Łona & The Pimps, “Bumbox”

Łona & The Pimps, “Bumbox”
Ocena: 5/6
Tradycję hip-hopowego grania z żywym bandem najbardziej spopularyzował w naszym kraju bodajże O.S.T.R. oraz rzecz jasna Afrosi, których wpływy i sława są jednak znacznie słabsze (niestety). Teraz do tego grona próbuje dołączyć Łona z Pimpsami. 6 grudnia w rodzinnym Szczecinie odbędzie się premierowy koncert tego akustycznego projektu, a tymczasem już od dobrych paru dni można posłuchać znanego z zeszłorocznego Insert (EP) “Bumboxa”. Oczywiście w nowej, przearanżowanej wersji. Prze prze prze, yyy, bardzo fajnej. Ściskając zmiany w paru słowach – boska gitara, bujny bas, miły klawisz i leniwa perka. Do tego to nieeeesamowite wejście w refren i naprawdę nie ogarniam jak rozkosznie to kołysze. Tekst zna się na pamięć nie od dzisiaj i wiadomo, że dla każdego posiadacza niesfornego bumboxa lub umierającego / umarłego discmana, wybitność niezaprzeczalna. Stary, dobry zabawny i błyskotliwy Łoniak czyli bliżej debiutu niż ostatniego Absurd I Nonsens. I nie żeby poprzednia wersja była zła czy be fu, ale to w tym nowym “żywym” aranżu wkrada się zupełnie nowa jakość, zwiastująca być może jeden z ciekawszych projektów koncertowych jaki widział ten kraj w ostatnich latach. Wpadajcie do Warszawy, pliiis. -Łukasz Halicki
Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
[QL Music, 2009]
Ocena: 4+/6
Odnalezienie w Internecie rzeczowej recenzji nowego albumu Hey wydaje się być zadaniem niewykonalnym. Natknąć można się na dwa scenariusze – autor tekstu nie od dzisiaj słucha Heya i dla niego już sam fakt odświeżenia brzmienia jest powodem do wielkich peanów lub autor tekstu stara się błysnąć paroma nazwami w stylu Radiohead, Funeral, dodając do tego sporo określeń o niesamowitej odwadze artystycznej, śledzeniu najnowszych trendów (klubowość tej płyty, hehe) i tym podobne. Czyli skrajne fanostwo kontra recenzencki bełkot. Tymczasem sprawa nie jest tak skomplikowana jakby mogło się to wydawać. Hey od zawsze był zespołem, który jakkolwiek doczekał się stałego grona fanów i regularnych dziesiątek tysięcy sprzedanych płyt, tak nie stojącym w miejscu jak większość polskich “gwiazd rocka”. Nawet jeśli Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! jest najodważniejszą zmianą w ich karierze, to nie oszukujmy się – to jest nadal zespół rockowy, a nie elektroniczny, jak to się nagle zaczęło wydawać co niektórym. Nie ma tu rewolty stylistycznej kalibru Ok Computer - Kid A, a raczej biorąc pod uwagę chociażby UniSexBlues Nosowskiej, rozgrywa się “normalna” ewolucja zespołu i jego członków.
Głównym autorem całego zamieszania jest Marcin Bors, najwyraźniej cudowne dziecko konsolety studyjnej. Wcisnął on w muzykę Heya nieco elektroniki i zrobił to na tyle umiejętnie, że można śmiało stwierdzić iż to w dużej mierze dzięki niemu ta płyta jest tak dobra i to właśnie dzięki niemu tyle się o niej mówi i pisze. Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że cały ten “elektroniczny element” to w większości przypadków żadne tam śmiałe technozy, lecz jedynie dodanie tu i tam paru dźwięków czy studyjna manipulacja brzmieniem instrumentów. Gładkość, płynność, joł. Właściwie tak niewiele wystarczyło by MURP stało się najlepiej wyprodukowanym polskim albumem od czasu Lake & Flames The Car Is On Fire.
Całe szczęście Nosowska z ekipą również całkiem dali radę, a Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! nie wchodzi tak dobrze tylko dzięki dobrej produkcji. Są dobre teksty (“Umieraj stąd”, “Chiński urzędnik państwowy”), dobre piosenki (z ulubieńców wskażmy “Stygnę”) i do tego bardzo zadowalająca różnorodność kompozycyjna. Singlowe “Kto tam? Kto jest w środku?” ładnie podjeżdża w klimaty Les Savy Fav spotyka indie 2.0, dobra dynamika, baaaas i tak się właśnie robi dobre zapowiedzi albumów. Co prawda reszta krążka to już nieco wolniejsza motoryka, ale wszystko ładnie współgra i nic, poza końcową bardzo słabiutką balladą i nieco nie podchodzący mi utworem tytułowym, nie odstaje od reszty. Teraz pozostaje tylko czekać na hip-hopową płytę Strachów na lachy i popową Comy. -Łukasz Halicki
SuperXiu, “A Gift From The Sky”
SuperXiu, “A Gift From The Sky”
Ocena: 4+/6
10 złotych myśli doświadczonego “recenzenta”:
- W dzisiejszym świecie liczą się tylko piosenki. Dobre i nośne.
- Eksperymenty i improwizacje są dla dziwaków.
- Wszyscy się inspirują tymi, tamtymi i owamtymi, ale na szczęście niektórzy umieją nagrywać dobre piosenki, patrz punkt 1. Bardzo często to wystarcza.
- Nie trzeba być wirtuozem, by móc coś nagrać.
- Zespoły, które się nie stylizują i zamieszczają proste, urocze zdjęcia na swoich profilach MySpace od razu wydają się być sympatyczne. Nawet jeśli w rzeczywistości nie są.
- Polskie zespoły śpiewające po angielsku w prosty sposób unikają żenady tekstowej. Żenada tekstowa to zło, które potrafi zabijać całkiem niezłe kompozycje.
- Wszyscy lubią zgrabne, proste klawisze.
- Piosenki, o których się szybko zapomina, wcale nie są piosenkami.
- Recenzenci i inni blogerzy najczęściej piszą głupoty, ale ich zamiary są zazwyczaj szczere. Dlatego trzeba klikać w linki.
- Polskie zespoły wcale nie są takie złe, jak co niektórym się wydaje. -Łukasz Halicki
Krzysztof Orluk: Blurred Reflection

Krzysztof Orluk: Blurred Reflection
[Databloem, 2009]
Ocena: 5-/6
Najstarsi górale dobrze wiedzą, że ambient to nie jest żyzny grunt. Raz, że trudno o jakiekolwiek innowacje, odkrywanie nowych ziem i tym podobne, dwa że target wydaje się mikroskopijną grupką internetowych szperaczy-dziwaków. Na szczęście są tacy, którym się chce i co ważniejsze wychodzi im to naprawdę nieźle. Z naszych rodaków w zeszłym roku był dzielny Jacaszek, który może faktycznie chwilami niecnie manipulował smutkiem i melancholią, tak trudno powiedzieć by Treny były to płytą mniej niż dobrą. Z kolei tegoroczny Bednarczyk to owszem płyta niezła, lecz bardziej przetarcie szlaku niż wielkie dzieło mające podbić świat. I w tym oto momencie docieramy do Blurred Reflection, płyty może nie aspirującej jeszcze do pierwszej ligi gatunku, ale nieśmiało zaznaczającej swoją obecność w skromnych szeregach naprawdę dobrych ambientów.
11 impresji, którym daleko od banalnej nastrojowości, a ponadto dzięki sporej różnorodności, skutecznie unikająca bycia zbiorem monotonnych dźwięków emitowanych bez żadnego większego sensu. W zasadzie jest tu wszystko najlepsze co można znaleźć w temacie – manipulacje szumem w stylu Fennesza, chwile nieśmiałego patosu (świetne “Path” i następujące po nim “Soaring”), odrobina zacięcia lo-fi oraz pare nieco bardziej melodyjnych momentów jak chociażby “Overthesky (Bright Shpere)”. Chwilami ta różnorodność przeradza się w lekką niespójność, jednak z drugiej strony wyraźnie słychać, że Orluk wypracował już swój charakterystyczny alfabet dźwięków, tak więc ogólny rachunek jest na plus. Jednocześnie jego skupienie się na wymiarze artystycznym płyty, a nie budowaniu klimatu, okazuje się tutaj kluczem do sukcesu. Udaje mu się przykuć uwagę i prostymi strukturami, których słuchanie jest po prostu przyjemne. Jednocześnie nie rozwija wszystkiego do monstrualnych rozmiarów, lecz tworzy około 4 minutowe utwory, które razem tworzą wspólny, intrygujący obraz. Całość nie dla uduchowionych studenciaków, lecz prawdziwych fanów gatunku. I to jest chyba w tej płycie najlepsze. -Łukasz Halicki
Tides From Nebula: Aura

Tides From Nebula: Aura
[Rockers Publishing, 2009]
Ocena: 4+/6
Trzecie podejście. Każdy poprzedni tekst albo był zły do szpiku kości, albo popadał w nieznośny wykład o śmierci post-rocka czy też przeradzał się w żałosne filozofowanie czy są tu złoża metalu czy też może nie. Było operowanie banałami, że wszyscy naokoło chwalą i trudno się nie zgodzić, że to, tamto i owamto. Jednak generalnie chodzi o to, że Aura to zaskakująco dobry kawał instrumentalnego gitarowego grania, które dzięki swej bliskości do nowoczesnych metalowych wzorców przynosi lekki powiem świeżości w rejony, gdzie wydawało się, że tlen już się dawno skończył.
Teoretycznie nuda – przez nieco ponad 45 minut 4 kolesi łoi niemiłosiernie, zwalniając tempo jedynie na budujące klimat wstępniaki. Na szczęście tym razem teoria mija się z praktyką i świat zostaje po raz kolejny ocalony. Chłopakom z Tides From Nebula udaje się bowiem konstruować naprawdę imponujące kompozycje, które nie popadają w onanistyczne solówkowanie, a zamiast tego zachwycają świetnym rozłożeniem dźwięków i doskonałym budowanie napięcia. Także są tu i dosyć zwięzłe nawiązania do metalowej klasyki jak chociażby w “Sleepmonster”, ale jest też genialne budowanie gitarowych historyjek jak w “Tragedy Of Joseph Merrick” czy ostatnim na płycie “Apricot”. I chociaż trudno cokolwiek wyróżnić czy powiedzieć o lepszych lub gorszych momentach to wszystko tworzy tutaj bardzo solidny, świetnie zagrany i wyprodukowany album, który może i nie powala oryginalnością, ale cieszy słyszalną pasją i kreatywnym podejściem do tematów z okolic post-rocka. Czymkolwiek on tam był lub jest. -Łukasz Halicki
The Spouds: Serenity Is Only A Brainwave (EP)
The Spouds: Serenity Is Only A Brainwave (EP)
[Saturator, 2009]
Ocena: 4/6
The Spouds reprezentują gitarowy konkret, którego jak do tej pory w naszym kraju niewiele się zrodziło. Fugazi, brud, At The Drive In, garaż. Tylko to ostatnie w wydaniu polskim reprezentowały do tej pory głównie rozmaite punki, w końcu doczekaliśmy się tych z przedrostkiem post. Hardcore, punk, cokolwiek. Najważniejsze, że gitary błyskotliwe, a kompozycje zaskakująco dobre jak na debiutantów. Bo niby jazgot, ale z pomysłem. Pierwsze “Running With Scissors” zahacza o obecne gitarowe mody, na szczęście jedynie sprytnie się o nie ocierając. Następne w kolejności ”No Light”, z jednej strony najbardziej reprezentatywne dla całości, z drugiej przynosi największy pierwiastek melodyjności, stając się tak jakby ich hiciorem. Dalej jest już może mniej zapamiętywalnie, lecz to właśnie tutaj kryje się najwięcej z ich potencjału. Solidny gitarowy wykop, w miarę skuteczne omijanie szablonów i skojarzeń oraz wokal, który bardziej krzyczy niż smuci. Brzmienie całości idealnie surowe, dzięki czemu można powiedzieć, że brak doświadczenia przy studyjnym stole szlifierskim wychodzi w tym wypadku zespołowi na dobre.
Jeśli chodzi o marudzenie to “11″ jest tu zdecydowanie najsłabszym ogniwem, a eksperymenty z saksofonem lepiej wypadają na żywo, niż na płycie. Jednak tak poza tym, ta niemal pół godzinna płyta-EP-ka, to naprawdę udane pierwsze kroki. Gdy dodamy do tego całkiem niezłą dyspozycję koncertową, o czym można było się przekonać podczas premiery Is Only A Brainwave w Saturatorze, mamy jeden z ciekawszych polskich kreatywnych gitarowych łomotów od naprawdę dłuższego czasu. I wreszcie ktoś, kogo inspiruje indie w wydaniu poniżej 2.0. -Łukasz Halicki
Karol Schwarz All Stars: Rozewie
Karol Schwarz All Stars: Rozewie
[Nasiono Records, 2009]
Ocena: 4=/6
Dużo dziwności dzieje się na tej płycie. Króluje absurd, bezsens i generator. I jeszcze “Krasnoludki”. Trzydniowe impro zmieniło się w płytę, a hipisi są wśród nas i mają się całkiem nieźle. Oł jeee. Klimatycznie, ideologicznie to wiecie Velvet Underground, może Can, te sprawy. Plus wierność metodzie “taking drugs to make music to take drugs to”. Muzycznie nie bardzo wiadomo co. Niby hałas, ale ani to Sonic Youth, ani Fennesz, raczej słowiańska odpowiedź na hałasowe trendy w muzyce. Haha. Generalnie jednak przeważa narkotyczna swoboda rozłożenia dźwięków w czasoprzestrzeni, z której chwilami rodzą się rzeczy naprawdę wciągające i ciekawe. Ot chociażby “Ona”, końcówka “Dolnego Miasta” czy wspomniany już hit singiel “Krasnoludki”. I o ile pierwsze sześć utworów można potraktować jako słodziutką zabawę i eksperyment, to w dalszej części albumu “dusze, umysły i ciała członków zespołów wydają się być nękane czystym szaleństwem i wizjami wywołanymi przez wszystkie używki tego świata”. Piosenkowość znika, a stery przejmuje surrealistyczna jazda jakiej zwykli ludzie nie widzą. Maksymalnie chaotycznie, maksymalnie narkotycznie, maksymalnie bez ładu i składu. Także można marudzić, że końcówka to już krańcowe stany świadomości, że odlot w nieziemskie rejony i znikoma wartość dla ludzkości, ale przecież nie o to tu chodzi. Liczy się klimat, atmo i sfera oraz totalnie zluzowane podejście do procesu nagrywania. Z tych trzech dni udało się Karolom wycisnąć zaskakująco sporo dobrej muzyki i niewiele mniej tej niezbyt udanej. Ogólny rachunek jest więc na plus, a cała idea i klimat dodatkowo podbijają końcową notę. Szkoda, że ludzkość tego nie zrozumie. Pozdrawiamy ludzkość. -Łukasz Halicki
