel: Lavorama
Jakkolwiek można lubić Podziemne Disco i Nic się nie dzieje, tak albumy te nigdy nie wejdą do kanonu i za parę lat pozostaną w pamięci nielicznych. Lavorama to zupełnie inna bajka. Ten album zasługuje na psychofanów, fanfary i internetowe bi dżeje. Nie było bowiem w tym roku polskiej płyty, której słuchanie przyniosłoby mi więcej frajdy i której fizyczne posiadanie (pięknie wydane!) sprawiło tyle radości. Piter i patr00 z całą plejadą znakomitych gości nagrali klasyka. Na skraju podziemia i legalności powstał pełen pozytywnej energii, niesamowicie bogaty brzmieniowo hip-hop, jaki nie zdarza się na co dzień. Tym kolesiom udało się wykreować taki klimat, że nawet słabsze tracki (a na przestrzeni 33 utworów niestety takie się zdarzają) nie kierują palca w kierunku przycisku skip. I najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że rap (w sensie techniki i doboru słów) bywa na Lavoramie całkiem przeciętny. Chłopaki pokazują jednak, że liczy się pasja, zaangażowanie i czysta, nieskazitelnie wyluzowana zajawka. W tej materii oscylują w rejonach dziewiątkowych. -Łukasz Halicki
02. New Century Classics: Natural Process
Widzicie, nie trzeba wymyślać świata na nowo by zdobyć aprobatę takich wymagających cyników jak my. Potrafimy cieszyć się z małych zwycięstw. Tak jak w przypadku NCC, którzy korzystając z wytartych środków stworzyli szlachetnie ładnie album. Uroczo płynący, rozbudowany post rock z typową dla siebie ślamazarną dynamiką i dramaturgią. ‘Fajnie’. -Emil Macherzyński

01. Jazzpospolita: Jazzpospolita (EP)
Błyskotliwe chłopaki. Wzięli jazz i z nim eksperymentują. Z klasą, z wyczuciem, z wykopem. Znane źródła wskazują na mieszanie gatunków, co wiąże się z nie lada ryzykiem. Na szczęście przeważyły zdolności, dobre pomysły i świeżość. Bo niby wszystkie te nu-jazzy, jazz meets post-rock, jazz meets cokolwiek, to żadna nowa sprawa, a jednak wkrada się tu nowa jakość. Jest miła dla ucha przestrzeń, jest nienachalna wirtuozeria, a przede wszystkim znakomite kompozycje. Nie z tych, co rzucają na kolana lub męczą całymi dniami. Raczej te subtelnie piękne, urzekające swym kunsztem i doskonałym zgraniem muzyków. Jazzpospolita sprawia wrażenie zespołu mającego pojęcie co chcą grać i w którą stronę iść, a jednocześnie dającego sobie mnóstwo miejsca na eksperyment i odrobinę wyjścia poza schemat. Nie ma w tym jednak przypadkowości, ani chaosu, wszystkie dźwięki zostały świetnie dobrane i wyważone. I teoretycznie nie jest to potrawa dla każdego, bo przecie zabawy wokół jazzu, tak jest w tym pewna uniwersalność i siła by przyciągnąć każdego kto od muzyki oczekuje doznań odrobinę innych, niż gibanie się na disco czy mniej lub bardziej rytmiczne machanie głową. -Łukasz Halicki
The Black Tapes: The Black Tapes 7. New Century Classics: Natural Process 8. Pati Yang: Faith, Hope & Fury 9. Twilite: Bits & Pieces 10. Michell Phunk: My Electric Emotion
Pleq: The Metamorphosis / Pleq & Segue: Pocket Full Of Blue

Pleq: The Metamorphosis
[U-Cover, 2009]
Ocena: 4-/6
Starcie The Metamorphosis vs Pocket Full Of Blue zdecydowanie wygrywa to pierwsze wydawnictwo. O The Metamorphosis, kryjącego się pod pseudonimem Pleq Bartosza Dziadosza zdarzyło mi się już napisać parę zdań przy okazji rekapitulacji podsumowującej muzykę polską a.d. 2009, lecz umówmy się, że to trochę za mało i warto lepiej odnotować ten projekt. Przyjemna rzecz, trochę przydługa (dwa ostatnie utwory można sobie darować), może też odrobinę mecząca nieco powtarzalnym arsenałem dźwięków w co niektórych utworach. Jednak żeby nie było, pierwsza połówka bardzo zacna – słychać coś jakby Treny Jacaszka w otwierającym “Metamorphosis Pt. 1″, trochę Boards of Canada w “The Ballad of the Broken Heart” i generalnie jest miło, ambientowo w klimacie lekki szum/szelest. Są próby zabawy na granicy IDM oraz leniwego plumkania i pójście w tą stronę może i nie było by głupie. W tych momentach, gdy więcej dzieje się w kwestiach dynamiki niż szumu lub wkradają się nieśmiałe wstawki smyczkowe (“Don’t Cry My Dear”) śmiało można mówić o większym konkrecie muzycznym i tym samym czymś więcej niż muzyce tła. Cała reszta zbyt często ucieka w rejony ambitnej muzyki tła, w dodatku jadącej w dużej mierze na tych samych szumach i trzaskach. Tym niemniej za ambicje i poszukiwania, choć nie tylko, w kontekście kolejnych wydawnictw warto mieć na oku.

Pleq & Segue: Pocket Full Of Blue
[U-Cover, 2009]
Ocena: 2/6
Z kolei Pocket Full Of Blue, nagrane wspólnie z Kanadyjczykiem Segue jest zwyczajnie nudne. Raz, że wszystko niezbyt trzyma się kupy, dwa monotonia zabija. Utwór tytułowy autorstwa Segue okazuje się niestety być na tyle słaby i bezpłciowy, że i remix Bartka nie jest tu w stanie zbyt wiele wskórać. Najlepiej wypadają tutaj pierwsze “Fragments Of Memories As A Child”, które to co prawda w sposób dosyć oczywisty jedzie na pomysłach z The Metamorphosis (całkiem znośne), a także najlepszy na tym 4-utworowym wydawnictwie “Diaphonous”, lokujący się gdzieś w okolicach ostatnich dokonań Fennesza. Wszystko tak oszczędne w dźwięki, że aż ubogie. W kontekście tego co można posłuchać sobie na The Metamorphosis trudno mówić o jakiejkolwiek ewolucji czy nowej jakości. Nawet okładka zdecydowanie słabsza. -Łukasz Halicki
CNC: No Mood

CNC: No Mood
[DRAW, 2009]
Ocena: 4+/6
W obawie przed Borysem postaram się być szybki, zwarty i gotowy na opuszczenie kraju w każdej chwili. No Mood więc, ma dwie podstawowe wady. Pierwszą jest produkcja. Komputerowa, bezpieczna niczym gdyby nagrywana na presecie o najbardziej profesjonalnie brzmiącej nazwie. I nie to bym nagle stał się audiofilem, po prostu jestem (skromnego) zdania, że czy na dyktafonie czy w Abbey Road, produkcja musi mieć jakiś charakter jeżeli mamy zamiar iść z tym do ludzi. Co niewątpliwie jest przecież w chęciach CNC (ja nigdy nie chciałem iść do ludzi więc nic na mnie nie macie). A tu tego nie ma, słucha się wszystkiego jak eksperymentu na to ile nakładek wytrzyma procesor. Druga to ewidentne unoszenie się nad tym projektem ducha Divertimento Bez Budżetu. Czyli emfaza repetycji, tylko zamiast profesjonalnej neopoważki wykonanej dla, Borys wraz z Piotrem/Drivealone wykonali sami w domowych warunkach ujęcie projektu w stylistyce przelewających się gitar i syntezatorów. Zamiast delikatnych instrumentów klasycznych ewokacja metafizyki przychodzi za pomocą starego dobrego pogłosu. Choć takie “Plot Device 1″ zdaje się kłaniać niejakiemu “Pulses” z pewnego słynnego dzieła aż nadto.
A teraz pozytywy, choć raczej gorzkie, gdyż najlepszy kawałek na płycie brzmi jak shoegaze’owy remix jakiegoś nigdy nie wydanego kawałka The Car Is On Fire. “Magenta Ants” mimo swojego interesującego motywu gitarowego, naprawdę ładnie prowadzonych wokaliz i zmyślnie wykonanych zwrotek (wszystkie 3 elementy mają to, czego brakuje reszcie – hook, i to po jednym na każdy) grzęźnie w tej niekończącej się paradzie powtórzeń. Bo ileż można uświadczać tych powrotów? Uświerknąć można, co najwyżej. Kawałek kompletnie nie dostosowany do takiego potraktowania. Gdyby to sensownie przyciąć o 3 minuty, nadać TCIOFowy zryw to byłby kolejny klasyk w kolekcji Borysa/Zespołu. A tak mamy No Mood któremu brakuje organiczności Ombarrops! i Ombarrops!, któremu brakuje hitu na miarę “Magenta Ants”. Co do reszty utworów to są słodko skrojone pod “nie ma się o co czepiać poza POWTARZANIEM” bezpieczne nieinwazyjne motywy, może z wyłączeniem ostatniego kawałka, który przeciwstawia szumy Autechre z melodią dziecinnych nursery rhymes i ciężkimi gitarami tworząc koślawego niestety potworka. W sumie przyjemna podróż w świat M83 i Sciflyer, niezbyt tylko porywająca. Jako jednak, że mamy tutaj bardziej klasy 1-3, ocena odnosi się głównie do szlachetnych przecież chęci. Bo chwalić należy. Chwalić i kochać. -Emil Macherzyński
[Inne]: Rekapitulacja roczna 2009: Muzyka polska
Wspólnie z Jankiem Błaszczakiem porwaliśmy się na coś, co można określić podsumowaniem roku w polskiej muzyce. Bez numerowania, alfabetycznie, dzieląc się naszymi zajafkami i nadziejami. Kilka płyt z różnych względów się nie załapało (do głowy przychodzą mi Kucz/Kulka, Stańko, Paris Tetris), ale o nich jeśli czas pozwoli kiedy indziej. Całość do przeczytania tutaj. Życzę miłej lektury, a nad numerowanym podsumowaniem typu 10 wspaniałych jeszcze pomyślę.
Małpa: Kilka Numerów O Czymś

Małpa: Kilka Numerów O Czymś
[self-released, 2009]
Ocena: 5-/6
I oto mamy swoisty fenomen – sieciowo promowany nielegal rozszedł się w tysiącu sztuk, a chętnych na posiadanie tego materiału na cedeku jest zapewne jeszcze więcej. W czasach gdy darmowe mp3 dla większości ludu pachną lepiej niż stojący na półce krążek, to nie lada osiągnięcie świadczące o sile promocyjnej (nie) lub wyjątkowym klimacie albumu (tak). Sprawcą tego “zamieszania” okazuje się być ziomek o ksywce jak kumpel każdego z nas z okresu podstawówki. Oto i ten Małpa nagrał nielegal, który zupełnie bez przesady, już może śmiało aspirować do panteonu rodzimego podziemia hip-hopowego. Naprawdę długo się zastanawiałem jaki jest jego sposób na “sukces” i rozwiązanie tej zagwozdki okazało się całkiem proste. Nie teksty, nie kozackie bity, nie klimat, nie goście, nie promocja i nie oprawa. Jedno słowo moi drodzy:
CHARYZMA.
Małpa nawija generalnie o tym o czym słyszeliśmy w tysiącach hip-hopowych kawałków, jednak robi to z taką energią i wyczuciem, że nagle niezbyt odkrywcze wersy okazują się niemiłosiernie uzależniające. Zresztą on sam rozbrajająco stwierdza: “Jedni dziś dają filozofię, wprost ze słowników / Ja daję tylko teksty do bitów”. I właśnie to jest jedna z największych zalet tej płyty – niesłychana świadomość pewnej banalności poruszanych tematów połączona z zupełną niebanalnością sposobu ich podania. Energia, konkret, inteligencja i wspomniana już niesamowita charyzma. Do tego w pakiecie świetne przebojowe bity (“Pozwól Mi Nie Mówić Nic”), znakomite scratche (“Właśnie Ty”!), pasja i miłość o sile porównywalnej do tej z Lavoramy oraz genialny old schoolowy klimat (“Pamiętaj Kto”). Powiadam wam, Ortega doczekała się poważnej konkurencji na tegorocznym hip-hopowym podium. -Łukasz Halicki
[Inne]: Nowy projekt
Pod tym linkiem mój nowy zajawkowy projekt poboczny. Zero słów, maksimum muzyki. Polisz oczywiście nie umiera i dalej żyje swym mocno nieregularnym trybem. Pozdr!
Warszafski Deszcz: Powrócifszy

Warszafski Deszcz: Powrócifszy
[Wielkie Joł, 2009]
Ocena: 4+/6
10 lat w muzyce to szmat czasu, a jeśli pod uwagę weźmiemy polski hip-hop to okaże się, że są to lata świetle. Eldo, który jeszcze kilka lat temu na pierwszych Grammatikach nagrywał jeszcze pod noonowskie podkłady a’la DJ Shadow, ostatnim Nie Pytaj o Nią poszedł w stronę trendów obowiązujących za Oceanem, czyli bardziej elektronicznych dźwięków. Innym przykładem niech będzie Łona, który z rozradowanego rapera przerodził się w kolesia obawiającego się o jutro. A takie WFD, które niedawno z impetem powróciło? Tede z Numerem przez dekadę nie zmienili się w ogóle.
Solowe dokonania obu panów w przeszłości były diametralnie różne od siebie, tegoroczne materiały Note2 i Ludzie Maszyny Słowa są tylko tego potwierdzeniem, ale wydane chwilę przed nimi Powrócifszy spaja obydwa style w jedną całość. Ponownie jest jak kilka lat temu – czuć tą samą zajawkę na hip-hop, zamiłowanie do imprezowania czy trochę ulicznego moralizatorstwa. Dochodzi do tego parę follow-upów do Nastukafszy, z daniem głównym w postaci “Czas Nas Zmienił Chłopaki”, plus solowe kawałki raperów – “Zawsze Spoko” Numera i wyjątkowo mocarny “Świat Zwariował w 33 Lata” TDF’a.
Jeśli to wszystko wrzuci się na beaty od najlepszych polskich producentów: Kixnare’a, O.S.T.R.’a, Sir Micha, Matheo, Erio czy Luxona, dostajemy prawdziwą klasyczną hip-hopową bombę i bez cienia wątpliwości jeden z najlepszych tegorocznych materiałów w polskim rapie. Ofensywa Wielkie Joł ruszyła, a jakby tego było mało i macie 213 zł oraz gramofon, to polecam Podostrzyfszy – zbiór tych wszystkich kawałków zremixowanych przez O.S.T.R.’a. Równie mocne. -Dawid Bartkowski
