Polska 2011: Płyty

Patrząc na niesamowity wręcz wysyp rankingów, statystyk i tym podobnych, podobnie jak w zeszłym roku, stawiam na listę 13 rekomendacji, bez żadnej hierarchizacji i numerków. W erze pożerania muzyki w ilościach przekraczających możliwości percepcyjne mózgu nie mam zamiaru pisać ile płyt nie zdążyłem, a ile się otarło o listę. To nieistotne. Istotna jest ta lista poniżej. Moje trzynaście typów z 2011, najlepsze co mnie spotkało w polskiej muzyce w 2011 i co wywarło na mniej największe wrażenie. Zasadniczo w tym roku można było żyć tylko i wyłączenie rodzimymi wydawnictwami i tak właściwie przez większą część roku wyglądało moje słuchanie nowości. Polska wygrywała ze światem, a nieświadomy patriotyzm wziął górę. Nienachalnie, bez przymusu i nacisków. Ten nasz rodzimy muzyczny mikroświatek, kręcący się głównie w okolicach Internetu, jest w stanie porwać i każdemu zapewnić mnóstwa wrażeń. To zarazem fantastyczne i przerażające, ale o tym w innym miejscu i o innej porze. Póki co cieszmy się tym zamknięciem 2011, bo naprawdę jest z czego. I zupełnie się nie zanosi żeby 2012 miał być gorszym rokiem dla polskiej muzyki. Podejrzewam, że nawet potencjalny koniec świata miałby na to znikomy wpływ. To czy Ścianka wreszcie wyda nową płytę również. -Łukasz Halicki

Alameda County Death Cult: A physician is not angry at the intemperance of a mad patient, nor does he take it ill to be railed at by a man in fever. Just so should a wise man treat all mankind, as a physician does his patient, and look upon them only as sick and extravagant (Songbook EP)
[self-released, 2011]

Album bezlitośnie pominięty, o którym najwięcej napisał chyba sam jego twórca czyli typowa historia z cyklu „internetowe poczynania nikomu nie znanych muzyków”. W przeciągu roku od premiery zdążył się uformować wariant live, który rozpoczyna siać zniszczenia już w lutym. Pod nazwą Alameda Trio. Zapewne skrót ten ma na celu zwiększyć medialną siłę rażenia zespołu i przynieść mu zasłużoną chwałę i rozgłos. Przydałoby się. A o co tak w ogóle chodzi? Ogólnie to skomplikowana historia, w której pojawia się nicość, śliczne wokale, śmierć człowieka Zachodu, hałas, kryzys humanizmu, gitarowe medytacje, pustka wszechświata oraz awersja do klasycznych piosenek. Jest spokojniej niż na Ed Woodzie, odrobinę melodyjnie jak u Tin Pan Alley, ale generalnie gdzieś tam na przecięciu tych światów, dodatkowo z wyraźnymi ciągotami do przyjemnych gitarowych plamek i dłużyzn. Mało współczesne, całkiem oryginalne gitarowe granie bez mocarstwowych ambicji. Żyję nadzieją, że ta EP-ka to dopiero początek.

Coldair: Far South
[Antena Krzyku/Opensources, 2011]

W ostatecznym rozrachunku wydaje się, że tegoroczna muzyczna propozycja Tobiasza jest odrobinę ciekawsza niż ostatni album Kyst. O włos, ale jednak. Far South to na pewno rzecz gatunkowo lżejsza i bardziej przystępna i właśnie to stwarza przewagę tego albumu nad Waterworks. Gdy opada premierowy entuzjazm okazuje się nagle, że niekoniecznie odczuwa się potrzebę wracania do drugiego krążka Kyst. Co innego dwójeczka Coldair, która z ogromną radością regularnie wraca do odtwarzacza, tym samym prezentując większy wskaźnik re-używalności. Może i faktycznie jest to nieco mniej ambitne granie, ale ze względu na swą ładną, skromną  naturę, tak jakby lepiej przyswajalne i zwyczajnie łatwiejsze w odbiorze. Miłe zaskoczenie, od którego ciężko się odzwyczaić.

Jacaszek: Glimmer
[Gustaff, 2011]

Na tegorocznym festiwalu Unsound, gdzie Jacaszek po raz pierwszy publicznie prezentował materiał zebrany na Glimmer, nagle okazało się, że przystawka jest smaczniejsza niż danie główne. Podczas gdy A Winged Victory For The Suleen zagrali dosyć konwencjonalną krzyżówkę drone’ów z nieco łzawymi aranżacjami orkiestrowymi, Jacaszek zaczarował wnętrze synagogi Tempel swoją wizją ambientu, unikającego emocjonalnego szantażu oraz sztandarowych zagrań prowadzących słuchacza w nudnawą nieskończoność. Glimmer to zadziwiająco świeża krzyżówka dotychczasowych zabaw Jacaszka szumiącą elektroniką i barokowych tropów snutych za pomocą klarnetu i klawesynu, które to połączenie zaowocowało albumem, który już chyba nie do końca zasługuję na łatkę ambientowego, ale też w sumie nie do końca wiadomo gdzie go zakwalifikować. Unikając patosu skutecznie wyzbywa się tego co najbardziej drażniło w Trenach, z drugiej strony nie popadając w totalne skupienie się na samym dźwięku, wystrzega się błędów Pentral. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć na kolejnej płycie.

Kirk: Msza Święta W  Brąswałdzie
[InnerGuN Records, 2011]

Brąswałd (dawniej niem. Braunswalde) – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, w gminie Dywity. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa olsztyńskiego.

Wieś położona około 8 km na północ od Olsztyna, w pobliżu jeziora Mosąg oraz rzeki Łyny. Usytuowana w pagórkowatym krajobrazie polodowcowym z licznymi małymi zbiornikami wodnymi. Od wschodu rozciągają się lasy, z pozostałych stron otoczona jest gruntami rolnymi z licznymi śródpolnymi kępami zieleni. Do Brąswałdu włączono jako kolonię Wopy, która wcześniej były samodzielną wsią. [źródło: Wikipedia]

Nieoficjalnie Brąswałd znany jest ze swej lokalnej sceny jazzowej, cechującej się dziwacznością, urodzajnym samplowaniem, licznymi pętlami oraz wszechogarniającą atmosferą końca świata. Obowiązkowy punkt do zaliczenia przy wszelkich wycieczkach na ziemię olsztyńską.

Kobiety: Mutanty
[Thin Man Records, 2011]

Nie jest to najlepsza płyta Kobiet. Przynajmniej trudno to stwierdzić po kilkumiesięcznej znajomości. Na pewno jest to udana kontynuacja i rozwinięcie trzech poprzednich albumów i dowód na to, że Kobiety są obecnie najbardziej niezawodnym polskim zespołem kwalifikującym się na łatkę „alternatywa”. 4 znakomite albumy, ciągły rozwój i kombinowanie, charakterystyczne, choć ciągle ewoluujące brzmienie oraz oczywiście teksty Nawrockiego. Zabawne, przewrotne, chwilami lekko absurdalne. Mutanty to tracklista pełna wybornych refrenów („Miłość To Mit”, „Łajka”), wannabe klasyków alternatywnej piosenki przebojowej i piękna definicja błyskotliwego popu na bogato. I też czasem tęsknię za bardziej gitarowymi Kobietami, lecz za każdym razem słuchając ich ostatniej płyty uświadamiam sobie, że nie ma to sensu. Kobiety to niezawodna marka i nie wygląda na to żeby coś się miało w tym temacie zmienić. Nawet gdyby mieli zacząć grać black metal.

Muzyka Końca Lata: PKP Anielina
[Thin Man Records, 2011]

Nie ma żadnego powrotu polskiej piosenki, big bitu, niczego. Uwierzcie mi. Jest pare niezłych polskich pop-rockowych płyt, które zamiast kopiować zachodnie wzorce zabrały się za historię krajowej piosenki i całkiem nieźle im to powychodziło. Muzyka Końca Lata nawet nie jest zespołem, który nagle wypłynął na tej fali czy wpisał się w nurt. Oni zawsze tacy byli i zawsze mieli fajne, przyjemne piosenki. PKP Anielina prezentuje ich dojrzalszych, ambitniejszych i tym samym bardziej atrakcyjnych niż na dwóch poprzednich płytach. Brzmieniowo bogatsi, tekstowo mniej pretensjonalni, całościowo zachwycają lekkością i naturalnością. Zdanie otwierające najlepszą polską recenzję roku 2011 tak celnie trafia w sedno tej płyty, że naprawdę nie chciałbym już nic dodawać.

Nosowska: 8
[Supersam Music, 2011]

Każdy rok ma swój alternatywny hit, który nieśmiało wprowadza ambitne granie na salony. Rok temu Brodka, dwa lata temu Hey, a w tym roku Nosowska solowo. Przepis jest za każdym razem podobny – nowoczesne, bogate w szczegóły brzmienie, nieoczywista przebojowość, świetny singiel promujący, wyrazistość wykonawcy. Tego ostatniego Nosowskiej zdecydowanie odmówić nie możemy, a cała muzyczna reszta, sygnowana nazwiskiem Macuka, idealnie balansuje to co łatwe z tym co dobre i singlowa „Nomada” jest tego znakomitym przykładem. Jednak to coś więcej niż ambitna muzyka wkradająca się na salony – to album uzależniający, zbudowany dziwnym, aczkolwiek zaskakująco plastycznym, arsenałem słów i dźwięków oraz pomimo niezwykle czytelnej metody osiągnięcia wyznaczonego celu, niesłychanie oryginalny. W kontekście ogólnego odbioru oraz popularności tego krążka nie sądzę żeby trzeba było go jeszcze jakoś specjalnie reklamować. Więcej takich płyt.

Napszykłat: Kultur Shock
[Qulturap, 2011]

Enpe na gigancie. Są na tym świecie zespoły, które już za sam pomysł na siebie powinny być lubione i Napszykłat to bez wątpienia jeden z nich. Uparcie realizujący swoją wizję dziwnego około hip-hopu barwionego elektroniką, twardo bronią tytułu najbardziej pokręconego zespołu w kraju. Podbijają kraje sąsiednie, u nas jakby trochę niewidzialni. Są jak Ewa Farna tylko w drugą stronę. Nagrali folkowy album by zjednoczyć nas z sąsiadami i pokazać bogactwo kulturowe Europy środkowowschodniej. Na przekór temu konceptowi zaprosili na płytę Amerykanina i Japończyka. Wielu próbowało ubrać ich w słowa, lecz wszyscy polegli. Pewne jest tylko to, że Kultur Shock to ich najlepsza dotychczasowa płyta i przy tym najbardziej pokręcona. Tym samym pozycja obowiązkowa dla wszystkich koneserów muzycznego dziwactwa na poziomie. Wbrew pozorom wcale nie taka ciężkostrawna.

Profesjonalizm: Chopin Chopin Chopin
[Lado ABC, 2011]

W poniższym, króciutkim SMS-ie datowanym na wczesny wrzesień 2011 zawiera się dokładnie wszystko co chciałbym jeszcze powiedzieć o tej płycie. Nic dodać, nic ująć, Marek, pozdrawiamy:

Różni Wykonawcy: Wszystko Płynie
[Agora, 2011]

Teoretycznie jest to soundtrack, jednak należałoby bardziej rozpatrywać ten album jako próbę uchwycenia pewnej grupki wykonawców reprezentujących podobną wrażliwość oraz podejście do muzyki. Takie proste. Szaleńców w tym gronie nie ma, są raczej artyści amatorzy, zajmujący się graniem raczej z doskoku, niż na pełnym etacie. Wydaje się, że największy urok tej kompilacji tkwi gdzieś w tym jej istnieniu totalnie na uboczu muzycznego świata oraz fakcie, że żaden z wykonawców nie ma imperialnych ambicji i każdy z nich próbuje obdarować słuchacza czymś więcej niż melodią, rytmem czy miłym dla ucha wokalem. I na szczęście nie kończy się jedynie na próbach – Adam Repucha czaruje intymną, osobistą atmosferą, Paula i Karol tradycyjnie już cieszą wszystko i wszystkich dookoła, Kyst poluje gdzieś tam w rejonach metafizyki, a i cała reszta ma coś do zaoferowania. Niekoniecznie dla każdego coś miłego, jednak jest to na tyle uniwersalne wydawnictwo, że mam cichą nadzieję, iż z racji swojej ceny i dostępności, okaże się dla paru osób okazją do odkrycia kilku fajnych artystów i być może będzie nawet powodem do dalszego grzebania.

SuperXiu: Idealism
[Ampersand Records, 2011]

Szlachetny pop z brytyjskimi ciągotami. Nie tylko w związku z akcentem wokalisty. I jakkolwiek można odnieść wrażenie, że ostatnio wszystko co brytyjskie to samo zło, tak Idealism czerpie bardziej z historii niż współczesności i wypada to uznać za zdecydowanie dobre zagranie. Chwilami może są zbyt stylizowani, a za mało „jacyś”, lecz wybornie się tego słucha, kompozycje cieszą różnorodnością i znakomitym studyjnym szlifem, więc tą pewną, miejmy nadzieję debiutancką, nijakość można im wybaczyć. Jako zespół mają na pewno jeszcze pare lekcji do odrobienia, lecz takimi utworami jak genialne “Vertigo/Glorious Sun”, udanie pokazują swoje ambicje i możliwości. Zresztą cała płyta uświadamia, że z kolejnego jakiegoś tam indie-popowego zespołu, wyrosła nam świetna kapela ze zdecydowanie większym potencjałem niż wydawało się jeszcze 2 lata temu. Pozostaje tylko życzyć sławy i rozgłosu.

Tom Bednarczyk: Ghost (EP)
[We Are Your Music Mate, 2011]

Ten kraj cierpi z racji wszechobecnej rockowej dominacji. Najlepsze płyty są rockowe. Jedyna słuszna muzyka kolesie z gitarami. Piosenki też muszą być rockowe, no ewentualnie popowe, ale nie za bardzo. Elektronika to muzyka dla młodzieży, przejdzie im, głupia fanaberia. Ghost (EP) jest pięknym przykładem elektroniki stworzonej do słuchania w domu, burzącym podstawowe wyobrażenie przeciętnego człowieka, że techno nadaje się tylko do klubów. Tomek Bednarczyk nagrał bowiem EP-kę, która w bardzo udany sposób łączy ładne z tanecznym, tym samym bardziej lokując się w przestrzeniach wielkości średniego pokoju niż wielkiej pulsującej sali. Ta podskórnie wyczuwalna tęsknota za ambientem, skryta gdzieś za delikatnym beatem i pulsującym rytmem, jest naprawdę o wiele bardziej interesująca i warta niż większości muzyki rockowej jaką słyszałem w 2011 roku. I właśnie dlatego Ghost (EP) jest wydawnictwem, które można słuchać wręcz bezustannie i ciągle czerpać z tego przyjemność. Nawet pomimo braku gitar.

Twilite: Quiet Giant
[Ampersand Records, 2011]

Absolutnie nikt w tym roku tak trafnie nie zatytułował swojej płyty. Te dwa słowa doskonale uzmysławiają charakter muzyki Twilite i niejako na nowo ją definiują. Ciągle bowiem mamy do czynienia ze skromnym, około balladowym graniem na dwie gitary, lecz waga kompozycji i pieczołowitość brzmienia wypychają te piosenki gdzieś na zupełnie nowy poziom. Studyjne upiększacze służą im całkiem dobrze, ale skromne wersje koncertowe uświadamiają jak znakomite kompozycje wypełniają tego cichego giganta. W kontekście jakości samych piosenek, właściwy debiut Twilite, będący przecież bardzo godziwym albumem, wydaje się zaledwie wprawką, nieśmiałą przystawką do tego co nastąpiło dalej. I chociaż można mieć obawy co do tego czy starczy im pary, to wydaje się że Paweł i Rafał mają w sobie tyle naturalnego uroku i energii, że mogliby do końca życia grać covery, a i tak ciężko by było ich nie lubić.

Reklamy

2 Responses to Polska 2011: Płyty

  1. Piotrek says:

    #nieznalemfajne: Alameda County Death Cult
    #przehajp: Profesjonalizm, Kirk
    #nictamniema: Coldair
    #bolesnanieobecnosc: Psychocukier, Nerwowe Wakacje

    pełna zgoda co do Superxiu, Jacaszka, Kobiet, NP.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: