Kamp!, „Heats”

Kamp!, “Heats”
Ocena: 3+/6

Po „Giulianim” polskiej tanecznej emotroniki, Kamp! wracają z dwoma balladami. Pierwsza, tytułowa, zrzyna strasznie z „Great Release” LCD Soundsystem. Ale, szczerze mówiąc, to nie jest problemem. Recykling, odniesienia, hołdy, inspiracje. Zestaw naturalny. Co nie wychodzi na zdrowie temu wydawnictwu to jego po primo próba juvelenowej sensualności, co w połączeniu z rodzimym spleenem wypada ani tak ani tak. Po drugie primo ultimo – wokal. Umówmy się, 90% genialności ich zeszłorocznego epiku to świetne poprowadzenie partii instrumentalnych i wokal zepchnięty do roli przeszkadzajki (heh heh). Tutaj wszystko z radiową poprawnością spycha podkłady (nie rewelacyjne tak czy siak, niestety) w tył i daje pohasać dąsającemu się głosowi wypchniętemu na samotny przód – to nucenie, słodki jezu. Poza tym, brakuje energii i spontanu. To nie są jakieś złe piosenki, tylko brzmią jakby zespół był na scenie od 15 lat i mógł sobie wypuścić taki nieśpieszny singielek do analizy dla złaknionych fanów. A to nie zachodzi tutaj przecież, o ile wiem. Poza tym, brzmienie momentami trąci komunijnym kibordem Casio (pianino). Najlepiej wypada instrumentalny środek bisajdu – przechodzący od post-prince’a do Cut Cupy. To za mało jednak by wykrzesać ze mnie entuzjazm do tych dwóch ślamazarnych, niezbyt melodyjnych kawałków, których zmorą będzie słowo „przyzwoite”. Jako przedsmak płyty wypada więc dosyć blado. Ale cóż. Louden Up Now jakąś rewelacją też nie było. –Emil Macherzyński

http://www.myspace.com/kampmusik

Reklamy

5 Responses to Kamp!, „Heats”

  1. poliszmnie says:

    Ja Łukasz Ha, chciałem tylko oświadczyc że dla mnie „Hearts” to jakieś 5-, za to ten b side 3+, więc wychodzi że całość na skraju 4/4+, jeśli to w ogóle ma jeszcze dla kogoś znaczenie. Także faktycznie chyba póki co ich najsłabsze wydawnictwo.

  2. Anna Ka says:

    Ja Anna Ka chciałam sprostować nazwę: Heats, nie Hearts :]

  3. gazel says:

    ożeż! no, jeśli w „Breaking…” i „Cosmological” wokal zepchnięty był do roli przeszkadzajek – to ja jestem św. Mikołaj! i w prezencie przynoszę kongraty za te 2 wakacyjne hiciory. a „Distance…” – czyli b-side – to parkietowy wymiatacz z nutką tego czegoś, co chwyta ze serca. mniej instrumentalnych wygibasów i połamania, więcej klimatu. świetna sprawa. btw wokalista ma spory potencjał i spychanie go do roli przeszkadzajek – cóż, niekoniecznie jak dla mnie.

  4. Senrigan says:

    Ja tam nie widzę podobieństwa z LCD Soundsystem i jak dla mnie „Heats” jest o wiele lepszy. 🙂 Na początku kawałek mi się zupełnie nie podobał, ale po kilkunastu odsłuchaniach uważam, że jest bardzo dobry. B-side moim zdaniem zdecydowanie wymiata, ale klimat tej grupy trzeba po prostu poczuć i z pewnością nie każdy słuchacz w nim się odnajdzie. Jeśli chodzi o electropop to i tak w naszym kraju nie ma obecnie chyba nic lepszego, więc cieszmy się i czekajmy z coraz większą niecierpliwością na płytę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: