Polska 2011: Post Scriptum – 5 x Top5

Top 5 polskich “bohaterów” roku 2011:

  1. Thin Man Records
  2. Marcin Masecki
  3. Ofensywa wydawnicza Anteny Krzyku / Qulturapu
  4. Lado w mieście
  5. Nowe polskie niezależne wytwórnie płytowe

Top 5 polskich koncertów 2011, na które udało mi się dotrzeć:

  1. Profesjonalizm @ Cafe Mozaika (2 września 2011)
  2. Ścianka @ Warszawa Powiśle (12 luty 2011)
  3. Kobiety @ Hydrozagadka (13 maja 2011)
  4. Biela, Rogiński, Szpura @ Chłodna 25 (25 lutego 2011)
  5. Twilite @ Off Festival 2011, Dolina Trzech Stawów (5 sierpnia 2011)

Top 5 polskich klipów, których nie przegapiłem:

1. Niwea, „Tańcz” – za minimalizm

2. Projekt Warszawiak, „Nie Ma Cwaniaka Na Warszawiaka” – za trafność

3. Brodka, „Krzyżówka Dnia” – za artystyczny rozmach

4. Łona, „To Nic Nie Znaczy” – za synchro słowa-obraz

5. Julia Marcell, „Matrioszka” – za nieokiełznaną niedorzeczność i żółte rękawiczki

Top 5 największych muzycznych rozczarowań w dziedzinie muzyka polska:

  1. Koncert Ortegi Cartel / Lavoholics
  2. Krzyk Izy Lach
  3. Rasmentalizm
  4. Polska muzyka na Off Festivalu
  5. Rozpad Tin Pan Alley

Top 5 polskich artystów, na których płyty czekam w 2012:

  1. Michał Biela
  2. Babadag
  3. Jazzpospolita
  4. HALF OF A dB
  5. Ścianka

Polska 2011: Płyty

Patrząc na niesamowity wręcz wysyp rankingów, statystyk i tym podobnych, podobnie jak w zeszłym roku, stawiam na listę 13 rekomendacji, bez żadnej hierarchizacji i numerków. W erze pożerania muzyki w ilościach przekraczających możliwości percepcyjne mózgu nie mam zamiaru pisać ile płyt nie zdążyłem, a ile się otarło o listę. To nieistotne. Istotna jest ta lista poniżej. Moje trzynaście typów z 2011, najlepsze co mnie spotkało w polskiej muzyce w 2011 i co wywarło na mniej największe wrażenie. Zasadniczo w tym roku można było żyć tylko i wyłączenie rodzimymi wydawnictwami i tak właściwie przez większą część roku wyglądało moje słuchanie nowości. Polska wygrywała ze światem, a nieświadomy patriotyzm wziął górę. Nienachalnie, bez przymusu i nacisków. Ten nasz rodzimy muzyczny mikroświatek, kręcący się głównie w okolicach Internetu, jest w stanie porwać i każdemu zapewnić mnóstwa wrażeń. To zarazem fantastyczne i przerażające, ale o tym w innym miejscu i o innej porze. Póki co cieszmy się tym zamknięciem 2011, bo naprawdę jest z czego. I zupełnie się nie zanosi żeby 2012 miał być gorszym rokiem dla polskiej muzyki. Podejrzewam, że nawet potencjalny koniec świata miałby na to znikomy wpływ. To czy Ścianka wreszcie wyda nową płytę również. -Łukasz Halicki

Alameda County Death Cult: A physician is not angry at the intemperance of a mad patient, nor does he take it ill to be railed at by a man in fever. Just so should a wise man treat all mankind, as a physician does his patient, and look upon them only as sick and extravagant (Songbook EP)
[self-released, 2011]

Album bezlitośnie pominięty, o którym najwięcej napisał chyba sam jego twórca czyli typowa historia z cyklu „internetowe poczynania nikomu nie znanych muzyków”. W przeciągu roku od premiery zdążył się uformować wariant live, który rozpoczyna siać zniszczenia już w lutym. Pod nazwą Alameda Trio. Zapewne skrót ten ma na celu zwiększyć medialną siłę rażenia zespołu i przynieść mu zasłużoną chwałę i rozgłos. Przydałoby się. A o co tak w ogóle chodzi? Ogólnie to skomplikowana historia, w której pojawia się nicość, śliczne wokale, śmierć człowieka Zachodu, hałas, kryzys humanizmu, gitarowe medytacje, pustka wszechświata oraz awersja do klasycznych piosenek. Jest spokojniej niż na Ed Woodzie, odrobinę melodyjnie jak u Tin Pan Alley, ale generalnie gdzieś tam na przecięciu tych światów, dodatkowo z wyraźnymi ciągotami do przyjemnych gitarowych plamek i dłużyzn. Mało współczesne, całkiem oryginalne gitarowe granie bez mocarstwowych ambicji. Żyję nadzieją, że ta EP-ka to dopiero początek.

Coldair: Far South
[Antena Krzyku/Opensources, 2011]

W ostatecznym rozrachunku wydaje się, że tegoroczna muzyczna propozycja Tobiasza jest odrobinę ciekawsza niż ostatni album Kyst. O włos, ale jednak. Far South to na pewno rzecz gatunkowo lżejsza i bardziej przystępna i właśnie to stwarza przewagę tego albumu nad Waterworks. Gdy opada premierowy entuzjazm okazuje się nagle, że niekoniecznie odczuwa się potrzebę wracania do drugiego krążka Kyst. Co innego dwójeczka Coldair, która z ogromną radością regularnie wraca do odtwarzacza, tym samym prezentując większy wskaźnik re-używalności. Może i faktycznie jest to nieco mniej ambitne granie, ale ze względu na swą ładną, skromną  naturę, tak jakby lepiej przyswajalne i zwyczajnie łatwiejsze w odbiorze. Miłe zaskoczenie, od którego ciężko się odzwyczaić.

Jacaszek: Glimmer
[Gustaff, 2011]

Na tegorocznym festiwalu Unsound, gdzie Jacaszek po raz pierwszy publicznie prezentował materiał zebrany na Glimmer, nagle okazało się, że przystawka jest smaczniejsza niż danie główne. Podczas gdy A Winged Victory For The Suleen zagrali dosyć konwencjonalną krzyżówkę drone’ów z nieco łzawymi aranżacjami orkiestrowymi, Jacaszek zaczarował wnętrze synagogi Tempel swoją wizją ambientu, unikającego emocjonalnego szantażu oraz sztandarowych zagrań prowadzących słuchacza w nudnawą nieskończoność. Glimmer to zadziwiająco świeża krzyżówka dotychczasowych zabaw Jacaszka szumiącą elektroniką i barokowych tropów snutych za pomocą klarnetu i klawesynu, które to połączenie zaowocowało albumem, który już chyba nie do końca zasługuję na łatkę ambientowego, ale też w sumie nie do końca wiadomo gdzie go zakwalifikować. Unikając patosu skutecznie wyzbywa się tego co najbardziej drażniło w Trenach, z drugiej strony nie popadając w totalne skupienie się na samym dźwięku, wystrzega się błędów Pentral. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć na kolejnej płycie.

Kirk: Msza Święta W  Brąswałdzie
[InnerGuN Records, 2011]

Brąswałd (dawniej niem. Braunswalde) – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, w gminie Dywity. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa olsztyńskiego.

Wieś położona około 8 km na północ od Olsztyna, w pobliżu jeziora Mosąg oraz rzeki Łyny. Usytuowana w pagórkowatym krajobrazie polodowcowym z licznymi małymi zbiornikami wodnymi. Od wschodu rozciągają się lasy, z pozostałych stron otoczona jest gruntami rolnymi z licznymi śródpolnymi kępami zieleni. Do Brąswałdu włączono jako kolonię Wopy, która wcześniej były samodzielną wsią. [źródło: Wikipedia]

Nieoficjalnie Brąswałd znany jest ze swej lokalnej sceny jazzowej, cechującej się dziwacznością, urodzajnym samplowaniem, licznymi pętlami oraz wszechogarniającą atmosferą końca świata. Obowiązkowy punkt do zaliczenia przy wszelkich wycieczkach na ziemię olsztyńską.

Kobiety: Mutanty
[Thin Man Records, 2011]

Nie jest to najlepsza płyta Kobiet. Przynajmniej trudno to stwierdzić po kilkumiesięcznej znajomości. Na pewno jest to udana kontynuacja i rozwinięcie trzech poprzednich albumów i dowód na to, że Kobiety są obecnie najbardziej niezawodnym polskim zespołem kwalifikującym się na łatkę „alternatywa”. 4 znakomite albumy, ciągły rozwój i kombinowanie, charakterystyczne, choć ciągle ewoluujące brzmienie oraz oczywiście teksty Nawrockiego. Zabawne, przewrotne, chwilami lekko absurdalne. Mutanty to tracklista pełna wybornych refrenów („Miłość To Mit”, „Łajka”), wannabe klasyków alternatywnej piosenki przebojowej i piękna definicja błyskotliwego popu na bogato. I też czasem tęsknię za bardziej gitarowymi Kobietami, lecz za każdym razem słuchając ich ostatniej płyty uświadamiam sobie, że nie ma to sensu. Kobiety to niezawodna marka i nie wygląda na to żeby coś się miało w tym temacie zmienić. Nawet gdyby mieli zacząć grać black metal.

Muzyka Końca Lata: PKP Anielina
[Thin Man Records, 2011]

Nie ma żadnego powrotu polskiej piosenki, big bitu, niczego. Uwierzcie mi. Jest pare niezłych polskich pop-rockowych płyt, które zamiast kopiować zachodnie wzorce zabrały się za historię krajowej piosenki i całkiem nieźle im to powychodziło. Muzyka Końca Lata nawet nie jest zespołem, który nagle wypłynął na tej fali czy wpisał się w nurt. Oni zawsze tacy byli i zawsze mieli fajne, przyjemne piosenki. PKP Anielina prezentuje ich dojrzalszych, ambitniejszych i tym samym bardziej atrakcyjnych niż na dwóch poprzednich płytach. Brzmieniowo bogatsi, tekstowo mniej pretensjonalni, całościowo zachwycają lekkością i naturalnością. Zdanie otwierające najlepszą polską recenzję roku 2011 tak celnie trafia w sedno tej płyty, że naprawdę nie chciałbym już nic dodawać.

Nosowska: 8
[Supersam Music, 2011]

Każdy rok ma swój alternatywny hit, który nieśmiało wprowadza ambitne granie na salony. Rok temu Brodka, dwa lata temu Hey, a w tym roku Nosowska solowo. Przepis jest za każdym razem podobny – nowoczesne, bogate w szczegóły brzmienie, nieoczywista przebojowość, świetny singiel promujący, wyrazistość wykonawcy. Tego ostatniego Nosowskiej zdecydowanie odmówić nie możemy, a cała muzyczna reszta, sygnowana nazwiskiem Macuka, idealnie balansuje to co łatwe z tym co dobre i singlowa „Nomada” jest tego znakomitym przykładem. Jednak to coś więcej niż ambitna muzyka wkradająca się na salony – to album uzależniający, zbudowany dziwnym, aczkolwiek zaskakująco plastycznym, arsenałem słów i dźwięków oraz pomimo niezwykle czytelnej metody osiągnięcia wyznaczonego celu, niesłychanie oryginalny. W kontekście ogólnego odbioru oraz popularności tego krążka nie sądzę żeby trzeba było go jeszcze jakoś specjalnie reklamować. Więcej takich płyt.

Napszykłat: Kultur Shock
[Qulturap, 2011]

Enpe na gigancie. Są na tym świecie zespoły, które już za sam pomysł na siebie powinny być lubione i Napszykłat to bez wątpienia jeden z nich. Uparcie realizujący swoją wizję dziwnego około hip-hopu barwionego elektroniką, twardo bronią tytułu najbardziej pokręconego zespołu w kraju. Podbijają kraje sąsiednie, u nas jakby trochę niewidzialni. Są jak Ewa Farna tylko w drugą stronę. Nagrali folkowy album by zjednoczyć nas z sąsiadami i pokazać bogactwo kulturowe Europy środkowowschodniej. Na przekór temu konceptowi zaprosili na płytę Amerykanina i Japończyka. Wielu próbowało ubrać ich w słowa, lecz wszyscy polegli. Pewne jest tylko to, że Kultur Shock to ich najlepsza dotychczasowa płyta i przy tym najbardziej pokręcona. Tym samym pozycja obowiązkowa dla wszystkich koneserów muzycznego dziwactwa na poziomie. Wbrew pozorom wcale nie taka ciężkostrawna.

Profesjonalizm: Chopin Chopin Chopin
[Lado ABC, 2011]

W poniższym, króciutkim SMS-ie datowanym na wczesny wrzesień 2011 zawiera się dokładnie wszystko co chciałbym jeszcze powiedzieć o tej płycie. Nic dodać, nic ująć, Marek, pozdrawiamy:

Różni Wykonawcy: Wszystko Płynie
[Agora, 2011]

Teoretycznie jest to soundtrack, jednak należałoby bardziej rozpatrywać ten album jako próbę uchwycenia pewnej grupki wykonawców reprezentujących podobną wrażliwość oraz podejście do muzyki. Takie proste. Szaleńców w tym gronie nie ma, są raczej artyści amatorzy, zajmujący się graniem raczej z doskoku, niż na pełnym etacie. Wydaje się, że największy urok tej kompilacji tkwi gdzieś w tym jej istnieniu totalnie na uboczu muzycznego świata oraz fakcie, że żaden z wykonawców nie ma imperialnych ambicji i każdy z nich próbuje obdarować słuchacza czymś więcej niż melodią, rytmem czy miłym dla ucha wokalem. I na szczęście nie kończy się jedynie na próbach – Adam Repucha czaruje intymną, osobistą atmosferą, Paula i Karol tradycyjnie już cieszą wszystko i wszystkich dookoła, Kyst poluje gdzieś tam w rejonach metafizyki, a i cała reszta ma coś do zaoferowania. Niekoniecznie dla każdego coś miłego, jednak jest to na tyle uniwersalne wydawnictwo, że mam cichą nadzieję, iż z racji swojej ceny i dostępności, okaże się dla paru osób okazją do odkrycia kilku fajnych artystów i być może będzie nawet powodem do dalszego grzebania.

SuperXiu: Idealism
[Ampersand Records, 2011]

Szlachetny pop z brytyjskimi ciągotami. Nie tylko w związku z akcentem wokalisty. I jakkolwiek można odnieść wrażenie, że ostatnio wszystko co brytyjskie to samo zło, tak Idealism czerpie bardziej z historii niż współczesności i wypada to uznać za zdecydowanie dobre zagranie. Chwilami może są zbyt stylizowani, a za mało „jacyś”, lecz wybornie się tego słucha, kompozycje cieszą różnorodnością i znakomitym studyjnym szlifem, więc tą pewną, miejmy nadzieję debiutancką, nijakość można im wybaczyć. Jako zespół mają na pewno jeszcze pare lekcji do odrobienia, lecz takimi utworami jak genialne “Vertigo/Glorious Sun”, udanie pokazują swoje ambicje i możliwości. Zresztą cała płyta uświadamia, że z kolejnego jakiegoś tam indie-popowego zespołu, wyrosła nam świetna kapela ze zdecydowanie większym potencjałem niż wydawało się jeszcze 2 lata temu. Pozostaje tylko życzyć sławy i rozgłosu.

Tom Bednarczyk: Ghost (EP)
[We Are Your Music Mate, 2011]

Ten kraj cierpi z racji wszechobecnej rockowej dominacji. Najlepsze płyty są rockowe. Jedyna słuszna muzyka kolesie z gitarami. Piosenki też muszą być rockowe, no ewentualnie popowe, ale nie za bardzo. Elektronika to muzyka dla młodzieży, przejdzie im, głupia fanaberia. Ghost (EP) jest pięknym przykładem elektroniki stworzonej do słuchania w domu, burzącym podstawowe wyobrażenie przeciętnego człowieka, że techno nadaje się tylko do klubów. Tomek Bednarczyk nagrał bowiem EP-kę, która w bardzo udany sposób łączy ładne z tanecznym, tym samym bardziej lokując się w przestrzeniach wielkości średniego pokoju niż wielkiej pulsującej sali. Ta podskórnie wyczuwalna tęsknota za ambientem, skryta gdzieś za delikatnym beatem i pulsującym rytmem, jest naprawdę o wiele bardziej interesująca i warta niż większości muzyki rockowej jaką słyszałem w 2011 roku. I właśnie dlatego Ghost (EP) jest wydawnictwem, które można słuchać wręcz bezustannie i ciągle czerpać z tego przyjemność. Nawet pomimo braku gitar.

Twilite: Quiet Giant
[Ampersand Records, 2011]

Absolutnie nikt w tym roku tak trafnie nie zatytułował swojej płyty. Te dwa słowa doskonale uzmysławiają charakter muzyki Twilite i niejako na nowo ją definiują. Ciągle bowiem mamy do czynienia ze skromnym, około balladowym graniem na dwie gitary, lecz waga kompozycji i pieczołowitość brzmienia wypychają te piosenki gdzieś na zupełnie nowy poziom. Studyjne upiększacze służą im całkiem dobrze, ale skromne wersje koncertowe uświadamiają jak znakomite kompozycje wypełniają tego cichego giganta. W kontekście jakości samych piosenek, właściwy debiut Twilite, będący przecież bardzo godziwym albumem, wydaje się zaledwie wprawką, nieśmiałą przystawką do tego co nastąpiło dalej. I chociaż można mieć obawy co do tego czy starczy im pary, to wydaje się że Paweł i Rafał mają w sobie tyle naturalnego uroku i energii, że mogliby do końca życia grać covery, a i tak ciężko by było ich nie lubić.

100 tysięcy!

Przed chwilą licznik odwiedzin poliszmnie przekroczył magiczną barierę 100 tysięcy wejść, więc wypada to uznać za dobrą okazję do podsumowania. Bo szczerze mówiąc zupełnie zapomniałem o pierwszych urodzinach polisz, potem o drugich, a do trzecich jeszcze trochę pozostało. Chociaż generalnie to nie wiem czy jest co świętować, ale w sumie czemu nie? Nigdy nie spodziewałem się, że uda mi się wytrwać tyle czasu i będzie z tego tyle frajdy. Owszem, bywają przestoje, czasami naprawdę długie (patrz druga połówka zeszłego roku), lecz to wcale nie oznacza, że interes się zwija lub Halicki jest w depresji. Raczej mam wtedy dużo pracy w prawdziwym życiu. Mimo wszystko ciągle mam zaskakująco dużo zapału do pisania, pare pomysłów do zrealizowania i mnóstwo dobrej polskiej muzyki do wypromowania. Właściwie nie wiem czy to dobre słowo, ale ciągle mam nadzieję, że choć trochę pomagam. Taki przynajmniej był, jest i będzie cel tego bloga.

Generalnie robię to na boku, trochę jako hobby, a trochę wierząc w to, że wspieram polskich wykonawców. Dlatego też przeważają recenzje dobrych płyt, bo na te słabe szkoda mi czasu, a również preferuję chwalenie, niż „rzetelne” dziennikarstwo. I tego mam zamiar się trzymać. Słaby jestem w podsumowaniach, więc dziękuję wszystkim za odwiedziny, dzięki Emil i Dawid za okazyjną pomoc, żonie za okazyjne poprawki interpunkcyjne oraz wszystkim wytwórniom i artystom, którym chciało się wysłać dla mnie płyty. Sobie i wam życzę mnóstwa dobrej polskiej muzyki, chociaż obecnie wypadałoby powiedzieć już „jeszcze więcej”.

Na zakończenie pare mniej lub bardziej ciekawych liczb i statystyk:

  • Do tej pory ukazało się 138 wpisów z czego 110 regularnych recenzji
  • 274 komentarzy ogólnie
  • W tym roku średnio 111 czytelników dziennie, ciągle rośnie
  • Najwięcej odwiedzających w styczniu 2011 (5621), najmniej w październiku 2010 (1898)
  • Najchętniej czytany wpis: Kamp!, „Breaking a Ghost’s Heart” (chociaż większość osób czyta ze strony głównej, więc chyba to nie jest do końca wiarygodna statystyka)
  • Najchętniej komentowany wpis: Pezet: Muzyka Emocjonalna, a na podium jeszcze BiPolar Bears i Sofa. Czyli oburzeni fani w natarciu.
  • Najczęściej wejściami obdarowali mnie facebook (3170 razy) oraz Dawid i jego raporthh (2923 razy)
  • A sami najczęściej klikaliście do Bartka Chacińskiego (860 razy!)
  • Najaktywniejsza pora dnia: 22:00

Raz jeszcze wielkie dzięki tym wszystkim którzy wspierają poliszmnie i mniej lub bardziej regularnie tu zaglądają. Przypominając już do znudzenia – kupujcie polski płyty i chodźcie na polskie koncerty! -Łukasz Halicki

50% x 2011 czyli półrocze w koncertach

  1. Taka tam kronika spisywana w miarę na bieżąco. Szczerze mówiąc bardziej na własne potrzeby, choć jeśli ktoś skorzysta to będzie mi bardzo miło. Od razu przepraszam za brak stylu, dziwne zestawienia słów i takie tam, wszystko spisywane było zazwyczaj na gorąco, co mam nadzieję choć trochę mnie usprawiedliwia.
  2. W Warszawie się dzieje i praktycznie każdego dnia można znaleźć interesujący koncert z dowolnie wybranej szufladki. Wątpię, żeby którekolwiek inne polskie miasto mogło tu konkurować. Chłodna 25 ciągle na podium.
  3. Na czerwono wyróżniłem najlepszych. Im nie można odpuszczać.
  4. Powtarzam się, ale po raz kolejny apeluję – chodźcie na polskie koncerty!

Asia i Koty @ Jaś i Małgosia (22 stycznia 2011)

Gdyby Asia miała nieco lepszy materiał i więcej charyzmy czytalibyście tutaj właśnie internetowe bicie pokłonów. Niestety, Asia póki co zachwyca „tylko” warunkami głosowymi i paroma udanymi kompozycjami. Co i tak nie zmienia faktu, że bardzo przyzwoity koncert.

Psychocukier + The Phantoms @ Sen Pszczoły (27 stycznia 2011)

Support interesujący ze swoim nieco archaicznym brzmieniem, kompozycyjnie jednak bez szału. Psychocukier tradycyjnie jechał z hitami i dobrą konferansjerką, były też nowe utwory (po polsku!). Lepiej niż ostatnio w Hydrozagadce, nieco gorzej niż na pamiętnym koncercie w Jadłodajni jesienią 2009.

Ścianka @ Warszawa Powiśle (12 luty 2011)

Darmowy, tak jakby trochę spontaniczny koncert, o którym chyba niewielu wiedziało. Same nowości plus wybitne „My Friend Cigarette”. Kategoria koncert roku, niesamowita energia, świetny materiał, którego nie wiem kiedy się doczekamy w formie płyty. Magia gitar.

Biela, Rogiński, Szpura @ Chłodna 25 (25 lutego 2011)

Znakomity koncert, na którym było się można przekonać że jeśli wszystko dobrze pójdzie stać ich na jedną z najlepszych polskich płyt roku 2011. Dwa wnioski:

  1. Niesamowity Rogiński na gitarze.
  2. Doskonały dowód na to, że czasem warto pójść na koncert w ciemno.

Jazzpospolita @ Chłodna 25 (26 lutego 2011)

Po nie wiem jak długim okresie próbowania wybrania się na Jazzpospolitą, wreszcie się udało.  Koncert całkiem dobry, kompozycyjnie śmiało odbiegający od albumowych pierwowzorów, ale mimo wszystko w środkowej jego części można było się nieco ponudzić. Tym niemniej początek i końcówka wyborne.

Pink Freud @ Huśtawka (14 kwietnia 2001)

Dziwne miejsce, z zaskakująco niezłą akustyką. Publika nieco bardziej losowa niż zazwyczaj, a Pani obok mnie wybitnie nadekspresyjna. Sam koncert dobry, w większości materiał z ostatniej płyty, choć zdarzyły się starocie i covery („National Anthem”!). Koncert bardzo energiczny, choć nie zabrakło przynudzaczy z fenomenalnym „Diamond Way” na czele. Warto było, choć jest pewien niedosyt.

Rogiński/Tyciński/Moretti/Rzepka, czyli żydowska surferska muzyka religijna @ Chłodna 25 (16 kwietnia 2011)

Raczkujący skład, momentami urzekał swoim nieprzygotowaniem, pod koniec niestety już nieco irytował. Materiał nieco zbyt jednostajny, choć czuć potencjał. Może coś z tego będzie, sam koncert jednak w porywach co najwyżej przeciętny.

Tede @ Warsaw Challange, Park Sowińskiego (7 maja 2011)

Ten człowiek nawet w sposobie chodzenia jest bossem. W parku Sowińskiego był co prawda nieco wczorajszy, a publiczność bardziej jarały nowe kawałki niż starocie, tym niemniej była świetna energia, odrobina humoru oraz wielka trójca: „Gin za ginem”, „Ona jest szmatą” oraz „Pęknięty jeż”. Tylko pomyśleć jak wyglądały jego koncerty 10 lat temu…

Parias @ Warsaw Challange, Park Sowińskiego (7 maja 2011)

Bardziej standardowego, bezbarwnego hip hopu nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Mocny kandydat do najsłabszego koncertu roku.

Kobiety @ Hydrozagadka (13 maja 2011)

Cóż to był za koncert. Były stare hity, było nowości (mnóstwo), były podwójne bisy, które trwały dobre 30-40 minut, było niesamowicie. Zespół w świetnej formie, publiczność również dała radę, co wbrew pozorom nie zdarza się zbyt często. Nowa płyta podobno na jesieni, póki co czeka na wydawcę. Nawrocki podpisał mi wszystkie płyty! ♥

Indigo Tree @ Cafe Próżna (14 maja 2011)

Jak na pożegnalny koncert było bardzo skromnie, niemrawo i jakoś tak dziwnie. Bardziej w sensie atmosfery, niż muzycznej jakości koncertu. W okrojonym składzie, bez Filipa Zawady, Pete i Michał świetnie sobie poradzili, na tyle, że utwory z Blanika, który mnie jakoś ominął, zaintrygowały i wzbudziły chęć posiadania tej płyty. Szkoda, że ten ciekawy i dobrze obiecujący zespół tak szybko kończy.

Paula i Karol @ Cafe Próżna (14 maja 2011)

Co prawda stężenie studentów polonistyki, kulturoznawstwa i tym podobnych przerażało, tak na szczęście procent dziwnych i pretensjonalnych psychofanów było niewielki. Sam koncert wypada określić jako dobry – tradycyjnie już pozytywna energia, dobry wybór materiału, a do tego 2 nowe utwory, z których jeden prezentował się naprawdę interesująco. Warszawa lubi Paulę i Karola i na odwrót.

SzaZa/Polański @ Kino Kultura (19 maja 2011)

Szamburski i Zakrocki w ramach festiwalu kultury żydowskiej „Otwarta Twarda” grali na żywo do krótkich metraży Polańskiego. Z jajem, pomysłowo i bez popadania w szablony. Bardzo przyjemny występ.

Pokrzywiński / Masecki / Bach @ Chłodna 25 (3 czerwca 2011)

Ja się na tym nie znam, to jest zupełnie inny świat, ale nie powiem żeby mi się nie podobało. Przyjemnie relaksujący koncert w przeraźliwie dusznej piwnicy na Chłodnej.

Masecki / Moretti / Bossanova @ Bar Fregata (4 czerwca 2011)

Miłe, przyjemne, ale niestety tylko granie do piwa. Gdyby nie słabe warunki lokalowe, z chęcią wgryzłbym się bardziej w to co mieli do zaproponowania Moretti z Maseckim.

Kamp! @ Piknik Kulturalny, Królikarnia (11 czerwca 2011)

Mój czwarty i jak dotąd najlepszy koncert Kamp! Pomimo piknikowego rozleniwienia w Królikarni oraz pory zupełnie nie sprzyjającej tańcom, udało im się zagrać naprawdę świetnie i energetycznie. Stare utwory doczekały się nieco bardziej rozbudowanych aranżacji, a te pozostałe, niestety w pełni ukazały niedostatki większości ich nowego materiału.

Mikrokolektyw @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Nie nastawiałem się zupełnie, ale było bardzo w porządku. Dobrze ubrał to w słowa Piotrek Lewandowski na PopUp i może na tym poprzestańmy.

Contemporary Noise Sextet @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Na szczęście nie postawili na nowości (nie najlepsza tegoroczna płyta) i głównie zagrali materiał z drugiej płyty. Może faktycznie zabrakło im odrobiny przestrzeni i wyjścia poza albumowe wzorce, lecz z drugiej strony zagrali najlepsze co mają w swoim repertuarze i naprawdę wyszło im to świetnie. Dla takich ignorantów jak ja idealne wyważenie jazzu i nie-jazzu.

Sing Sing Penelope @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Nie znam zupełnie dokonań tego zespołu i zakładałem najgorsze. A nie było wcale źle. Przyjemne granie na przecięciu jazzowej tradycji i odrobiny nowoczesności.

Levity @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Ta monstrualna improwizacja początkowo przeraziła mnie tym, że nie usłyszę nic z świetnego zeszłorocznego Chopin Shuffle, jednak wraz z kolejnymi minutami trudno było rozstać się z myślą, że to najlepszy koncert tego wieczoru. Z wyobraźnią, odważnie, ale z głową. Tak poza tym – perkusista, cóż on tam wyczyniał!

Mazolewski Quintet @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (19 czerwca 2011)

Oj, to nie dla mnie. Jakkolwiek uwielbiam wiecznie uśmiechniętego Mazola, tak konkretnie zmęczył mnie ten koncert. Najbardziej zapamiętam drobną bójkę wśród publiczności na samym początku (!).

Marcin Wasilewski Trio @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Z kolei Wasilewski zaczął ładnie, spokojnie i miałem nadzieję, że cały koncert upłynie w takiej nieco sennej atmosferze, lecz niestety jego druga połówka, w dużej mierze improwizowana rozczarowała. Stąd prosty wniosek z tego dnia „Don’t Panic! Yass We`re From Poland” – młodzi jazzowi kombinatorzy > jazzowi tradycjonaliści.

Babadag @ Warsztat (21 czerwca 2011)

Zachęcony zeszłoroczną rekomendacją Mariusza Hermy (tutaj) w końcu dotarłem na Babadag. Potwierdzam stwierdzone już fakty – znakomity perkusista, mnóstwo pomysłów i intrygujące konstelacje dźwięków. W swoich najlepszych momentach byłem blisko „wzruszenia roku”, tym niemniej całościowo jeszcze nie do końca zostałem kupiony. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na zespół bez płyty znakomicie. Czekamy na debiut.

Polska 2010: Post Scriptum – 5 x Top5

Top 5 polskich „bohaterów” roku 2010:

  1. Lado ABC
  2. Maciej Cieślak
  3. polski około-jazz
  4. Off Festival ex equo z Chłodna 25
  5. Kuba Ziołek

Top 5 polskich koncertów 2010, na które udało mi się dotrzeć:

  1. Cieślak i Księżniczki, 26 kwietnia 2010  (Powiększenie, Warszawa)
  2. Ścianka, 3 grudnia 2010 (Hydrozagadka, Re:wizje, Warszawa)
  3. Pink Freud, 7 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  4. Lenny Valentino, 6 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  5. Psychocukier, 26 lutego 2010 (Hydrozagadka, Warszawa)

Top 5 polskich klipów, których nie przegapiłem:

1. Ortega Cartel, „Lavorama”

2. Newest Zealand, „As Sure As Sunrise”

3. Karol Schwarz All Stars, „Simple Happy Song For Christmas”

4. Jazzpospolita, „Laszlo and Cousins”

5. donGURALesko, „Betonowe Lasy Mokną”

Top 5 największych muzycznych rozczarowań w dziedzinie muzyka polska:

  1. Igor Boxx: Breslau
  2. Tede (wszystko)
  3. polski hip-hop (ogólnie)
  4. Kim Nowak: Kim Nowak
  5. Paula i Karol: Overshare

Top 5 polskich artystów, na których płyty czekam w 2011:

  1. Ścianka
  2. Psychocukier
  3. Kobiety
  4. Iza Lach
  5. Kamp!

To już naprawdę koniec podsumowań. -Łukasz Halicki

Polska 2010: Płyty

To nie jest wcale tak, że poprzedni rok był słaby, ale żeby ująć to uczciwie 2010 zjadł 2009 już w przedbiegach. Przynajmniej w kategorii muzyka polska. Dużo się działo, dużo się wydawało, pojawiły się świetne nowe labele (My Shit In Your Coffee, U Know Me Records), bardzo aktywnie udzielali się też starzy gracze (Lado ABC, Mystic Records). Wydarzyły się ożywcze przetasowania w składach (Pink Freud, Pogodno), powroty dobrych kumpli (Mikołaj Bugajak) oraz kilka ciekawych debiutów (Tin Pan Alley, Wolfgang in a Truck). Także jest się czym cieszyć, bo od paru dobrych lat widać ciągły rozwój na naszym podwórku, nawet jeśli ciągle odbywa się to raczej w skali mikro i w większości przypadków niestety ciągle po kosztach. Nadal są rejony, w których dopiero wydarza się przecieranie szlaków, jak chociażby rejony IDMu w które w tym roku zapuścił się Teilete czy indie-folk w wydaniu Pauli i Karola, jednak wreszcie mamy do czynienia z praktycznie pełnym spektrum dźwięków w wydaniu polskim. W odwrocie po bardzo dobrym roku 2009 są hip-hopowcy, za to w natarciu nasi jazzmani, którzy śmiało poszerzają granice gatunku, tworząc coś na miarę naszego sztandarowego produktu eksportowego. Także był to bez wątpienia znakomity rok dla polskiej muzyki, a patrząc na premiery zbliżające się w tym roku, z których wystarczy nadmienić chociażby takich pewniaków jak Ścianka, Psychocukier i Kobiety, może być jeszcze lepiej.

Co do samego podsumowania – w tym roku, po paru głębszych przemyśleniach postanowiliśmy na alfabetyczną listę naszych faworytów, bez miejsc, bez odnoszenia się co od czego lepsze. Żeby nie wyglądało to na ranking popularności, a po prostu listę rekomendacji, tego co wyryło największe ślady w naszych zblazowanych mózgach. 13 pozycji, bo tyle wydaje się być rozsądną liczbą, by zmieścić to co najlepsze. Kompilowali tradycyjnie Łukasz Halicki oraz Emil Macherzyński, zaś dobrym słowem wsparł Dawid Bartkowski. Sobie życzę więcej czasu na pisanie, a wam żeby się chciało czytać. Finito, oficjalnie zamykamy 2010. -Łukasz Halicki

B Szczęsny: Beyond Midnight
[Brennnessel, 2010]

Szukając czegoś o Szczęsnym na samym początku znajomości natrafiłem na jakimś forum na jego posty konsultujące brzmienie któregoś kawałka. Dowiedziałem się tam, że komuś nie pasowały talerze, a sam B tłumaczył, że stare struny w basie miał. Nie pamiętam już co ci wszyscy znawcy i profesorowie mu odpisali (bo wszyscy się oczywiście znają i są zajebiści we wszystkim i to nie ich wina że nic nigdy nie jest takie znowu zajebiste mimo, że wszyscy znają się na wszystkim i są zajebiści), ale ogółem to chciałem wyjść do tego, że niepotrzebnie zgłaszał bohater naszego wpisu jakieś wątpliwości. EP-ka jest git. -Emil Macherzyński

Cieślak i Księżniczki: Cieślak i Księżniczki
[My Shit In Your Coffee, 2010]

Koncerty Cieślaka i Księżniczek są jeszcze lepsze niż płyta. Uwierzcie mi, byłem w tym roku na trzech i żałuję, że nie miałem szans na więcej. To jest ten rodzaj muzyki, który smyra tego mojego głęboko skrytego wewnętrznego dobrego duszka. Przyznaję się – były ciarki, były emocje, chcę więcej. Oszalałem na starość, tak dobra jest ta płyta. Trochę piosenkowa, trochę zwiewna, odrobinę uciekająca w stronę rozmytych improwizacji, ale zdecydowanie trzyma się w ryzach obranej ścieżki. Cieślak wraz z księżniczkami niby nie nagrali niczego przełomowego, nie porwali się na dziwne innowacje w krainie akustycznego grania, a mimo to bez problemów podbili to terytorium. Podczas gdy inni wykonawcy najczęściej ocierali się o banał lub co najwyżej symulowali emocje, oni naprawdę docierają tam gdzie taka muzyka powinna. Także wybaczam tą nieustannie przekładaną premierę i niecierpliwie czekam na więcej. -Łukasz Halicki

Ed Wood: Anal Animal
[Lado ABC, 2010]

Dzikie gitarowe harce wspierane nie mniej zwierzęcą perkusją i dzikimi skowytami wokalu. Haaałas. Zjawiskowa okładka, szaleństwo oraz piękne, poetyckie tytuły piosenek. Bezkompromis. Słowa, które nie istnieją, dźwięki których inni się boją. Jazda bez trzymanki, prawdziwy rockowy pazur, a chłopaki dają czadu. Czujecie w ogóle czerstwość tych stwierdzeń? Ale to wszystko prawda. Barbarzyński, bestialski, brutalny, dziki, gwałtowny, nieludzki, okrutny, zwierzęcy noise rock. Wszystko z jednego wpisu w słowniku synonimów, a przecież każde słowo pasuje tutaj jak ulał. Zwariowana, radykalna odnoga rocka, którą misjonarze katoliccy od wieków próbują wyplenić z Ziemii. Brzmienie pozornie milionów garażowych kapel, ale błyskotliwość, odwaga i talent godne panteonu gatunku. W ogóle recenzje, co za durny pomysł. -Łukasz Halicki

Jazzpospolita: Almost Splendid
[Ampersand Records, 2010]

W szerszym rozpoznaniu (czytaj – na albumie) Jazzpospolita jawi się zdecydowanie bardziej ansamblem postrockowym niż stworem jazzowym sensu stricte. I to jest super, naprawdę, żyć ze świadomością zespołu podróżującego po świecie Tortoise czy Jaga Jazzist z taką swobodą, i to na wyciągnięcie ręki. Powoduje to jednak u mnie dosyć smutną konkluzję, że musieli się wziąć za to ludzie z jazzowymi korzeniami, bo dla reszty kraju to w dalszym ciągu oznacza granie arpedżia na głębokim delayu (vide sympatyczne strasznie New Century Classics, które lubię bardzo i nie jest to zarzut). W każdym razie, tytuł jest może i trochę cyniczno-proroczy, ale w końcu raptem ‚slightly short of or not quite accomplished’, także don’t sweat it, zespole. Będzie lepiej. -Emil Macherzyński

Kixnare: Digital Garden
[U Know Me Records, 2010]

No właśnie Noon wychodzi, wchodzi Kixnare i jest już jakby ciekawiej, choć też nie da się wyciągnąć zbyt jasnej paraleli pomiędzy dwoma producentami. W ogóle Łukasz chyba dał mi te płyty do opisów za kare, bo „nie mam jeszcze wszystkich potrzebnych danych” czy jak to szło. W każdym razie, poziom światowy, Prefuse 73, te sprawy. Ambientowo rozlane tła, pocięte wokale i wyraziste rytmy. Chciałbym wprawdzie, by wszyscy producenci tego typu olali eksponowanie rytmiki i skupili się właśnie na tych znacznie fajniejszych samplach-ornamentach, ale nie można mieć wszystkiego, a Digital Garden i tak naprawdę robi wrażenie już jakie jest. I ta okładka – wow! -Emil Macherzyński

Levity Trio: Chopin Shuffle
[Universal, 2010]

W zeszłym roku nawet Kalwi i Remi wzięli na warsztat Chopina. Wiecie, jak się nałoży na ten cały fortepian „dobry” bit, to mamy prawdziwy klubowy banger. Na szczęście, oprócz całej masy podobnych hołdów, mieliśmy również do czynienia z bardziej ambitnymi próbami zmierzenia się z dziełami Chopina. I nie ma co ukrywać, że dwupłytowe Chopin Shuffle jest najlepszym dowodem na to, że da się to zrobić ambitnie, a zarazem skutecznie unikając zbyt głębokiej ingerencji w materię wyjściową, jak również zbyt oczywistego inspirowania się. Wspólnie z Toshinori Kondo muzycy Levity wzięli na warsztat cykl 24 preludiów op. 28 Chopina i potraktowali je z należytym szacunkiem, nie bojąc się przy tym bardziej śmiałych wycieczek w nieznane. Efekt finalny to fantastyczny kolaż całej masy znakomitych pomysłów, gdzie jazzowe spektrum dźwięków okazuje się być jedynie punktem wyjściowym w kierunku rocka, popu, a nawet odrobiny elektroniki. Wszystko oczywiście z zacięciem klasycznym, ale warto podkreślić, że twórczości Chopina bywają tu chwilami zaledwie strzępki, które nawet w takich momentach doskonale współgrając z tym, co proponują nam muzycy Levity. Brawa za odwagę, inwencję, nieszablonowość i „Take Me To The Woods”. Klasa sama w sobie. -Łukasz Halicki

Mikołaj Bugajak: Strange Sounds And Inconceivable Deeds
[Nowe Nagrania, 2010]

Muzyka, która bardziej brzmi niż gra to u nas naprawdę rzadkość w tym świecie kompresji i Fruity Loops. Dlatego choć zarzuty o brak substancji (bez skojarzeń) uważam za całkiem słuszne, to w sumie co z tego? Słucha się świetnie i brzmi naprawdę wspaniale, a akordy to ja sobie mogę poanalizować w „Deacon Blues”. Post-Noon to naprawdę ciekawa postać i mam nadzieję, że kolejne wydawnictwa nie przyjdą za kolejne kilka lat. -Emil Macherzyński

Paula i Karol: Goodnight Warsaw (EP)
[self-released, 2010]

Overshare to świetna płyta, bez wątpienia godna uwagi, jednak to Goodnight Warsaw sprawia wrażenie muzyki bliższej słuchaczowi. Wszystko rozchodzi się o brzmienie – podczas gdy ta EP-ka cieszy swym nieco chałupniczym zacięciem, właściwy debiut Pauli i Karola ze swoją bardziej wymuskaną produkcję traci odrobinę ze swej nieco pretensjonalnej (w pozytywnym sensie!) intymności. Cymbałki nie brzmią już jak te, na których grał kolega z ławki na lekcji muzyki, a sami muzycy ze swoją niesłychaną radością i optymizmem są jakby parę centymetrów dalej. Różnice minimalne, jednak to odrobinę amatorska wersja „Mothers Stew” z Goodnight Warsaw obdarowuje większym rogalem, a utwór tytułowy w wydaniu Casiotone wprost niszczy wersję albumową. Nie mówiąc już o doprawdy fenomenalnym „5, 6, 7, 8”, którego na Overshare najbardziej mi brakuje. Czyżby wygrała pierwsza miłość? -Łukasz Halicki

Pink Freud: Monster of Jazz
[Universal, 2010]

Prochu faktycznie nie wymyślili, ale wreszcie nagrali płytę na miarę swoich możliwości, które patrząc na ich świetne koncerty, są zupełnie nie byle jakie. Skutkiem tego było, że do tej pory za ich najlepszy album było można uznawać koncertówkę, na szczęście wraz z nadejściem potwora to już nie jest aktualne. Ślizgając się gdzieś pomiędzy dobrze już wytrenowanym krzyżowaniu gatunków („Goz Quarter”), odrobiną szaleństwa („Warsaw”), filmowymi tematami („Polański”) oraz klasycznie melancholijnym jazzem („Red Eyes, Blue Sea And Sand”), wreszcie osiągają to co było w ich zasięgu od bardzo dawna. Na Monster of Jazz tradycja nie jest zbyt tradycyjna, a wariactwa nie są zbyt wariackie. Zarówno szacunek dla materii, którą operują, jak i dobrze znane w ich wykonaniu ciągoty do rozsadzania granic gatunku, zostały na tym albumie idealnie wyważone, przez co czuć, że mamy do czynienia z zespołem dojrzałym, któremu dawno udało się wypracować swój własny styl i w końcu skwitował to zestawem 12 genialnych kompozycji umieszczonych na jednej płycie. -Łukasz Halicki

Pogodno: Wasza Wspaniałość
[Mystic Records, 2010]

W kraju gdzie śpiewanie w rodzimym języku stało się passe, Budyń jako jedyny w tym podsumowaniu okazuje się być prawdziwym Polakiem i dalej twardo nawija po polsku. Prawdopodobniej robi to też najskładniej w swojej karierze, co wcale oczywiście nie oznacza zwiększenia przystępności jego tekstów. Bo tak naprawdę, pomimo zmian w składzie zespołu, mamy ciągle do czynienia z dawno już wypracowaną przez Pogodno formułą dziwacznego rock’n’rolla z ciągotami w kierunku psychodelii, jednak wreszcie udało się im nagrać spójny i bardzo konkretny album. Z przymrużeniem oka, chwilami absurdalnie czy wręcz kuriozalnie, Budyń snuje wcale niegłupie opowieści o relacjach międzyludzkich, przez co Wasza Wspaniałość po uważnym wsłuchaniu się, staje się albumem z drugim dnem, który zdecydowanie intryguje i ciekawi. Ja rozumiem, że nie są to klimaty dla każdego, ale warto spróbować, chociażby po to by się przekonać, że po polsku też jeszcze można. -Łukasz Halicki

Tin Pan Alley: Palm Waves. Figures for Chants, Quotes & Noise Burst
[Gingerbread Records, 2010]

Kuba Ziołek okazał się w tym roku bardzo aktywną postacią i udało mu się wydać dwie znakomite płyty, a ponoć jeszcze więcej nagrać. Tin Pan Alley to ten bardziej przystępny fragment jego twórczości, choć i tak chyba tego w radiu nie grają. Błyskotliwie zawadiackie gitarowe granie inspirowane indie esencją lat 90-tych. Tak powinno brzmieć ich hasło reklamowe, gdyby sprzedawali tą płytę w supermarketach. Dobre piosenki i hałas z melodiami nie są niestety ulubioną pożywką Polaków, w związku z czym Tin Pan Alley skazani są na niezależny byt lub niebyt, gdzie niestety brakuje chętnego na wydanie ich drugiego krążka, a o Palm Waves mało kto wspomina w jakimkolwiek podsumowaniu. Trochę szkoda, bo te 8 utworów, wśród których szczególnie wypada wyróżnić fenomenalne „The Playground”, konkretnie miecie i żal by było gdyby za parę lat ten album stał się deep undergroundowym wydawnictwem, o którym pamięta jakieś 5 osób. Ja im tego na pewno nie zapomnę. -Łukasz Halicki

Teielte: Homeworkz
[U Know Me Records, 2010]

Moje rodzinne miasto – Płock – nie jest urodzajem dobrej muzyki wszelakiego gatunku. Ni stąd, ni zowąd pojawia się nagle koleś, którego debiutancki album mocno miesza w głowach słuchaczy i recenzentów. Zrobił rzecz, której w naszym kraju jest jak na lekarstwo. Zrobił także rzecz, która jest na poziomie „zagranicznym”, czyli coś, co wcale nie taką normalką u nas. Żeby postawić obecne brzmienie Teielte z takim Flying Lotusem, jest jeszcze za wcześnie, ale spokojnie możemy powiedzieć o inspiracjach płynących z piwnic Los Angeles i większości WARPu. Troszkę od Ninja Tune, Nosaj Thinga i mamy własne Homeworkz . Na sam koniec chwała dla UKnowMe za to, że zdecydowali się debiutować razem z Teielte. Odważne to było, ale jak pokazuje czas – warto. -Dawid Bartkowski

Wolfgang in a Truck: Wolfgang in a Truck
[Cindie, 2010]

To znaczy ja w ogóle chyba nie powinienem nic pisać o nich skoro wódke piłem i w ogóle, ale fakt pozostaje faktem, że trochę nie docenia się u nas tego sprawnego kwintetu. Wprawdzie nie udało się jeszcze chłopakom przetransportować CAŁEJ genialności ich połączenia 80s post-punku z psychodelą i czym tam jeszcze, ale to są brzegi pod papier ścierny. Fakt pozostaje faktem, że kiedy cała Polska Młodzież dzieli się na niedobitki po indie 2.0 i Brennnessel, oni biorą sobie Medium Medium i ubierają w popowe melodie. I to jest, kurde, super, wiecie? -Emil Macherzyński

Polska 2010: Inny punkt widzenia

Żeby zbędnie nie przedłużać i nie oddalać się od głównego celu tego podsumowania, czyli popularyzowania tego, co najlepsze w polskiej muzyce, przed wami wybór ulubionych polskich płyt roku 2010 dokonany przez samych artystów (i nie tylko). Trochę z różnych światów, czasem trochę nie do końca z tego roku, ale przede wszystkim różnorodnie i ciekawie. Typowe podsumowanie za tydzień, tymczasem zachęcam do lektury tego, co polecają nasi ulubieńcy. -Łukasz Halicki

Michał Biela (Kristen, Ścianka):

1. Etam Etamski: KOSMOS EP (Qulturap)
To polska płyta, której najwięcej słuchałem w tym roku. Została wydana chyba w 2009, ale nie zaszkodzi, jeśli napiszemy o niej w 2010. To nie Kosmos na haju, a raczej jakby mnich Zen odsłuchiwał dźwięki dawnych cywilizacji z zardzewiałych maszyn. To jest bardziej kosmos Lema, a nie psychedelic cosmos. Jak dla mnie to arcydzieło.

2. Mikrokolektyw: Revisit (Delmark)
Chociaż nie pokazuje prawie w ogóle improwizacyjnego oblicza zespołu, które moim zdaniem jest najlepsze, jest to świetna płyta, którą przesłuchałem kilka razy pod rząd, a rzadko mi się to zdarza. Jej minimalizm wciąga bez pamięci.

3. Ed Wood: Anal Animal (Lado ABC)
Płyta ma świetne momenty: im ostrzej tym lepiej. Ale najważniejsze jest to, że daje przedsmak najlepszego koncertowo zespołu w PL. Ogień.

4. Ola Bilińska  www.myspace.com/olabilinska
Nie wydała jeszcze nic, ale to najpiękniejszy polski głos AD 2010. Wystarczy posłuchać tych trzech nowych rzeczy na myspace, nagranych na mikrofon w laptopie. (mam nadzieję, że jeszcze tam są, teraz nie jestem w stanie sprawdzić, mam za wolny internet).

5. Adam Repucha
Ani płyty, ani myspace, a to dla mnie największy polski songwriter w historii. Muzycznie wywodzi sie z tradycji którą znamy przez Devendrę Banharta (a dużo wcześniej Marca Bolana z Tyranousarus Rex) ale w połączeniu z niesamowitymi tekstami jest to zupełnie nowa jakość. Oprócz tego w tym roku zrobiły na mnie wrażenie koncerty ParistTetris oraz Cieślaka i Księżniczek.

Nela Gzowska (Kobiety):

Moim zdaniem najlepsza płyta to Tres.B: The Other Hand. Oni co prawda są polscy w 1/3, ale to się chyba też liczy, co nie?:)

Tomasz Skórka (Muchy):

  1. Rychu Peja SoLUfka: Czarny Wrzesień – album, jakiego w historii polskiej muzyki jeszcze nie było! Peja jest prawdziwy i szczery do bólu, a to się ceni najbardziej.
  2. Niwea: 01 – hipnotyzujace i mocno uzależniające, a ja na uzależnienia jestem podatny.
  3. O.S.T.R.: Tylko dla dorosłych – zacząłem w tym roku słuchać sporo hip-hopu, a wiadomo kto w Polsce jest najlepszy.
  4. Pogodno: Wasza wspaniałość – każdą płytę tego zespołu słuchałem namiętnie – tym razem nie było inaczej.

Stefan Nowakowski (Jazzpospolita):

  • Levity Trio: Chopin Shuffle – trochę na wyrost, bo głównie za porażenie mnie koncertowo. Wybitny, cudowny, najlepszy koncert jaki słyszałem w tym roku (Kraków, festiwal Jazz Juniors). Studyjne wersje nie robią już takiego wrażenia, ale na żywo są piorunujący. Także trochę za całokształt AD 2010.
  • Pink Freud: Monster of Jazz – stara – młoda gwardia. Bardzo lubię ten zespół i cieszę się, że się rozwija, mimo drastycznych zmian w składzie. Wspaniały koncertowo.
  • Mikrokolektyw: Revisit – świetna kontynuacja wrocławskiego nurtu psycho-trip-jazzu zapoczątkowanego przez Robotobibok. Imponuje mi jak Suchar i Majewski radzą sobie we dwa instrumenty (o.k. z pomocą mooga, ale zawsze). Płyta niby alternatywna, ale przystępna. Dużo transu ładnych melodii.

Jak zwykle, ilekroć go słyszałem, powalał mnie Marcin Masecki, niekoniecznie w Paristetris. Podobały mi się płyty: Kristen, L.Stadt, Newest Zealand (bardziej na płycie niż na żywo), Incarnations, We Call It A Sound, Mikołaja Bugajaka, a z takich już zupełnie rozdmuchanych rzeczy – Much i Brodki. Oczywiście wiele, wiele innych, ale z pisaniem o muzyce to trochę jak z NBA na komputerze.

Kuba Ziołek (Tin Pan Alley, Ed Wood):

Cztery luźne typy (to w sumie prawie wszystkie polskie płyty, jakie słyszałem w tym roku):

  • Kristen: Western Lands – obok AGD: Echolokator moja ulubiona polska płyta ostatnich 260 lat (+ ukłony dla Etamskiego).
  • Mikrokolektyw: Revisit – Suchar i Majewski to obok Jachny i Buhla, Suchara i Lebika, Eda i Wooda mój ulubiony polski duet, a ta płyta wyjaśnia dlaczego Don Cherry miał rację, a Hitler nie.
  • Indigo Tree: Blanik – chciałbym, że Filip był matką mojego dziecka, Piotrek moim instruktorem aerobiku, a Michał będzie nas wszystkich polewał śmietaną.
  • Slug Duo: Organic Stone – duma mnie rozpiera, że takie płyty powstają w Polsce, jako fan free jazzu witam tego rodzaju projekty z bezgraniczną radością.

Piotr Lewandowski (Indigo Tree):

  • Kristen: Western Lands
  • Ed Wood: Anal Animal
  • Mikrokolektyw: Revisit

Paweł Milewski (Twilite):

  • Indigo Tree: Blanik – Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy gdy myślę o fajnych tegorocznych polskich płytach. Bezpretensjonalne podejście do piosenek, świetne melodie, niby miękko ale potrafią przywalić tak gęstym fuzzem, że nie mam pytań. Płyta świetnie sprawdza się jako całość, no i brzmi zajebiście.
  • Kristen: Western Lands – Taki ‚post-rock’ lubię, jest zwiewnie ale i napędzająco, bardzo starannie jest to wszystko zaaranżowane, do wielokrotnego słuchania.
  • Newest Zealand: s/t – Może sprawia momentami wrażenie zbyt wykalkulowanej muzyki i przez to wypranej trochę z emocji, jednak wciąż słucham z przyjemnością.

Dodatkowo debiut Kyst i Cieślaka z Księżniczkami mają momenty, które mocno ruszają, jako całość może już tak mnie nie biorą, jednak chętnie wracam. Wiem, że Rafałowi mocno do gustu przypadły oprócz tych wyżej, płyty Kim Nowak i Paris Tetris.

Groh (JuNouMi Crew / U Know Me / Funky Mamas and Papas):

Nie miałem okazji w tym roku wysłuchać zbyt wielu polskich albumów, ale za to te które miałem okazję przesłuchać więcej niż raz pozwalają z optymizmem spoglądać na polską scenę szeroko pojętej muzyki „niepopowej”. Zacznę od trzech „naszych” produkcji:

  • Przaśnik: Azymic LP (Funky Mamas and Papas Recordings) – to niezauważona w kraju, ale bardzo dobrze przyjęta zagranicą płyta z okolic afrobeatu, house’u i swingu. Wrocławski duet po raz kolejny pokazał, że u nas też wiedzą co to muzyka taneczna. Zamówienia z największych sklepów z winylami w Japonii, Anglii i Niemiec są tego najlepszym dowodem.
  • Teielte: Homeworkz (U Know Me Records) – niezwykle udany debiut pochodzącego z Płocka producenta. Bardzo wysoko postawił poprzeczkę w kategorii polskiej muzyki ‚new beats’. Z niecierpliwością czekam na nowe produkcje.
  • Kixnare: Digital Garden (U Know Me Records) – hiphopowy producent z przebogatym katalogiem własnych produkcji pokazał, że klasyczne hiphopowe brzmienie można z powodzeniem łączyć z elektroniką. światowa klasa!
  • Mikołaj Bugajak: Dziwne dźwięki i niepojęte czyny (Nowe Nagrania) – zaskakująca muzycznie pozycja od legendy polskiej sceny niezależnej. Intryguje, dziwnie wciąga i zmusza do niepojętych czynów.
  • Catz’n’dogz: Escape from Zoo (Mothership) – bardzo zróżnicowana, co dla mnie jest atutem, płyta od szczecińskich mistrzów technicznego brzmienia. Rewelacyjnie wyprodukowana pozycja, przy której nie da się nudzić. Znów im się udało!

Zaraz za moim zestawieniem TOP 5, ale też znakomite: Eldo: Zapiski 1001 nocy (My Music), Stasiak: Pół żartem, pół serio (Alkopoligamia.com),  Dup!: Session in something like studio (JaMajka). To był dobry rok!

Karol Schwarz (Karol Schwarz All Stars, Nasiono Records):

Jestem totalnym ignorantem w kwestii aktualnie wydawanych płyt, polskich w szczególności więc nie powinienem wypowiadać się na ten temat. Łukasz jednak nalega, więc odpowiadam:

Jedyną polską płytą 2010, którą przesłuchałem w całości i słucham często jest Ania: Movie. Puścił mi ja raz znajomy i przyznam się, że pierwsze sekundy mnie trochę odrzuciły. Cóż za oczywisty i oklepany cover…. Jednak jak weszła perkusja…echh…. nigdy nie słyszałem tak cudnie, ciepło, oldskulowo brzmiącej perkusji. Dalej było tylko lepiej. Moje ulubione szlagiery blaxploitation plus Badly Drawn Boy. Płyta doskonale zagrana, nagrana, zaśpiewana. Dobry pomysł. Dobry POP.

Dodałbym do listy Asię i Koty. Nie wyobrażam sobie, że można nagrać coś lepszego, piękniejszego, coś bardziej wzruszającego i szczerego. Asia przebija nawet Anię.

Dodałbym też Nasiono Sampler vol 1. bo jestem dumny z tej kompilacji. Świetnie się jej słucha (nie jest to tylko moja opinia).

Czuję jednak autopromocyjny zgrzyt więc nie dodaję tego do listy najlepszych płyt 2010 zawierającej jedną tylko pozycję:
1. Ania: Movie.

Obiecuję poprawę. W przyszłym roku się lepiej przygotuję.

Pozdrawiam
Karol Schwarz
Nasiono Records

Borys Dejnarowicz (Newest Zealand, CNC):

1. Furia Futrzaków: Furia Futrzaków
Cukierkowy, teatralny i parkietowy art-nu-jazz-glam-electro-synth-pop z Warszawy. Dla fanów klawiszowych hooków ten album jest jak pudełko czekoladek, w którym każdy smak wymiata.

2. Microexpressions: Deep Snow (EP)
Duet z Jeleniej Góry kamufluje się jako fuzja najnowszych trendów indie US z East Coast (podobna produkcja mogłaby powstać w NYC), ale tak naprawdę rewitalizuje rocka progresywnego jako funkcję „treści” w muzyce.

3. Masturbator Czy jest tu piekło
„Szatan kiedyś cię dopadnie / Twoim mózgiem wnet zawładnie”. „Piętno diabła / Nosi każdy z nas”. „I am alive / Dead but alive”. Więcej nie powiem. Dzieło skończone.

4. Duże Pe: Zapiski z życia na terytorium wroga
Na (tradycyjnie) kapitalnych 90s-owych bitach Kixa roztacza Grande Pe (zaskakująco) dojrzałą diagnozę świata owładniętego materializmem i co najważniejsze nie uchyla się od winy.

5. Jazzpospolita: Almost Splendid
Wyczytałem gdzieś, że w porównaniu do Mikrokolektywu i Pink Freud, ta kapela to jeszcze „waga lekka”. Cóż, gdyby warsztat decydował o jakości muzyki, to Satriani byłby postacią ważniejszą od Beatlesów. Jazzpo = najbardziej utalentowani kompozytorzy krajowej sceny około-dżezawej od lat.

Michał Wiraszko (Muchy):

  • Niwea: 01 – muzyka do słuchania po ciemku i na słuchawkach. wywołuje przeskrajne emocje, a to w muzyce istotne.
  • Pogodno: Wasza wspaniałość – niedoceniona a warta uwagi płyta. poetycki zapis pogmatwanego życiowego esfloresu, barier międzyludzkich i kronikarska / chirurgiczna wręcz dokładność w słowach.
  • Catz’n’dogz: Escape from the Zoo – nasz parkietowy towar eksportowy. taneczna wyobraźnia i pasmowa wrażliwość niespotykana do tej pory często w polskich didżejkach. szczeciński duet coraz lepszy.

Wojtek Oleksiak (Jazzpospolita):

1. FOX BOX – bardzo dobra płyta, niezwykle ciekawa konstrukcyjnie i kompozycyjnie, fenomenalni goście (Natalia Lubrano!!). Oczywiście troszkę kalka z cieplejszych krajów ale w świetnym stylu.

2. PINK FREUD: Monster Of Jazz – chyba najlepsza płyta w dorobku freudów, doskonały skład koncertowy, to wprost nie do wiary, że można się konsekwentnie rozwijać od 10 lat.

3. Ex-aequo IGOR BOXX: Breslau i Newest Zealand. Breslau za to, że można doskonale komentować nie komentując, unikając dzięki temu dosłowności, a jednocześnie budując concept album, a Newest Zealand za ogromny talent kompozytorski pana B!

Sasza Tomaszewski (Psychocukier):

Za co i dlaczego podobają mi się niżej wymienione płyty.

Out Of Tune: Lights So Bright – za to, że podtrzymują mnie na duchu. Kiedy jest mi smutno, źle, pochmurno i zimno, nastrój poprawia mi to, że OOT ma gorzej, podobnie jak dzieci w Albanii. Cenię ich również za odwagę. Mimo zakazu zbliżania się do sprzętu grająco- nagrywającego, zbliżają się do niego. Wbrew ich zdolnościom kompozytorskim, są dla mnie bohaterami tamtego roku. Mam nadzieję, że ktoś z Warszawy wręczy im w końcu statuetkę Fryderyka.

Stop Mi!: Metamatyka – za to, że nauczyli mnie jak przetrwać ból i cierpienie, żeby dotrwać do końca płyty. Za tupet również. Wyciągnęli esencję wszystkiego, co najgorsze w muzyce przepuścili to przez delay i wydali płytę. Młoda generacja taksówkarzy chwyciła za długopisy i gitary, a to już pachnie kryminałem. Myślę, że kiedyś na podstawie tej historii powstanie jak zwykle polski, jak zwykle doskonale sklecony film. W roli głównej widzę Małaszyńskiego. Taksometr ma wypisany na twarzy.

Muchy: Notoryczni debiutanci – za to, że dają mi wiarę. Wiarę w to, że kiedyś nagrają dobrą płytę. Jednak jest jeden warunek. Z tego składu muszą odejść wszyscy, aby zrobić miejsce innym, zupełnie nowym, hm… członkom.

Niwea: 01 – za to, że ich płyta pozwala wybrnąć z trudnych sytuacji w życiu. Kiedyś kiedy chciano, żeby goście już sobie poszli, zadawało się pytanie: „Komu kawę, komu herbatę, komu palto?”. Dziś można zrobić to subtelniej, włączając płytę niemieckiego koncernu kosmetycznego. Należy tylko pamiętać o tym, żeby wcześniej pod oknami położyć materace, co by wyskakujący przez nie goście się nie pozabijali.

Krzysztof Orluk:

Mikołaj Bugajak: Strange Sounds and Inconceivable Deeds – Akustyczno syntetyczne dźwięki na światowym poziomie! Muzyka dojrzała, głęboka, dobra na zakończenie ciężkiego dnia, by się wyluzować, odpocząć… Jeden wielki minus płyty – czas jej trwania, to zaledwie 17 minut… Czuję niedosyt, gdy EPka dobiega końca trzeba znów wciskać przycisk play… szkoda, bo może szybko się znudzić.

Natalia Fiedorczuk (Nathalie and the Loners, Happy Pills):

5 polskich płyt 2010

  1. Cieślak i Księżniczki: self titled
  2. Kyst: Cotton Touch
  3. Ed Wood: Anal Animal
  4. Kristen: Western Lands
  5. Indigo Tree: Blanik

Tak, wszyscy wykonawcy są moimi znajomymi. Każdy z nich zapłacił mi po 6 browarów. Wypiliśmy je wspólnie. Oprócz łapówek – uważam że są to naprawdę dobre i solidne płyty. Tagi „maciej cieślak geniusz”, ” bezczelne szparagi z sopotu”, „bydgoszcz depresja”, „2 metry cheta bakera”, „wrocławski smętek”.

Bartosz Weber (Baaba):

Kristen: Western Lands – ekstra płyta, mimo niedostatków brzmieniowych. „We Want to Weave a Pattern” powinien być radiowym przebojem. Acha, i jeszcze przy okazji Michała Bieli – bardzo lubię zespół Kings of Caramel, choć ich płyta wyszła dawno temu i nie grają.

Ed Wood – ale nie do końca za płytę Anal Animal, tylko za koncerty.

Podobało mi się też bardzo, że w tym roku Off Festival bardzo się rozrósł i ma się coraz lepiej.

Marcin Masecki (Paris Tetris):

Ja bym powiedział, z mojej strony, że kilka ciekawych propozycji to Ed Wood: Anal Animal, Niwea: 01, Alexei Kossenko i Arte dei Suonatori: C.P.E. Bach: Concerti a flauto traverso obligato II (to tak z innego kręgu trochę, ale myślę że warto wspomnieć bo to jedyna tego typu orkiestra w Polsce i grają naprawdę fenomenalnie) oraz płyta zespołu Nic Dla Mnie, która została nagrana ale nie wyszła jeszcze niestety i nie wiadomo czy wyjdzie w ogóle, gdyż zespół nie jest w stanie się dogadać. Byłem na dwóch koncertach i były to jedne z konkretniejszych przeżyć w 2010 („Nic Dla Mnie” to Sebastian Pawlak i Daniel Pigoński).