Top 33 polskich płyt 00s: miejsca 1-11

11. Skalpel: Skalpel
[Ninja Tune, 2003]

EP-ka była fajna (widzieliśmy się dwie pozycje wyżej), ale to właściwy debiut chłopaków ze Skalpela przyniósł im fejm i zasłużony respekt. Co prawda Paszport Polityki przydarzył im się dopiero w 2005, jednak Igorowi Pudło i Marcinowi Cichemu udało się szerzej zaistniej już na wysokości roku 2003, kiedy to właśnie ukazał się ich właściwy debiut. Wybili się w dużej mierze za sprawą wydawania dla „kultowej” wytwórni Ninja Tune, ale umówmy się, tak sprawnego i przystępnego oblicza nu-jazzu świat do tej pory nie znał i to również zadecydowało o ich sukcesie. Skalpel nie jest płytą z wielkimi ambicjami, a o jego wartości decyduje przede wszystkim świetne wyczucie chłopaków oraz niespotykana lekkość w sklejaniu dźwięków. Bo jazz to nie jest łatwa materia, a oni pokazali, że można niebanalnie, z klasą i przede wszystkim przystępnie zaserwować to co niełatwe. Najważniejsze jednak, że zamiast bawić się w instrumentalny hip-hop czy uciekać w rejony głębokiego przetwarzania dźwięków stworzyli swój własny jazz, „sound sculptured in space”. -Łukasz Halicki

10. Jazzpospolita: Jazzpospolita
[self-released, 2009]

Unikałem zawsze pisania o JP głównie dlatego, że nie mam absolutnie nic o niej do powiedzenia. Nie wiem w sumie dlaczego, bo uważam ją za absolutnie szczytową muzycznie jak na nasze warunki. Mógłbym rzucić takimi nazwami jak Tortoise i Jaga Jazzist, bo się kojarzą, ale serio, komu coś to w sumie potrzebne? Czekam na płytę, może wtedy coś wymyślę. -Emil Macherzyński

09. The Car Is On Fire: Lake & Flames
[EMI Music Polandl, 2006]

Lake & Flames jest chyba ostatnią płytą w moim w życiu po którą poleciałem do sklepu już w dniu premiery. Debiut faktycznie miótł i zapowiadał wielkość, jednak stała się ona faktem dopiero na drugim albumie TCIOF. I wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że tak będzie. Album ślicznie dopieszczony przez Biolika i zespół,  zupełnie zaskoczył jakością dźwięku, raz że niespotykaną na krajowym podwórku (polska płyta roku magazynu Audio!), dwa, będącą kompletną ucieczką od surowego brzmienia debiutu. W kategorii jakości kompozycji chłopaki również zaliczyli niesłychany progres. „Parker Posey”, „Such A Lovely”, „Neyorkewr”, „Oh, Joe”, „What Life’s All About”, „Love”, błagam, nie każcie mi wymieniać więcej. Bogactwo, chwytliwość i niesłychana lekkość Lake & Flames powinny służyć za modelowy przykład jak powinno brzmieć granie na styku rocka i popu. Gdyby tylko nie przesadzili z ilością utworów (syndrom Ostrego?) byłoby naprawdę słitaśnie. Choć i tak ich kocham bezgranicznie. Nawet po tym jak wywali Borysa. -Łukasz Halicki

08. Braty Z Rakemna: Fusy Precz!
[Hajle Silesia, 2004]

Dobrze wykorzystajmy najlepszy czas antenowy, postanowiłem puścić w świat wielce radosną wieść znalezioną na oficjalnej stronie Bratów:

„Z całą pewnością zagramy pierwszy po pięciu latach koncert. 2 maja w Gryfinie, w kameralnym pubie „U Suszka” przerwiemy spekulacje odnośnie naszego status quo. Ilość miejsc ograniczona, wstęp wolny. Oryginalny skład, premierowy materiał.Następnie 1 czerwca rozpoczynamy nagrania drugiej płyty, w Warszawie, w studio kierowanym przez Maćka Cieślaka z zespołu Ścianka. Trzymajcie kciuki, albo wystawione środkowe palce.Z pewnością zagramy również 11 lipca, na imprezie dla wszystkich miłośników dwóch kółek i ich lekko ekstremalnego wydania. Impreza odbędzie się tradycyjnie na terenie ośrodka wypoczynkowego „Pod Muszlami” nad jeziorem Wirów/k. Gryfina. http://jazzbike.plA co potem? To się okaże, ale … wracamy.”

Fajnie, nieprawdaż? Dla przypomnienia skali zjawiska jedna z najlepszych linii basu ostatnich 10 lat do kliknięcia tutaj. No i jeszcze ta końcówka! -Łukasz Halicki

07. Muchy: Terroromans
[Polskie Radio, 2007]

O Muchach i Terroromansie napisano wiele, można wręcz odnieść, że zbyt wiele. Jedni ogłaszali fenomen, inni marudzili, że hype i kółko wzajemnej adoracji. Jak to w życiu bywa i jedni i drudzy mieli rację. Bo moda na muchę wytworzyła się sporo przed debiutem za sprawą dema Galanteria oraz EP-ki Terroromans, które jakby nie patrzeć było promowane przez ciągle się rozrastający krąg bliższych i dalszych znajomych zespołu. I o ile te same osoby obwieszczały później światu wielkość debiutu Much, tak dołączyła do nich cała masa różnej maści recenzentów spoza sfery podejrzeń oraz co ważniejsze, zwyczajni słuchacze, co już sugerowało, że faktycznie coś jest na rzeczy. Muchy są być może pierwszym polskim zespołem, który tak skutecznie i efektownie połączył tradycje polskiego rocka lat 80-tych z ideami błyskotliwego indie-popu, który z kolei należy uznać za wymysł minionej dekady. Dorzucili do tego świetne teksty i oto powstały „Najważniejszy Dzień”, „Miasto Doznań”, „Zapach Wrzątku” – dla wielu dzisiaj już niemal hymny, a dla większości świetne, przebojowe, niebanalne piosenki. Bzzzzzzzzz. Bez odbioru. -Łukasz Halicki

06. Cool Kids Of Death: Cool Kids Of Death
[Sissy Records, 2002]

W 2006 roku CKOD zagrało koncert z jakiejś okazji przy nowej wtedy Manufakturze. Dialog Czterech Kultur (rip), coś w ten deseń. Supportowali ich ci okropnie groteskowi Niemcy z Mediengruppe Telekomander. CKOD grał typowy dla siebie set z 90% debiutu, po jednym kawałku z innych płyt (przesadzam, ale nie bardzo), nabijając się z ochrony i organizatorów. W którymś momencie ochroniarze byli już mocno wnerwieni i weszli na scenę, zaczęła się jakaś słowno-fizyczna przepychanka, ostatecznie organizatorzy kazali odciąć ich od nagłośnienia głównego. CKOD zareagowało na to w najlepszym stylu, grając genialną, zwierzęco wściekłą wersję „I Wanna Be Your Dog” tylko na odsłuchach. To był moment, w którym byłem z nich dumny, byłem dumny, że są z Łodzi, że ja jestem z Łodzi i że mają taką bezczelną energię. To był ich najlepszy moment od 2002, kiedy kupiłem sobie s/t i poczułem dokładnie to samo. -Emil Macherzyński

05. Kobiety: Kobiety
[Biodro Records, 2000]

Jedna z najważniejszych kapel na mapie Trójmiasta, a tym samym kraju. Do tego, bez dwóch zdań mój ulubiony niezawodny polski zespół. To, że nie ma w tym podsumowaniu Pozwól SobieAmnestii to tylko kolejny z wielu żydowskich spisków tego świata (uwaga, żart). Popowi na swój własny alternatywny sposób, jednak z wyraźnym odchyłem w kierunku hałasowania w stylu Sonic Youth (szczególnie koncertowo). Debiut zdecydowanie najlepszy w całej dyskografii – bo hit-singiel „Marcello”,  bo „subtelne” szarpanie strun „Z Mieszkania Nade Mną”, obłąkańcze powtarzanie kolejnych fraz, a przede wszystkim ze względu na fakt, że najbardziej surowy i spójny. Nawrocki z resztą zespołu idealnie wypośrodkował na debiucie Kobiet surrealizm tekstów, gitarowy zamęt oraz „popowość” kolejnych utworów. I chyba generalnie chodzi o to, że na Kobietach udało się to najlepiej. Także warto dowiedzieć się skąd wyłażą im czarne smoki. Chociażby z czystej ciekawości. -Łukasz Halicki

04. Pezet-Noon: Muzyka Poważna
[Embargo Nagrania, 2004]

Hypnagogiczny rap. Na długo zanim ktoś w Wire bodajże uknuł termin hypnagogic cośtam. Podkłady Noona mogłyby się ścigać z moim ulubionym, ezoterycznym Boards Of Canada. A i Pezet mimo, że w sumie mówi do nas językiem prostych rymów, absolutnie wywiązuje się ze swojego zadania. Nie chcę się bawić w cytaty, bo to w sumie jedna z niewielu polskich płyt hip-hopowych, które po prostu wchodzą mi w całości, jako praktycznie luźny koncept album. Nawet jak klimat przełamywany jest niekonsekwentnymi zabawowymi kawałkami/skitami czy antypiracka agitką. Acz, to ostatnie, warto zauważyć, jest sto razy lepsze i fajniejsze niż jakieś Hołdysowe „okradasz mnie i moją rodzinę” czy Kazikowe „jeby i faki”. Świetny, refleksyjny album. -Emil Macherzyński

03. Ścianka: Dni Wiatru
[Sissy Records, 2001]

Nie lubię pisać o swoich ulubionych płytach. Czuję się trochę jakbym miał dyskutować jakieś totalnie osobiste rzeczy, jak Mark Prindle robił z rozpadem swojego małżeństwa na Facebooku. No dramat. Bo wiecie, dla mnie ta płyta jest w sumie idealna. Stanowi całość, ale co nieczęste przy muzyce stricte-eksperymentalnej każdy kawałek broni się na swoim. Coś jak zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Poza tym, przepięknie jest rozłożona dynamika, gdzie naprawdę dziwaczne i ekspresyjne kawałki (fenomenalne quasi słuchowiska „Piotrek” i „Spychacz”) poprzetykane są zwiewnymi, dosyć konwencjonalnymi kawałkami pop (w bardziej psychodelicznym ujęciu „Latający Pies” i najpiękniejsza kołysanka na świecie „The Iris Sleeps Under The Snow”). Czyli nie ma szans na bycie przytłoczonym, nawet, jeżeli na każde 15 minut klimatów poważniejszych przypada tego oddechu ze 180 sekund. Jest to album jedyny w swoim rodzaju tak jak jedyne w swoim rodzaju było Astigmatic Komedy, gdzie konwencjonalne zachodnie rozwiązania są przefiltrowane przez totalnie naszą wrażliwość. I jedyne co boli, to że bez znajomości rodzimego języka, płyta jest praktycznie bezużyteczna. Co jest zbrodnią, ale chyba tej bariery nie przeskoczy się nigdy.

O, widzicie? Nie potrafię. -Emil Macherzyński

02. Ścianka: Białe Wakacje
[Sissy Records, 2002]

Białe Wakacje wyżej niż Dni Wiatru?! OMG! Moi drodzy luje, nie istnieje prawda, położenie na liście nie ma większego znaczenia. Lipiec, powietrze, ławka w parku północnym w Sopocie po godzinie 23, sierpień w Łodzi. Oto wakacje Maćka Cieślaka. Pamiętam, że teledysk do utworu tytułowego śmigał na Vivie (wówczas jeszcze nie skażonej Darem, techno i polskim „popem”) niczym jeden z wielkich hiciorów sezonu. 22 października 2003 zaliczyłem koncert promujący Białe Wakacje. Szczerze mówiąc nie ogarnąłem sprawy, byłem zbyt młody, zbyt nieświadomy, głupi jednym słowem. Jednak płytę kupiłem. Nie istniejący już sklep Bemol na ulicy Nowy Świat w Białymstoku. Jedna z moich pierwszych płyt, przeskok technologiczny dla ówczesnego miłośnika kaset. Genialność i unikatowość zjawiska jakim jest Ścianka dotarła do mnie już wtedy, jednak wydaje mi się, że dopiero teraz jestem w stanie w pełni świadomie przetworzyć Białe Wakacje. Album w środkach wyrazu zdecydowanie bardziej oczywisty niż Dni Wiatru, chwilami bardzo piosenkowy, jednak cały czas chwalący wielkość hałasujących gitar. Jedyny rodzime gitarowe wydawnictwo, które jest zarazem bardzo polskie i zupełnie inne od wszystkiego co powstało w naszym kraju. Wielkie ukłony, szacun, wspomnienia. Za same „Miasta I Nieba” oraz „Piosenkę Nr 2” jestem gotów bić pokłony. Wy też powinniście. -Łukasz Halicki

01. Lenny Valentino: Uwaga! Jedzie Tramwaj
[Sissy Records, 2001]

Pamiętam jak w 2001 roku w Machinie pisano o tej płycie, ze przebija Kid A/Amnesiac. He, no niekoniecznie. Ogółem zgodziłem się na napisanie tej notki wspólnie z Łukaszem by posłużyła za jakąś łyżkę dziegciu, ale tak szczerze mówiąc, cieszę się, że ta płyta istnieje. Pozwoliła mi odkryć The Auteurs i pokazała, że pod kopułą gromu zwaną też głową Artura Rojka czai się wrażliwy, introspektywny artysta. Wprawdzie znając wersje demo wydane jako Cyrk ciężko nie zauważyć, że około 90% dobroci na tej płycie to aranżerski majstersztyk Ścianki, ale wtedy tego nie wiedziałem. Epicentrum albumu stanowi dla mnie i zawsze stanowił utwór tytułowy. Jego niesamowita, zrozpaczona ospałość chwyta strasznie. Charakterystyczne dla tekstów dziecięce abstrakcje („motyle cytrynki”) mają w nim chyba największą wymowność. „Uwaga, jedzie tramwaj / gdy jedzie ziemia się trzęsie / trzęsie się cały mój świat” – ostatnia linijka czyste ciarki. I to wydłużone outro, które mogłoby trwać w nieskończoność. Każde uderzenie perkusji wbija cię coraz mocniej w ziemię. Bardzo możliwe, że w Machinie dostali płytę z tylko ta piosenką. No, może tą i „Trującymi Kwiatami”, z hipnotycznie skaczącym werblem.

W sumie ktoś mocno dal ciała nie zauważając potencjału wydawnictwa i nie kosztując się na zagraniczną promocję, bo ten album aż skrzy od fenomenu Agaetis Byrjun. Oh well.

Tylko co tam robił Roman Waluś? -Emil Macherzyński

Rojek, Waluś, Cieślak, Lachowicz i Kowalczyk. Do końca życia będą funkcjonować w mojej głowie jako niedościgniony dream team polskiej alternatywy i muzyki w ogóle. Chciałbym postawić im pomnik, ale nie umiem. Moja ulubiona polska KASETA ever. Rozczulająco depresyjna, kiedyś trafiająca w emo nastolatka, dzisiaj wzór tego jak idealnie zgrać muzykę z słowem. Postuluję o umieszczenie w Sèvres. Muzyczny kosmos, do którego dotarło niewielu polskich muzyków. Zespół, który w kontekście dosyć szybkiego rozwiązania się, zaistniał dosłownie na chwilę, a jednak był w stanie stworzyć swój własny muzyczny język. Niewiele jest bowiem albumów, na których można odnaleźć tyle emocji i uczuć, które są nam po prostu zwyczajnie bliskie. Wszyscy wpadliśmy w sidła ckliwych historii z dzieciństwa śpiewanych przez Rojka i tych rzewnych aranżacji spod ręki Cieślaka. Tak więc mamy nasz narodowy skarb i w sumie cieszę się, że Uwaga! Jedzie Tramwaj nie wyfrunęło nigdy poza granice kraju. Oni by tego nie zrozumieli, bo to jest naprawdę nasze. -Łukasz Halicki

Reklamy

9 Responses to Top 33 polskich płyt 00s: miejsca 1-11

  1. warna says:

    Dobre typy, trudno się z większością nie zgodzić. Paru rzeczy mi tylko brakuje, byłem pewien, że coś Kapeli ze Wsi Warszawa będzie na 100% w dziesiątce. Jeszcze bym na takiej liście widział Cracow Klezmer Band, Band of Endless Noise, Karpaty Magiczne, Stereo Ewy Braun, Światła miasta i coś z muzyki tanecznej, chociażby Catz ‚n Dogz, Sienkiewicza, Czubalę czy Electric Rudeboyz. Światowy poziom.

  2. emil says:

    stereo miałem na szlachetnym 31 miejscu. band of endless noise przemknął mi przez głowę.

    electric rudeboyz :>

  3. North says:

    Ok, nie spełniliście mojej prośby. Macie wpierdol. Dajcie adres e-mail lub normalny, żebym wiedział gdzie go mam wysłać.

  4. W zasadzie wszystkie płyty z ostatniej części Waszej listy spokojnie można uznać za równoprawnych kandydatów do miejsca pierwszego.

  5. b says:

    eej, propsy za Bratów, bo już miałem wrażenie że wszyscy o tej płycie pozapominali

  6. costamgowno says:

    lol dopiero dowiedziałem się o demo LV (facepalm) i ciary na refrenie chłopca z plasteliny, zajebiste

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: