Polska 2010: Płyty

To nie jest wcale tak, że poprzedni rok był słaby, ale żeby ująć to uczciwie 2010 zjadł 2009 już w przedbiegach. Przynajmniej w kategorii muzyka polska. Dużo się działo, dużo się wydawało, pojawiły się świetne nowe labele (My Shit In Your Coffee, U Know Me Records), bardzo aktywnie udzielali się też starzy gracze (Lado ABC, Mystic Records). Wydarzyły się ożywcze przetasowania w składach (Pink Freud, Pogodno), powroty dobrych kumpli (Mikołaj Bugajak) oraz kilka ciekawych debiutów (Tin Pan Alley, Wolfgang in a Truck). Także jest się czym cieszyć, bo od paru dobrych lat widać ciągły rozwój na naszym podwórku, nawet jeśli ciągle odbywa się to raczej w skali mikro i w większości przypadków niestety ciągle po kosztach. Nadal są rejony, w których dopiero wydarza się przecieranie szlaków, jak chociażby rejony IDMu w które w tym roku zapuścił się Teilete czy indie-folk w wydaniu Pauli i Karola, jednak wreszcie mamy do czynienia z praktycznie pełnym spektrum dźwięków w wydaniu polskim. W odwrocie po bardzo dobrym roku 2009 są hip-hopowcy, za to w natarciu nasi jazzmani, którzy śmiało poszerzają granice gatunku, tworząc coś na miarę naszego sztandarowego produktu eksportowego. Także był to bez wątpienia znakomity rok dla polskiej muzyki, a patrząc na premiery zbliżające się w tym roku, z których wystarczy nadmienić chociażby takich pewniaków jak Ścianka, Psychocukier i Kobiety, może być jeszcze lepiej.

Co do samego podsumowania – w tym roku, po paru głębszych przemyśleniach postanowiliśmy na alfabetyczną listę naszych faworytów, bez miejsc, bez odnoszenia się co od czego lepsze. Żeby nie wyglądało to na ranking popularności, a po prostu listę rekomendacji, tego co wyryło największe ślady w naszych zblazowanych mózgach. 13 pozycji, bo tyle wydaje się być rozsądną liczbą, by zmieścić to co najlepsze. Kompilowali tradycyjnie Łukasz Halicki oraz Emil Macherzyński, zaś dobrym słowem wsparł Dawid Bartkowski. Sobie życzę więcej czasu na pisanie, a wam żeby się chciało czytać. Finito, oficjalnie zamykamy 2010. -Łukasz Halicki

B Szczęsny: Beyond Midnight
[Brennnessel, 2010]

Szukając czegoś o Szczęsnym na samym początku znajomości natrafiłem na jakimś forum na jego posty konsultujące brzmienie któregoś kawałka. Dowiedziałem się tam, że komuś nie pasowały talerze, a sam B tłumaczył, że stare struny w basie miał. Nie pamiętam już co ci wszyscy znawcy i profesorowie mu odpisali (bo wszyscy się oczywiście znają i są zajebiści we wszystkim i to nie ich wina że nic nigdy nie jest takie znowu zajebiste mimo, że wszyscy znają się na wszystkim i są zajebiści), ale ogółem to chciałem wyjść do tego, że niepotrzebnie zgłaszał bohater naszego wpisu jakieś wątpliwości. EP-ka jest git. -Emil Macherzyński

Cieślak i Księżniczki: Cieślak i Księżniczki
[My Shit In Your Coffee, 2010]

Koncerty Cieślaka i Księżniczek są jeszcze lepsze niż płyta. Uwierzcie mi, byłem w tym roku na trzech i żałuję, że nie miałem szans na więcej. To jest ten rodzaj muzyki, który smyra tego mojego głęboko skrytego wewnętrznego dobrego duszka. Przyznaję się – były ciarki, były emocje, chcę więcej. Oszalałem na starość, tak dobra jest ta płyta. Trochę piosenkowa, trochę zwiewna, odrobinę uciekająca w stronę rozmytych improwizacji, ale zdecydowanie trzyma się w ryzach obranej ścieżki. Cieślak wraz z księżniczkami niby nie nagrali niczego przełomowego, nie porwali się na dziwne innowacje w krainie akustycznego grania, a mimo to bez problemów podbili to terytorium. Podczas gdy inni wykonawcy najczęściej ocierali się o banał lub co najwyżej symulowali emocje, oni naprawdę docierają tam gdzie taka muzyka powinna. Także wybaczam tą nieustannie przekładaną premierę i niecierpliwie czekam na więcej. -Łukasz Halicki

Ed Wood: Anal Animal
[Lado ABC, 2010]

Dzikie gitarowe harce wspierane nie mniej zwierzęcą perkusją i dzikimi skowytami wokalu. Haaałas. Zjawiskowa okładka, szaleństwo oraz piękne, poetyckie tytuły piosenek. Bezkompromis. Słowa, które nie istnieją, dźwięki których inni się boją. Jazda bez trzymanki, prawdziwy rockowy pazur, a chłopaki dają czadu. Czujecie w ogóle czerstwość tych stwierdzeń? Ale to wszystko prawda. Barbarzyński, bestialski, brutalny, dziki, gwałtowny, nieludzki, okrutny, zwierzęcy noise rock. Wszystko z jednego wpisu w słowniku synonimów, a przecież każde słowo pasuje tutaj jak ulał. Zwariowana, radykalna odnoga rocka, którą misjonarze katoliccy od wieków próbują wyplenić z Ziemii. Brzmienie pozornie milionów garażowych kapel, ale błyskotliwość, odwaga i talent godne panteonu gatunku. W ogóle recenzje, co za durny pomysł. -Łukasz Halicki

Jazzpospolita: Almost Splendid
[Ampersand Records, 2010]

W szerszym rozpoznaniu (czytaj – na albumie) Jazzpospolita jawi się zdecydowanie bardziej ansamblem postrockowym niż stworem jazzowym sensu stricte. I to jest super, naprawdę, żyć ze świadomością zespołu podróżującego po świecie Tortoise czy Jaga Jazzist z taką swobodą, i to na wyciągnięcie ręki. Powoduje to jednak u mnie dosyć smutną konkluzję, że musieli się wziąć za to ludzie z jazzowymi korzeniami, bo dla reszty kraju to w dalszym ciągu oznacza granie arpedżia na głębokim delayu (vide sympatyczne strasznie New Century Classics, które lubię bardzo i nie jest to zarzut). W każdym razie, tytuł jest może i trochę cyniczno-proroczy, ale w końcu raptem ‚slightly short of or not quite accomplished’, także don’t sweat it, zespole. Będzie lepiej. -Emil Macherzyński

Kixnare: Digital Garden
[U Know Me Records, 2010]

No właśnie Noon wychodzi, wchodzi Kixnare i jest już jakby ciekawiej, choć też nie da się wyciągnąć zbyt jasnej paraleli pomiędzy dwoma producentami. W ogóle Łukasz chyba dał mi te płyty do opisów za kare, bo „nie mam jeszcze wszystkich potrzebnych danych” czy jak to szło. W każdym razie, poziom światowy, Prefuse 73, te sprawy. Ambientowo rozlane tła, pocięte wokale i wyraziste rytmy. Chciałbym wprawdzie, by wszyscy producenci tego typu olali eksponowanie rytmiki i skupili się właśnie na tych znacznie fajniejszych samplach-ornamentach, ale nie można mieć wszystkiego, a Digital Garden i tak naprawdę robi wrażenie już jakie jest. I ta okładka – wow! -Emil Macherzyński

Levity Trio: Chopin Shuffle
[Universal, 2010]

W zeszłym roku nawet Kalwi i Remi wzięli na warsztat Chopina. Wiecie, jak się nałoży na ten cały fortepian „dobry” bit, to mamy prawdziwy klubowy banger. Na szczęście, oprócz całej masy podobnych hołdów, mieliśmy również do czynienia z bardziej ambitnymi próbami zmierzenia się z dziełami Chopina. I nie ma co ukrywać, że dwupłytowe Chopin Shuffle jest najlepszym dowodem na to, że da się to zrobić ambitnie, a zarazem skutecznie unikając zbyt głębokiej ingerencji w materię wyjściową, jak również zbyt oczywistego inspirowania się. Wspólnie z Toshinori Kondo muzycy Levity wzięli na warsztat cykl 24 preludiów op. 28 Chopina i potraktowali je z należytym szacunkiem, nie bojąc się przy tym bardziej śmiałych wycieczek w nieznane. Efekt finalny to fantastyczny kolaż całej masy znakomitych pomysłów, gdzie jazzowe spektrum dźwięków okazuje się być jedynie punktem wyjściowym w kierunku rocka, popu, a nawet odrobiny elektroniki. Wszystko oczywiście z zacięciem klasycznym, ale warto podkreślić, że twórczości Chopina bywają tu chwilami zaledwie strzępki, które nawet w takich momentach doskonale współgrając z tym, co proponują nam muzycy Levity. Brawa za odwagę, inwencję, nieszablonowość i „Take Me To The Woods”. Klasa sama w sobie. -Łukasz Halicki

Mikołaj Bugajak: Strange Sounds And Inconceivable Deeds
[Nowe Nagrania, 2010]

Muzyka, która bardziej brzmi niż gra to u nas naprawdę rzadkość w tym świecie kompresji i Fruity Loops. Dlatego choć zarzuty o brak substancji (bez skojarzeń) uważam za całkiem słuszne, to w sumie co z tego? Słucha się świetnie i brzmi naprawdę wspaniale, a akordy to ja sobie mogę poanalizować w „Deacon Blues”. Post-Noon to naprawdę ciekawa postać i mam nadzieję, że kolejne wydawnictwa nie przyjdą za kolejne kilka lat. -Emil Macherzyński

Paula i Karol: Goodnight Warsaw (EP)
[self-released, 2010]

Overshare to świetna płyta, bez wątpienia godna uwagi, jednak to Goodnight Warsaw sprawia wrażenie muzyki bliższej słuchaczowi. Wszystko rozchodzi się o brzmienie – podczas gdy ta EP-ka cieszy swym nieco chałupniczym zacięciem, właściwy debiut Pauli i Karola ze swoją bardziej wymuskaną produkcję traci odrobinę ze swej nieco pretensjonalnej (w pozytywnym sensie!) intymności. Cymbałki nie brzmią już jak te, na których grał kolega z ławki na lekcji muzyki, a sami muzycy ze swoją niesłychaną radością i optymizmem są jakby parę centymetrów dalej. Różnice minimalne, jednak to odrobinę amatorska wersja „Mothers Stew” z Goodnight Warsaw obdarowuje większym rogalem, a utwór tytułowy w wydaniu Casiotone wprost niszczy wersję albumową. Nie mówiąc już o doprawdy fenomenalnym „5, 6, 7, 8”, którego na Overshare najbardziej mi brakuje. Czyżby wygrała pierwsza miłość? -Łukasz Halicki

Pink Freud: Monster of Jazz
[Universal, 2010]

Prochu faktycznie nie wymyślili, ale wreszcie nagrali płytę na miarę swoich możliwości, które patrząc na ich świetne koncerty, są zupełnie nie byle jakie. Skutkiem tego było, że do tej pory za ich najlepszy album było można uznawać koncertówkę, na szczęście wraz z nadejściem potwora to już nie jest aktualne. Ślizgając się gdzieś pomiędzy dobrze już wytrenowanym krzyżowaniu gatunków („Goz Quarter”), odrobiną szaleństwa („Warsaw”), filmowymi tematami („Polański”) oraz klasycznie melancholijnym jazzem („Red Eyes, Blue Sea And Sand”), wreszcie osiągają to co było w ich zasięgu od bardzo dawna. Na Monster of Jazz tradycja nie jest zbyt tradycyjna, a wariactwa nie są zbyt wariackie. Zarówno szacunek dla materii, którą operują, jak i dobrze znane w ich wykonaniu ciągoty do rozsadzania granic gatunku, zostały na tym albumie idealnie wyważone, przez co czuć, że mamy do czynienia z zespołem dojrzałym, któremu dawno udało się wypracować swój własny styl i w końcu skwitował to zestawem 12 genialnych kompozycji umieszczonych na jednej płycie. -Łukasz Halicki

Pogodno: Wasza Wspaniałość
[Mystic Records, 2010]

W kraju gdzie śpiewanie w rodzimym języku stało się passe, Budyń jako jedyny w tym podsumowaniu okazuje się być prawdziwym Polakiem i dalej twardo nawija po polsku. Prawdopodobniej robi to też najskładniej w swojej karierze, co wcale oczywiście nie oznacza zwiększenia przystępności jego tekstów. Bo tak naprawdę, pomimo zmian w składzie zespołu, mamy ciągle do czynienia z dawno już wypracowaną przez Pogodno formułą dziwacznego rock’n’rolla z ciągotami w kierunku psychodelii, jednak wreszcie udało się im nagrać spójny i bardzo konkretny album. Z przymrużeniem oka, chwilami absurdalnie czy wręcz kuriozalnie, Budyń snuje wcale niegłupie opowieści o relacjach międzyludzkich, przez co Wasza Wspaniałość po uważnym wsłuchaniu się, staje się albumem z drugim dnem, który zdecydowanie intryguje i ciekawi. Ja rozumiem, że nie są to klimaty dla każdego, ale warto spróbować, chociażby po to by się przekonać, że po polsku też jeszcze można. -Łukasz Halicki

Tin Pan Alley: Palm Waves. Figures for Chants, Quotes & Noise Burst
[Gingerbread Records, 2010]

Kuba Ziołek okazał się w tym roku bardzo aktywną postacią i udało mu się wydać dwie znakomite płyty, a ponoć jeszcze więcej nagrać. Tin Pan Alley to ten bardziej przystępny fragment jego twórczości, choć i tak chyba tego w radiu nie grają. Błyskotliwie zawadiackie gitarowe granie inspirowane indie esencją lat 90-tych. Tak powinno brzmieć ich hasło reklamowe, gdyby sprzedawali tą płytę w supermarketach. Dobre piosenki i hałas z melodiami nie są niestety ulubioną pożywką Polaków, w związku z czym Tin Pan Alley skazani są na niezależny byt lub niebyt, gdzie niestety brakuje chętnego na wydanie ich drugiego krążka, a o Palm Waves mało kto wspomina w jakimkolwiek podsumowaniu. Trochę szkoda, bo te 8 utworów, wśród których szczególnie wypada wyróżnić fenomenalne „The Playground”, konkretnie miecie i żal by było gdyby za parę lat ten album stał się deep undergroundowym wydawnictwem, o którym pamięta jakieś 5 osób. Ja im tego na pewno nie zapomnę. -Łukasz Halicki

Teielte: Homeworkz
[U Know Me Records, 2010]

Moje rodzinne miasto – Płock – nie jest urodzajem dobrej muzyki wszelakiego gatunku. Ni stąd, ni zowąd pojawia się nagle koleś, którego debiutancki album mocno miesza w głowach słuchaczy i recenzentów. Zrobił rzecz, której w naszym kraju jest jak na lekarstwo. Zrobił także rzecz, która jest na poziomie „zagranicznym”, czyli coś, co wcale nie taką normalką u nas. Żeby postawić obecne brzmienie Teielte z takim Flying Lotusem, jest jeszcze za wcześnie, ale spokojnie możemy powiedzieć o inspiracjach płynących z piwnic Los Angeles i większości WARPu. Troszkę od Ninja Tune, Nosaj Thinga i mamy własne Homeworkz . Na sam koniec chwała dla UKnowMe za to, że zdecydowali się debiutować razem z Teielte. Odważne to było, ale jak pokazuje czas – warto. -Dawid Bartkowski

Wolfgang in a Truck: Wolfgang in a Truck
[Cindie, 2010]

To znaczy ja w ogóle chyba nie powinienem nic pisać o nich skoro wódke piłem i w ogóle, ale fakt pozostaje faktem, że trochę nie docenia się u nas tego sprawnego kwintetu. Wprawdzie nie udało się jeszcze chłopakom przetransportować CAŁEJ genialności ich połączenia 80s post-punku z psychodelą i czym tam jeszcze, ale to są brzegi pod papier ścierny. Fakt pozostaje faktem, że kiedy cała Polska Młodzież dzieli się na niedobitki po indie 2.0 i Brennnessel, oni biorą sobie Medium Medium i ubierają w popowe melodie. I to jest, kurde, super, wiecie? -Emil Macherzyński

Reklamy

5 Responses to Polska 2010: Płyty

  1. Masło says:

    Racja, rok był niezły. Spokojnie dwudziestka dobrych płyt by się uzbierała. Namolnie obstaję przy Cukunfcie, dorzucam jeszcze Indigo Tree i Igora Boxxa

    • poliszmnie says:

      Indigo i Cukunft weszłyby spokojnie do mojej dwudziestki, ale Igor totalnie mnie rozczarował i znudził. A naprawdę dużo sobie po Breslau obiecywałem.

  2. do says:

    o matko, paula i karol? naprawde? jak ich slysze to zawsze mam ochote w nich czyms rzucic i trafic. tak juz jest od tego strasznego dnia, kiedy udalam sie na koncert basi bulat a tam oni, slucham slucham i … nie moge. a to 5 6 7 8 to juz odrzut o najwiekszym promieniu. panie redaktorze, dawno juz nie zdarzylo mi sie az tak z kims nie zgodzic.

  3. ZUREQ says:

    Może ten rok będzie jeszcze bardziej owocny. Wszyscy zawsze chcieli promować młodych, ale w tym roku do akcji wkroczyła Machina. Wydaje mi się, że poza wysoką nagrodą, nagraniem płyty i supportem, które też inni, sam fakt przyjęcia patronatu przez liczący się od lat magazyn jest dużym atutem. Zdaje się, że na stronie scena.machina.pl można się rejestrować i walczyc o darmowe subskrypcje 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: