The Shipyard, „Downtown”

 The Shipyard, „Downtown”
Ocena: 5+/6

Zostałem bezwzględnie oszukany przez Nasiono Records oraz zespół The Shipyard. Wyciągnięta w zeszłym tygodniu ze skrzynki płyta, dzisiaj w końcu znalazła miejsce w moim odtwarzaczu, gdzie doczekała się odsłuchu i niespodziewanie zmiażdżyła mnie już na poziomie pierwszego utworu. Na czym polega oszustwo? Na tej płycie nie ma więcej utworów. To singiel. Rzecz jasna całkiem niesamowity. Trochę w klimacie przebojowego The Cure, z wyraźną post-punkową nutą lat 80-tych i odrobinę zdziadziałym charakterem (pozytyw!) „Downtown” wchodzi niesamowicie dobrze i wróży być może genialną płytę. I zasadniczo nie ma w tym utworze nic niewiarygodnie świeżego, co więcej – wręcz poraża jego specyficzna archaiczność, ale w zestawieniu z niesamowitą dynamiką oraz świetnym warsztatem kompozytorskim wyszło z tego uzależniające monstrum, które niszczy swą genialnością i obiecuje naprawdę wiele. Szkoda, że tą obietnicę będzie można zweryfikować dopiero na koniec sierpnia. Ćwiczmy w takim razie cierpliwość. -Łukasz Halicki

http://theshipyard.bandcamp.com/

Kobiety, „We Are The Mutants”

Kobiety, „We Are The Mutants”
Ocena: 5+/6

Wygląda na to, że niestety Kobiety znowu wydadzą świetną płytę . Przynajmniej tak sugerują mutanty. Jak to w ogóle możliwe, że zespół grający od ponad 10 lat konsekwentnie to samo i tak samo, ciągle zadziwia świeżością, na którą nie stać zdecydowaną większość rodzimych kapel? Grzegorz „piszę alternatywne przeboje” Nawrocki, nigdy nie porywał się na specjalne eksperymenty i wytrwale komponuje nieoczywiste, mega chwytliwe piosenki, takie jak właśnie to „We Are The Mutants”. Owszem, bardziej bezpośrednie i żwawsze niż to co było można usłyszeć na Amnestii, jednak paleta dźwięków jakimi operuje zespół pozostała praktycznie niezmieniona. A mimo to mutanty zabijają swoim kompozycyjnym kunsztem, energią i naturalnością. I podczas gdy wszyscy teraz płaczą za R.E.M., ja się cieszę, że w końcu udało się Kobietom znaleźć wydawcę i wydać ten materiał. Ten oto singiel doskonale udowadnia, że będzie to kolejna już ich znakomita płyta. Bo tutaj chodzi o refreny, a w tej materii Kobiety i mutanty nie zawodzą. -Łukasz Halicki

http://kobiety.art.pl/

Ścianka, „Shifting The Night For Tomorrow”

Ścianka, „Shifting The Night For Tomorrow”
Ocena: 6/6

Prawdziwy rock’n’roll dla prawdziwych mężczyzn. Dzikość gitar, reżyseria David Lynch. Ja tam byłem, a wy co wtedy robiliście? Taki wstyd. Zaraz EP-ka, potem na jesieni płyta, a ja każdego dnia żałuję, że nie mam pełnej dyskografii. Tylko jakieś tam strzępki. Pana Planetę promował hit singiel o przyjacielu papierosie, teraz jest ten oto potwór, co go „Shifting The Night For Tomorrow” nazwali. Wersja „15-minutowe monstrum nie z tego świata pożerające niewinne dzieci i dziewice” niszczy i zachwyca. Ta krótsza przeznaczona na podbój radia również. Taki żarcik z tym radiem, przecież nikt ich nie słucha. Tylko tacy psycho i fani jak ja. Tak naprawdę i poważnie, to ja bardzo polecam. Widzimy się na koncertach! -Łukasz Halicki

Rotofobia, „Echo”

Rotofobia, “Echo”
Ocena: 1/6

Zawsze byłem szykanowany wśród znajomych za swoją dosyć odosobnioną opinię, że Rotofobia to zespół z niezłymi pomysłami i potencjałem („Warszawa”, „Nite”, ktokolwiek?). Dzisiaj cofam wszystkie swoje dotychczasowe dobre słowa skierowane w ich stronę. „Echo”, singiel zapowiadający ich ukazujący się od x lat debiutancki album, to tragikomiczna polska odpowiedź na Crystal Castles zrobiona w rytmie disco polo. W kapturach, w lesie, walą tępym bitem i irytującymi klawiszami. Nad wszystkim góruje jeszcze wokal, od zawsze najsłabsza strona tego zespołu. I oto złe stało się jeszcze gorsze. Dołożyli efekt w klimacie wspomnianych już Crystal Castles i zdecydowali się na wysunięcie go maksymalnie do przodu, w ten sposób czyniąc go swoim głównym orężem na drodze ku zniszczeniu świata. Tym samym zaliczając śmiałą stylistyczną rewoltę w kierunku czarownic i kryształowych zamków, wygląda na to, że Rotofobia ostatecznie porzuciła gitary i piosenki, oddając się w całości lansowi i słabości. A tyle razy mówiłem wam wszystkim, że nic z nich nie będzie.

http://www.myspace.com/rotofobia

Iza Lach, „Million”

Iza Lach, “Million”
Ocena: 5-/6

Jestem oddanym fanem Izy i nabiłem jej setki wejść na MySpace. Gdy wczoraj przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić co u niej słychać i zobaczyłem świeżo opublikowany nowy utwór ucieszyłem się jak dziecko. Po jego pierwszym odsłuchu pomyślałem sobie, że z tym przejściem na angielski to słaba opcja, jednak już po 10 przesłuchaniach przekonałem się. Radosno-taneczna Iza to chyba takie nowe otwarcie i kolejny etap na muzycznej ścieżce. Przynajmniej tak piszą w sztampowych reckach. Ja wam z kolei powiem, że to konkretnie wymiatający pop na filarach syntezatorowych. Melodyjność bliska debiutowi, jednak tak poza tym to inny świat. Wyraziście, dynamicznie i z wykopem. Nie, że tam jakieś płakanie po kątach. Czysta R-A-D-O-Ś-Ć wyrażona klawiszem i synthem. I tym samym Kamp! ma zupełnie niespodziewaną konkurencję na mieście.

Spoko ta nowa Kylie powiedziała gdzieś z oddali żona. Hie hie, pewnie że spoko. -Łukasz Halicki

http://www.myspace.com/izalach

B Szczęsny, „Nu York”

B Szczęsny, “Nu York”
Ocena: 5/6

Najlepsze jointy w tym roku wydane zostały w internecie, na to wygląda. Nie wiem co robił b szczęsny zanim zgapili go Kamp!, poza tym, że nie zmieniał strun od basu (i posilał się opiniami na forum dla audiofilów), ale pewnie słuchał dużo klasyków klubowych od The Loft wzwyż. „Nu York”, jak i cała EP-ka, to cudna wycieczka w świat post-disco. Wiecie, trochę gejowstwa Cerrone, wizjonerski Black Devil, brzmienie jednak bardziej french house, nowoczesność etc. Niektórym nawet kojarzy się z czołówką „Knight Ridera”. Jednostajny motyw perkusji prowadzi nas przez disco basy, palete syntezatorowych brzmień i rozmyte jazzowe akordy. Szczykające mnie lewe kolano mówi mi, że Szczesnemu należy się w udziale trochę więcej poklasku za szczególnie ten jeden prześwietny kawałek. A może mnie szczyka na burze? Mogłoby na burze, duszno tu. W każdym razie, b szczęsny piąteczka i widujemy się przy kolejnych wydawnictwach. -Emil Macherzyński

http://www.myspace.com/bszczesny

Kamp!, „Heats”

Kamp!, “Heats”
Ocena: 3+/6

Po „Giulianim” polskiej tanecznej emotroniki, Kamp! wracają z dwoma balladami. Pierwsza, tytułowa, zrzyna strasznie z „Great Release” LCD Soundsystem. Ale, szczerze mówiąc, to nie jest problemem. Recykling, odniesienia, hołdy, inspiracje. Zestaw naturalny. Co nie wychodzi na zdrowie temu wydawnictwu to jego po primo próba juvelenowej sensualności, co w połączeniu z rodzimym spleenem wypada ani tak ani tak. Po drugie primo ultimo – wokal. Umówmy się, 90% genialności ich zeszłorocznego epiku to świetne poprowadzenie partii instrumentalnych i wokal zepchnięty do roli przeszkadzajki (heh heh). Tutaj wszystko z radiową poprawnością spycha podkłady (nie rewelacyjne tak czy siak, niestety) w tył i daje pohasać dąsającemu się głosowi wypchniętemu na samotny przód – to nucenie, słodki jezu. Poza tym, brakuje energii i spontanu. To nie są jakieś złe piosenki, tylko brzmią jakby zespół był na scenie od 15 lat i mógł sobie wypuścić taki nieśpieszny singielek do analizy dla złaknionych fanów. A to nie zachodzi tutaj przecież, o ile wiem. Poza tym, brzmienie momentami trąci komunijnym kibordem Casio (pianino). Najlepiej wypada instrumentalny środek bisajdu – przechodzący od post-prince’a do Cut Cupy. To za mało jednak by wykrzesać ze mnie entuzjazm do tych dwóch ślamazarnych, niezbyt melodyjnych kawałków, których zmorą będzie słowo „przyzwoite”. Jako przedsmak płyty wypada więc dosyć blado. Ale cóż. Louden Up Now jakąś rewelacją też nie było. –Emil Macherzyński

http://www.myspace.com/kampmusik