The Car Is On Fire: Ombarrops

tciof_ombarropsThe Car Is On Fie: Ombarrops
[EMI, 2009]
Ocena: 4/6

Niedawno doceniłem słowa Jacka Szabrańskiego z okresu Lake & Flames, że pojawia się taki album w Polsce, i jest problem recenzentów z podejściem do niego. Doceniłem go czytając kolejną podjaraną notkę o Johnie McEntire. Wszyscy, jak jeden mąż, zajarali się jakby to był Phil Spector albo co najmniej Albini. I to podkreślanie Tortoise i The Sea And Cake. Nagle to się zrobiły standardowe zespoły odniesień? Naprawdę poczułem się trochę jakby wszyscy wydobyli z siebie nieposkromione pokłady entuzjazmu nad nazwiskiem którego może nie znają dobrze, ale wszystko będzie się odbywać w USA, więc git. Recenzje też, oczywiście, pełne peanów mimo, że w 2006 roku odniesienia do takiego Animal Collective czy Dismemberment Plan, których na tamtej płycie kilka się znalazło, pozostawały dziwnie przemilczane. I w sumie nadal TCIOF jest krok w przód. Kiedy w Polsce zaczynają się pojawiać odważne i spóźnione nawiązania do Stereolab i Modest Mouse, a (niestety) nieśmiertelny Interpol pozostaje w brzmieniu jedynie spóźnionych karierowiczów, The Car Is On Fire jadą (łapiecie? łapiecie?) w rejony Elephant 6 Co. i muzyków skupionych wokół KNW-YR-OWN i K. Fajnie, nie? To teraz będę narzekał.

Trio z Warszawy to taka jeżdżąca (łapiecie? łapiecie?) machina do robienia płyt, w których potencjał jest eksponowany i jest nie spełniany. Garażowy debiut był świetny, jak na nasze realia odważny i świeży. Był też krótki i jednowymiarowy. Sofomor miał masę fajnych piosenek, ale był za długi i sporo z pomysłów tam najwyraźniej w świecie się nie sprawdzało. Znaczną ilość piosenek można było wyrzucić, a i nagrana na dyktafon improwizacja Borysa na pianinie bardziej nadawała się na ukryty kawałek pod koniec płyty, niż jeden z początkowych. Wprawdzie takie „Love.”, „What Life Is All About” czy „Neyorkewr” to klasa sama w sobie, ale roztrzepanie stylistyczne i próba zamknięcia wszystkiego w jednym dawała efekt składanki. Bo z jednej strony miał być aptekarsko dokładnie przyrządzony pop z piętrowymi tłami, wspomniane eksperymenty lo-fi, jakiś quasi glitch-folk w stylu Books jak i standardowy dla zespołu zadziorny indie pop. Tylko spójności w tym było niewiele i ciężko dawała się tam poznać jakaś spajająca myśl przewodnia. I na tych podwalinach Ombarrops brzmi spójnie, ale nie nudno. Nie jest też za długa, ani za krótka. Piosenkowo też bez wyskoków. Czyli idealny, nudny środek dosyć wysoko ustawionej skali. Tylko teksty, niestety, wyraźnie się stępiły.

Rzucając obowiązkowe krótkie na zawartość płyty (ŁAPIECIE?!), można od razu zauważyć, że. Tak jak nie umieli, tak nie umieją śpiewać, a brak Borysa obnaża również brak charakterystycznych głosów u reszty zespołu. Nadal też trochę fałszują, choć to akurat uważam za słodkie (jak pijacko brzmiące zaśpiewy w tytułowym). Aranżacje są naprawdę ładne, przemyślane, bogate na granicach przeładowania (marimba? THEREMIN?), ale ostatecznie bez szaleństw. Jest kupa naprawdę fajnych piosenek. Coś jakby uwypuklenie fascynacji wczesnym Of Montreal, stały zestaw z D-Planu i Stereolab też ciągle obecny. Ale wszystko ujarzmione na zasadzie jakiegoś własnego pomysłu, sznytu, stylu. Indie baroque pop? Phoenix w analogowym studio? Jak zwał, tak zwał. Wybija się skoczne „Cherry Cordial”, przemyślane acz lekko zmarnowane „We’re Doing Fine, Minerva”, nawiązujące świadomie lub nie do AC okresu Strawberry Jam (ten klawisz!) „Strawberries”. Highlightem ostatnie 3 kawałki na krążku: przyjemnie narwane i bałaganiarskie „The Song Like No Other”, płynące jakby „obok” i lekko oniryczne „Baby baby” oraz lekkie, rytmicznie synkopowane „Swedish Samba, Swedish Love”. Forma błyszczy, melodie nie zawodzą, akcent zapomina się. Nie są to prawdziwe rewelacje, diamenty jak się zdarzało, ale współczynnik zawodu u mnie przy nich spadł. Co do obiekcji to bez oczywistości. Nie każda melodia jest fajna, nie każda piosenka po włosku jest dobra (HARR HARR). Ogółem krążek cierpi na brak jakiegoś jednoznacznie genialnego kawałka. Takie „Death Of A Customer” wciąga, ale spełnia się jedynie jako wprowadzenie. Tytułowy świetnie buja, ale w sumie brzmi trochę jakby go zedytowali z jakiejś dłuższej, ciekawszej całości. Et cetera.

The Car Is On Fire nagrali dobra płytę. The Car Is On Fire nie nagrali płyty na miarę swoich możliwości. Tak źle i tak niedobrze. Może dla ludzi bez oczekiwań, dla ludzi bez stosunku do zespołu, dla ludzi których tam nie było jak i dla ludzi, którzy po prostu mieli to w dupie i ślepo wierzyli, ten krążek będzie lepszy. Dla mnie nadal klasa sam w sobie, ale coraz mniej trudna do przebicia. Ale ze mnie straszna dzisiaj zrzęda. -Emil Macherzyński

http://www.myspace.com/thecarisonfirespace

Reklamy

10 Responses to The Car Is On Fire: Ombarrops

  1. janek says:

    Nie znam płyty jeszcze, ale jak zwykle dobra recka a wnioskuje po świetnym, bardzo trafnym pierwszym akapicie – przekomiczna podjarka (tzn dawanie do zrozumienia, że to jest coś) The Sea & Cake itd. Musze uciułać te 30 złotych

  2. janek says:

    a i żeby ktoś źle nie zrozumiał – lubię Sea and Cake, Tortoise czy Gastr del sol – ale skąd Ci biedni ludzie…

  3. Camel says:

    Dla mnie to na razie ich najsłabsza płyta. brak Borysa odczuwalny bardzo. Jedynie tytułowy track jakoś bardziej zapamiętałem. I nawet okładka nie pomoże 😉

  4. Kurcze też ciągle płyty nie słyszałem, ale jako że singiel mnie nie zachęca, więc się boję. Ale akurat tego, że to ich najsłabsza płyta jestem pewny.

  5. G'Henry says:

    Mhm, najsłabsza, nie najsłabsza. Imo zupełnie inna niż poprzednie. Z jednej strony najbardziej przystępna w odbiorze, z drugiej strony najmniej zaskakująca. Płyty słucham odkąd ją kupiłem praktycznie na okrągło. Ombarrops wcale nie jest najmocniejszym numerem krążka. Takim w moim mniemaniu zdecydowanie jest Evacuation.

    Płyta jest bardzo dobra, jednak zgadzam się, że od zespoły tego wymagać należy więcej. Ombarrops to krążek, który na luzie poradziłby sobie na Zachodzie. Podsumowując chyba wszyscy mamy podobne wrażenie, płyta dobra, obowiązkowo do kupienie i znania, jednak wszyscy mieliśmy chyba bardziej wyostrzone apetyty. Braku Borysa nie odczuwam, na tej płycie negatywnie. Być może nawet pozytywnie?

  6. G'Henry says:

    PS. Styl recenzji chaotyczny, pełen błędów. Trudno odbierać poważnie tak napisany komentarz. Panie Macherzyński, jeżeli chcesz pan być traktowany poważnie, pisz poważnie, i traktuj poważnie swoich czytelników, a także swój czas.

    Pozdrawiam
    G’H

  7. Emil Macherzyński says:

    konkrety, konkrety

  8. G'Henry says:

    Mam wszystkie błędy stylistyczne, literówki i interpunkcje z tekstu wrzucić w komentarz? Wystarczy przeczytać recenzję. Ba wystarczy przeczytać już pierwsze zdanie.

    popraw, popraw

  9. Emil Macherzyński says:

    w takiej sytuacji wybieram nie traktowanie mnie poważnie.

  10. Kamila says:

    podjarki mcEntirem zabawne w kontekscie tego, co chlopcy mowia – ze sie w ogole nie wtracal!!

    http://www.przekroj.pl/kultura_muzyka_recenzje_artykul,4804.html

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: