Top 33 polskich płyt 00s: miejsca 23-33

33. Kristen: Kristen
[Gustaff Records, 2000]

Wyrastający z inspiracją technicznie wymagającej sceny chicagowskiej debiut szczecińskiego wtedy-jeszcze-tria do dzisiaj robi wrażenie jako wczesne (jak na nasze warunki) aplikacja minimal-noise’owo-post-rockowych figur mających swoje korzenie w Television. Nigdy nie nowoczesny, kiepsko w sumie zrealizowany, świeży debiut. Bez egzaltacji. I choć są tacy, co lubią, to jak dla mnie freerockowe oblicze, późniejsze nieskromnie uważam za pogubienie się. Bo potencjał wskazywał możność opanowania rejonów nadal na naszym podwórku nieznanych, a to, że najbliżej tego zdaje się być nowy materiał Ścianki z Bielą pokazuje, że nieliczni są w stanie dojść do konsensusu w tej materii. -Emil Macherzyński

32. Pezet-Noon: Muzyka Klasyczna
[T1-Teraz, 2002]

W świadomości przeciętnego Polaka, który jako tako kojarzy Pezeta, rysuje się równanie Pezet = „Seniorita”. Tradycyjnie pozory mylą, a mama zawsze ma rację. Muzyka Klasyczna jest albumem, do którego „Seniorita” nie do końca pasuje, a jednocześnie idealnie wkomponowuje się w ideę wydawnictwa, które zdaje się celować zarówno w zwyczajnych ziomków, jak również bardziej ambitnych rap słuchaczy. To była ich pierwsza płyta, a oni już wyszli na czoło peletonu, by na drugiej płycie dosłownie zmiażdżyć wszystko inne co kiedykolwiek wydarzyło się w polskim hip-hopie. O tym jednak dalej, skupmy się na Klasycznej. Noon, wspomagany przez genialnego DJ Pandę, nieco niesłusznie pomijanego przy okazji każdego tekstu popełnianego w temacie Pezet-Noon, producent wybitny, w zupełnie nieoczywisty sposób łączący chwytliwość z artystycznym rozmachem („To Tylko Ja”). Do tego Pezet ze swym niesamowicie precyzyjnym flow oraz tekstami, chwilami nieco nietrafionymi, jednak już śmiało odznaczającymi się wyjątkową głębią obserwacji i niebanalnymi rozkminkami („Te Same Dni, Te Same Sny”). I może, to jeszcze nie jest TO, jednak dzieje się dużo, jest niesłychana chemia na linii producent – MC i przede wszystkim 14 znakomitych i różnorodnych utworów. Krótko ujmując – już klasyczni, ale jeszcze nie poważni. -Łukasz Halicki

31. Jurgen Kaczówka: Nawąchawszy (EP)
[nielegal, 2005]

Na początku chciałem zacytować sam siebie: „…serio, w tym hardkorze jest tyle bystrych i celnych obserwacji, że gdyby wyrapował to Pezet na podkładzie Noona, to wszyscy byśmy klękali i bili pokłony.”. W tym napisanym przeze mnie przy okazji przeglądu polskiego podziemia zdaniu (w tym miejscu przepraszam wszystkich wyczekujących drugiej części – jeśli chcecie wiedzieć co w niej powinno być, zapraszam na maila) kryje się cała istota zjawiska Kaczówki oraz Obrońców Hardkoru. Łapiąc odrobinę dystansu (dużą odrobinę) wprawne ucho jest w stanie wyłapać, że to są doprawdy błyskotliwie sklejone wersy, których prześmiewczość budzi zasłużony respekt. Podkłady śmieją się z hip-hopu, teksty szydzą ze wszystkiego, a amatorski posmak tego wyczynu czyni go jeszcze bardziej kultowym. Rzucając cytatami – prawdziwy strit benga, szczera nawijka i sama prawda o życiu onym. A te życie jak bolało, tak boli. -Łukasz Halicki

30. The Car Is On Fire: The Car Is On Fire
[EMI Music Poland, 2005]

Kocham ten album niegasnącą nastoletnią miłością. Kocham wyskrobany napis na basie Kuby, kotka na gitarze Jacka, wytrzeszcz Borysa, banana Krzysia. Bez cienia ironii. Nie, nigdy ich nie spotkałem. Daro też kocham, za całokształt. W każdym razie, ten album ma wszystko. Ikoniczną okładkę. Jest znaczący jak mało co, wydawniczo początkujący w Polandzie indie 2.0 (najciekawsze obok Sissy większe zjawisko dekady w sumie), czy twórcy by chcieli czy nie. Czarujące, prawdziwe, garażowe brzmienie. Trochę płaskie, bębny brzmią jakby się rozpadały z każda piosenką bardziej, gitary mają nieprzekonujące EQ, a wokalnie gdyby te melodie był choć deczko mniej ciekawie byłoby co najwyżej śmiesznie – ale działa. Wszystko jest na swoim miejscu. Reminiscencje gitarowych wybuchów D-Planu, melodyjny bas, perka zwierzak, w końcu nieustanna pogoń za zamknięciem w niespełna trzech minutach jakiejś takiej popowej perfekcji. W sumie studium napisania kawałka tak, by eksponować hook na tyle, by cię zeżarł, ale tez urwania go zanim zdąży się znudzić, ale też bez szkicowego obdarcia. Krótko mówiąc klasyczna historia z potrzebą wracania, którą zespół tutaj pielęgnuje z obsesyjnym perfekcjonizmem. Nie wiem jaki chłopcy mają stosunek do tego, czytałem gdzieś, że „demo”, że Lake & Flames, tralala. Nie ma co się oszukiwać. Ta miniówka naprawdę pasowała, kimkolwiek była laska. Nawet, jeżeli mój entuzjazm pokrywa się z faktyczną prawdą gdzieś w 70%. -Emil Macherzyński

29. Łona: Koniec Żartów
[Asfalt Records, 2001]

Jestem w stanie przybić pionę każdemu kto twierdzi, że Nic Dziwnego jest lepsze. Jednak gdy tak sobie patrzę na listę utworów debiutanckiego albumu Łony, nie mogę wyjść z podziwu ile tam się znajduje utworów, w stosunku do których słowa „kultowy” i „klasyczny” same cisną się na usta. „Helmut, rura!”, „Raperzy są niedobrzy”, „Fruźki wolą optymistów”, „Żadnych gości”, przepraszam Państwa, ale my się z tymi kawałkami znamy na pamięć. Sukces Koniec Żartów tak naprawdę tkwi głównie w tekstach – 19-letni Łona wrzucił na swój pierwszy album tyle świetnych linijek, że trudno sobie dzisiaj wyobrazić nasz rodzimy hip-hop bez nich. Niesamowita energia, niepowtarzalny i niesłychanie celny dowcip, do tego dar „bajarza”, uczyniły z Łoniaka prawdopodobnie najbardziej pozytywnego i błyskotliwego rapera w Polsce. Oczywiście są też podkłady, rzecz jasna autorstwa nieodłącznego kompana, Webbera. Może jeszcze trochę amatorskie, odrobinę archaicznie, ale najzwyczajniej w świecie cieszące swoją prostotą i niezaprzeczalnie klimatycznymi jazzowymi wpływami. I choć cały album może się dzisiaj wydawać taką trochę lekcją historii, nie zmienia to jednak faktu, że nic nie stracił ze swojej energii i humoru. -Łukasz Halicki

28. Ramona Rey: Ramona Rey 2
[Arana Records, 2009]

Jezu, znowu Ramona. Nic nie potrafię wnieść, więc zamiast tego 5 filmów z Archive.org, które musicie zobaczyć przed śmiercią. Dwa tak złe, że aż dobre. Jeden, którego nie widziałem jeszcze. Oraz dwa naprawdę świetne.

1. The Violent Years
Ten film nie ma sensu. Wszystko o Edzie Woodzie co się mówi w jego filmach raczej nie występuje, ale w tym jedynie przez niego napisanym stężenie absurdu przekracza dopuszczalne normy. Genre to ponoć sexploitation, więc tam wiecie, warto.

2. Manos: The Hands of Fate
W tym filmie wszystko jest źle. Nie, ale nie przesadzam. Montaż? Ha ha. Dialogi? Ha ha ha. Sensowność scenariusza? Trololololo. Jest naprawdę piękny. Polecam ogladać w wersji Mystery Science Theater 3000 jeżeli nie macie zabawnych znajomych (lub w ogóle ich nie macie).

3. Santa Claus Conquers the Martians
Sam tytuł. Nie mogę się doczekać. Przeżyjmy to razem!

4. Last Man on Earth
W ostatniej ekranizacji tej samej powieści główną rolę odegrał Will „do me a favour, write one verse without a curse” Smith. Ale to był zły film. Jak bardzo jest to wdzięczny obraz do filmowania niech pokaże wam ta pionierska ekranizacja z najlepszą chyba rolą Vincenta Price’a.

5. Carnival of Souls
Genialny, przerażający film. Bardziej thriller psychologiczny niż stricte horror, ale też bardziej grający na osaczeniu i niepokoju (soundtrack!) niż faktycznym straszeniu nagle wyłaniającymi się trupami zza drzwi. Bardziej Kafka i proto-Eraserheada niż cokolwiek z czym horrory kojarzone są, a mamy rok 1962. Moc. -Emil Macherzyński

27. Afro Kolektyw: Połącz Kropki
[Polskie Radio, 2008]

Afrojax to chyba jedyna w Polsce osoba potrafiąca tyle na siebie napierdalać. I w ogóle na wszystko. Wypadam przy nim jak Marcin Daniec. W każdym razie, Połącz Kropki o dziwo faktycznie było pójściem zespołu w stronę popowej konwencji i w przeciwieństwie do mocno przegadanych poprzednich płyt skupiamy się na piosenkowej dobroci. Bardzo miło z ich strony, naprawdę. -Emil Macherzyński

26. Something Like Elvis: Cigarette Smoke Phantom
[Post_Post Records, 2002]

Daleką drogę przeszli SLE zanim osiągnęli swój opus mieszając muzykę filmową, jazz fusion i post rock. Przez pierwsze dwie słowiańkorowe płyty torowali drogę Lao Che bardziej niż zdradzając jakieś oznaki napisania i nagrania albumu tak ładnego, lekkiego i wyczerpującego emocjonalnie. Atmosfera przytłacza. Szczególnie w dramatyzujących momentach instrumentalnych. Dla pełnego efektu polecam pochwycenie koncertu z Trójki z tego okresu, bo jednak ujarzmione w studiu kawałki nabierają wszystkich kolorów w wersji na żywo, a studio im. Agnieszki Osieckiej to wymarzone miejsce przecież. -Emil Macherzyński

25. Smarki Smark: Najebawszy (EP)
[nielegal, 2005]

Mało jest polskich płyt hip-hopowych, darzonych estymą przez WSZYSTKICH. Zgodzą się oni co do jakiś Skandali, Kinematografii i innych Pezetów z Noonami, ale to wszystko zebrane w kupę, blednie przy Najebawszy (EP). Łona już obwieszczał koniec żartów i skończyły się one w 2005 roku. Znakomite follow-upy, świetni goście, jeszcze lepsze historie. Wiecie, zebrało się wtedy trzech takich bossów i zaczęli siać ferment. Kixnare dający podkłady przywodzące na myśl wszystko co najlepsze w „tamtym” (czyt. lepszym) rapie, pięknie skreczujący i olśniewający doborem cutów Pysk oraz on – Smarki Smark, od 5 lat być może zasiadający na tronie polskiego rapu. I nawet patrząc przez pryzmat wszystkich dokonań „po-Najebawszy” nikt nie może mieć wątpliwości, że jest to ścisła czołówka polskiego hip-hopu. Punktów słabych zero, ale problem jest tylko jeden – taki album nagrywa się tylko raz. I zapewne już się nie uda. -Dawid Bartkowski

24. Łona: Nic Dziwnego
[Asfalt Records, 2004]

[Stereotyp]Mam okropnie ignorancki stosunek do hiphopu. Ale wychodzę z teorią, że to nie ja jego, ale on mnie nie lubi. Bo jednak nie rewolucyjne, wystarczające podkłady i przede wszystkim ŚWIETNE teksty, to naprawdę wystarczą. Serio, starałem się tak wiele razy, ale większość polskiego hip-hopu rapuje o polskim hip-hopie, albo mierzy sobie penisy. W każdym razie, absolutnie w tym albumie ujmuje mnie warstwa liryczna z momentarycznym zrywem samplerskiej i nagrywanej na żywo nośności. Obojętnie, czy jest to tanie filozofowanie („Nie Gadaj Tyle”), satyra na środowisko konsumpcji muzycznej („Rozmowy z Cutem”), pseudo-analiza społeczna („A dokąd to?”) czy nutka egzystencjalnego romantyzmu („Dobranoc / Do Ciebie Aniu Szłem”), wszystko przykuwa uwagę i nie zamęcza. Poza tym, dystans, autoironia i skłonność do humoryzowania sprawiają, że czujesz się jakbyś spotkał się z kumplem, a nie z… hip-hopowcem.[/Stereotyp] -Emil Macherzyński

23. Drivealone: The Letitout (EP)
[-, 2007]

Tagi: marazm, apatia, lo-fi, Muchy, Porcys

Potencjalne tematy do rozważań dla recenzentów-filozofów:
1. Czy The Letitout (EP) nie jest przypadkiem najciekawszą polską pozycją (ever) lokującą się w klimatach DIY indie z wczesnych lat 90-tych?
2. Dlaczego właściwy debiut Piotrka Maciejewskiego tak odstaje od tejże EP-ki?
3. Co ważniejsze – dobre kompozycje czy sposób ich zarejestrowania?
4. Czy polski artysta może być autentyczny śpiewając po angielsku?

A tak zupełnie na serio ciężko jest mi ująć istotę tego albumu. Maciejewskiemu udało się tutaj unikalnie w skali kraju, błyskotliwie i zupełnie niebanalnie, zbudować idealnie senny i melancholijny klimat, ubierając go jednocześnie w zupełnie niedzisiejsze szaty. Do tego wszystko zrobił zupełnie po swojemu, nie oglądając się na mody, trendy itp. The Letitout (EP) to dla mnie takie cwane skrzyżowanie idei singer/songwriter z całą plejadą mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do tradycji amerykańskiego undergroundu gitarowego. Zero polskości, bardzo światowo. Szkoda jedynie tylko tego, że to głębokie podziemie, gdzie docierają tylko nieliczni. W każdym razie tym, którzy się tam jeszcze nie zapuścili bardzo zalecam. -Łukasz Halicki

W powszechnej świadomości przeciętnego Polaka, który jako tako kojarzy Pezeta, rysuje się równanie Pezet = „Seniorita”. Tradycyjnie pozory mylą, a mama zawsze ma rację. Muzyka Klasyczna okazuje się być albumem, do którego „Seniorita” nie do końca pasuje, a jednocześnie idealnie wkomponowuje się w ideę wydawnictwa, które zdaje się celować zarówno w zwyczajnych ziomków, jak również bardziej ambitnych rap słuchaczy. To była ich pierwsza płyta, a oni już wyszli na czoło peletonu, by na drugiej płycie dosłownie zmiażdżyć wszystko inne co kiedykolwiek wydarzyło się w polskim hip-hopie. O tym jednak dalej, skupmy się na Klasycznej. Noon, wspomagany przez genialnego DJ Pandę, nieco niesłusznie pomijanego przy okazji każdego tekstu popełnianego w temacie Pezet-Noon, producent wybitny, w zupełnie nieoczywisty sposób łączący chwytliwość z artystycznym rozmachem („To Tylko Ja”). Do tego Pezet ze swym niesamowicie precyzyjnym flow oraz tekstami, chwilami nieco nietrafionymi, jednak już śmiało odznaczającymi się wyjątkową głębią obserwacji i niebanalnymi rozkminkami („Te Same Dni, Te Same Sny”). I może, to jeszcze nie jest TO, jednak dzieje się dużo, jest niesłychana chemia na linii producent – MC i przede wszystkim 14 znakomitych i różnorodnych utworów. Krótko ujmując – już klasyczni, ale jeszcze nie poważni. -Łukasz Halicki

Reklamy

5 Responses to Top 33 polskich płyt 00s: miejsca 23-33

  1. szaku says:

    a jednak klasyczna weszła :)) yay!!

  2. poliszmnie says:

    o włos, ale jest. w sumie smutno by było gdyby się nie zmieściła, no nie?

  3. DuzyJot says:

    dawac nastepna 11-tke =)

  4. v says:

    ej, piona za wpis o TCIOFie, mamy dokładnie takie same odczucia co do płyty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: