Cieślak I Księżniczki: Cieślak I Księżniczki

Cieślak i Księżniczki: Cieślak i Księżniczki
[My Shit In Your Coffee, 2010]
Ocena: 5+/6

Wszyscyśmy czekali, ale ja czekałem najbardziej. Miał być marzec, ostatecznie wyszedł sierpień. Wszystko wybaczam, bowiem pierwszy raz od nie wiem kiedy mogłem przeżyć coś tak archaicznego,  jak wyczekiwanie na premierę płyty i poczuć się jak nieziemsko podjarany gówniarz czekający pod księgarnią na premierę nowego Harry’ego Pottera. Oczywiście kupiłem w dniu premiery. I tak właściwie, to był mój główny cel tegorocznego Off Festivalu. Nie koncerty, nie ziomale, lecz właśnie upragniony debiut Cieślaka i Księżniczek. Na to całe podekscytowanie złożyły się dwa czynniki – po pierwsze fenomenalny koncert 26 kwietnia w Powiększeniu (w lipcu na Chłodnej było niewiele gorzej), po drugie moje wielkie tegoroczne olśnienie – Maciek Cieślak wielkim artystą jest.

Zastanawialiście się może kiedyś ilu na świecie jest takich Maćków Cieślaków? Takie narodowe skarby, znane w wąskich gronach pasjonatów muzyki z danego kraju na pewno istnieją. Trochę mnie boli, że prawdopodobnie nigdy nie uda mi się poznać większości z nich, z drugiej z strony dobrze jest, może akurat tutaj wyprzedzamy innych? Nawet jeśli uznać, że w ostatnich kilku latach było trochę gorzej z formą Maćka, to i tak ciągle krajowa czołówka, zdecydowanie ponad przeciętnością. Kiedyś Lenny, nieustannie Ścianka, do tego całkiem niedawno Kings Of Caramel oraz cała masa świetnych produkcji. Teraz doliczamy do tego wszystkiego Księżniczki, nowe akustyczne dziecko, o którym wiemy już od dawna, że to rzecz zacna, lecz mimo wszystko do tej pory formalnie nieudokumentowana.

I oto jest, skromna tekturka, a w środku jeden z najładniejszych wizualnie krążków jakie ostatnio widziałem. Akustyk, dwie wiolonczele, skrzypce plus wokal Maćka, skromny tekstowo, jednak w kategorii formy jest chyba najlepiej w historii. Chwilami piosenkowy jak w dobrze znanych nam „Get On The Plane” czy „The Man And His Happy Life”, jednak przeważnie melancholijny. Na szczęście wszystko nie obraca się wokół jednostajnego smęcenia, a zespół stawia zarówno na zwiewne impresje („Forest”), jak również bawi się w odgrywanie standardów smutnej piosenki akustycznej. Daleki jestem od wielbienia tego rodzaju grania, ale uwierzcie mi te piosenki są świetne, a te wszystkie plumkania wokół są po prostu piękne. Tu i ówdzie tradycyjnie wypluto serię porównań, jednak przepraszam, nie słyszę. Cieślakowi po raz kolejny udało się bowiem usnuć własny muzyczny świat, który zapewne nigdy nie przeniknie poza grono jego wyznawców. Żeby zgrabnie spuentować zacytuję zdobytą dedykację od Maćka: „Łukaszu, to smutna płyta, ale nie bądź smutny. Bo nie ma po co.”. Nie wiem jak wy, ale ja się cieszę. Bo to naprawdę znakomity album. Za laurkowość niezmiernie przepraszam. -Łukasz Halicki

http://www.myspace.com/cieslakiksiezniczki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: