Polska 2011: Post Scriptum – 5 x Top5

Top 5 polskich “bohaterów” roku 2011:

  1. Thin Man Records
  2. Marcin Masecki
  3. Ofensywa wydawnicza Anteny Krzyku / Qulturapu
  4. Lado w mieście
  5. Nowe polskie niezależne wytwórnie płytowe

Top 5 polskich koncertów 2011, na które udało mi się dotrzeć:

  1. Profesjonalizm @ Cafe Mozaika (2 września 2011)
  2. Ścianka @ Warszawa Powiśle (12 luty 2011)
  3. Kobiety @ Hydrozagadka (13 maja 2011)
  4. Biela, Rogiński, Szpura @ Chłodna 25 (25 lutego 2011)
  5. Twilite @ Off Festival 2011, Dolina Trzech Stawów (5 sierpnia 2011)

Top 5 polskich klipów, których nie przegapiłem:

1. Niwea, „Tańcz” – za minimalizm

2. Projekt Warszawiak, „Nie Ma Cwaniaka Na Warszawiaka” – za trafność

3. Brodka, „Krzyżówka Dnia” – za artystyczny rozmach

4. Łona, „To Nic Nie Znaczy” – za synchro słowa-obraz

5. Julia Marcell, „Matrioszka” – za nieokiełznaną niedorzeczność i żółte rękawiczki

Top 5 największych muzycznych rozczarowań w dziedzinie muzyka polska:

  1. Koncert Ortegi Cartel / Lavoholics
  2. Krzyk Izy Lach
  3. Rasmentalizm
  4. Polska muzyka na Off Festivalu
  5. Rozpad Tin Pan Alley

Top 5 polskich artystów, na których płyty czekam w 2012:

  1. Michał Biela
  2. Babadag
  3. Jazzpospolita
  4. HALF OF A dB
  5. Ścianka

Polska 2011: Płyty

Patrząc na niesamowity wręcz wysyp rankingów, statystyk i tym podobnych, podobnie jak w zeszłym roku, stawiam na listę 13 rekomendacji, bez żadnej hierarchizacji i numerków. W erze pożerania muzyki w ilościach przekraczających możliwości percepcyjne mózgu nie mam zamiaru pisać ile płyt nie zdążyłem, a ile się otarło o listę. To nieistotne. Istotna jest ta lista poniżej. Moje trzynaście typów z 2011, najlepsze co mnie spotkało w polskiej muzyce w 2011 i co wywarło na mniej największe wrażenie. Zasadniczo w tym roku można było żyć tylko i wyłączenie rodzimymi wydawnictwami i tak właściwie przez większą część roku wyglądało moje słuchanie nowości. Polska wygrywała ze światem, a nieświadomy patriotyzm wziął górę. Nienachalnie, bez przymusu i nacisków. Ten nasz rodzimy muzyczny mikroświatek, kręcący się głównie w okolicach Internetu, jest w stanie porwać i każdemu zapewnić mnóstwa wrażeń. To zarazem fantastyczne i przerażające, ale o tym w innym miejscu i o innej porze. Póki co cieszmy się tym zamknięciem 2011, bo naprawdę jest z czego. I zupełnie się nie zanosi żeby 2012 miał być gorszym rokiem dla polskiej muzyki. Podejrzewam, że nawet potencjalny koniec świata miałby na to znikomy wpływ. To czy Ścianka wreszcie wyda nową płytę również. -Łukasz Halicki

Alameda County Death Cult: A physician is not angry at the intemperance of a mad patient, nor does he take it ill to be railed at by a man in fever. Just so should a wise man treat all mankind, as a physician does his patient, and look upon them only as sick and extravagant (Songbook EP)
[self-released, 2011]

Album bezlitośnie pominięty, o którym najwięcej napisał chyba sam jego twórca czyli typowa historia z cyklu „internetowe poczynania nikomu nie znanych muzyków”. W przeciągu roku od premiery zdążył się uformować wariant live, który rozpoczyna siać zniszczenia już w lutym. Pod nazwą Alameda Trio. Zapewne skrót ten ma na celu zwiększyć medialną siłę rażenia zespołu i przynieść mu zasłużoną chwałę i rozgłos. Przydałoby się. A o co tak w ogóle chodzi? Ogólnie to skomplikowana historia, w której pojawia się nicość, śliczne wokale, śmierć człowieka Zachodu, hałas, kryzys humanizmu, gitarowe medytacje, pustka wszechświata oraz awersja do klasycznych piosenek. Jest spokojniej niż na Ed Woodzie, odrobinę melodyjnie jak u Tin Pan Alley, ale generalnie gdzieś tam na przecięciu tych światów, dodatkowo z wyraźnymi ciągotami do przyjemnych gitarowych plamek i dłużyzn. Mało współczesne, całkiem oryginalne gitarowe granie bez mocarstwowych ambicji. Żyję nadzieją, że ta EP-ka to dopiero początek.

Coldair: Far South
[Antena Krzyku/Opensources, 2011]

W ostatecznym rozrachunku wydaje się, że tegoroczna muzyczna propozycja Tobiasza jest odrobinę ciekawsza niż ostatni album Kyst. O włos, ale jednak. Far South to na pewno rzecz gatunkowo lżejsza i bardziej przystępna i właśnie to stwarza przewagę tego albumu nad Waterworks. Gdy opada premierowy entuzjazm okazuje się nagle, że niekoniecznie odczuwa się potrzebę wracania do drugiego krążka Kyst. Co innego dwójeczka Coldair, która z ogromną radością regularnie wraca do odtwarzacza, tym samym prezentując większy wskaźnik re-używalności. Może i faktycznie jest to nieco mniej ambitne granie, ale ze względu na swą ładną, skromną  naturę, tak jakby lepiej przyswajalne i zwyczajnie łatwiejsze w odbiorze. Miłe zaskoczenie, od którego ciężko się odzwyczaić.

Jacaszek: Glimmer
[Gustaff, 2011]

Na tegorocznym festiwalu Unsound, gdzie Jacaszek po raz pierwszy publicznie prezentował materiał zebrany na Glimmer, nagle okazało się, że przystawka jest smaczniejsza niż danie główne. Podczas gdy A Winged Victory For The Suleen zagrali dosyć konwencjonalną krzyżówkę drone’ów z nieco łzawymi aranżacjami orkiestrowymi, Jacaszek zaczarował wnętrze synagogi Tempel swoją wizją ambientu, unikającego emocjonalnego szantażu oraz sztandarowych zagrań prowadzących słuchacza w nudnawą nieskończoność. Glimmer to zadziwiająco świeża krzyżówka dotychczasowych zabaw Jacaszka szumiącą elektroniką i barokowych tropów snutych za pomocą klarnetu i klawesynu, które to połączenie zaowocowało albumem, który już chyba nie do końca zasługuję na łatkę ambientowego, ale też w sumie nie do końca wiadomo gdzie go zakwalifikować. Unikając patosu skutecznie wyzbywa się tego co najbardziej drażniło w Trenach, z drugiej strony nie popadając w totalne skupienie się na samym dźwięku, wystrzega się błędów Pentral. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć na kolejnej płycie.

Kirk: Msza Święta W  Brąswałdzie
[InnerGuN Records, 2011]

Brąswałd (dawniej niem. Braunswalde) – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, w gminie Dywity. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa olsztyńskiego.

Wieś położona około 8 km na północ od Olsztyna, w pobliżu jeziora Mosąg oraz rzeki Łyny. Usytuowana w pagórkowatym krajobrazie polodowcowym z licznymi małymi zbiornikami wodnymi. Od wschodu rozciągają się lasy, z pozostałych stron otoczona jest gruntami rolnymi z licznymi śródpolnymi kępami zieleni. Do Brąswałdu włączono jako kolonię Wopy, która wcześniej były samodzielną wsią. [źródło: Wikipedia]

Nieoficjalnie Brąswałd znany jest ze swej lokalnej sceny jazzowej, cechującej się dziwacznością, urodzajnym samplowaniem, licznymi pętlami oraz wszechogarniającą atmosferą końca świata. Obowiązkowy punkt do zaliczenia przy wszelkich wycieczkach na ziemię olsztyńską.

Kobiety: Mutanty
[Thin Man Records, 2011]

Nie jest to najlepsza płyta Kobiet. Przynajmniej trudno to stwierdzić po kilkumiesięcznej znajomości. Na pewno jest to udana kontynuacja i rozwinięcie trzech poprzednich albumów i dowód na to, że Kobiety są obecnie najbardziej niezawodnym polskim zespołem kwalifikującym się na łatkę „alternatywa”. 4 znakomite albumy, ciągły rozwój i kombinowanie, charakterystyczne, choć ciągle ewoluujące brzmienie oraz oczywiście teksty Nawrockiego. Zabawne, przewrotne, chwilami lekko absurdalne. Mutanty to tracklista pełna wybornych refrenów („Miłość To Mit”, „Łajka”), wannabe klasyków alternatywnej piosenki przebojowej i piękna definicja błyskotliwego popu na bogato. I też czasem tęsknię za bardziej gitarowymi Kobietami, lecz za każdym razem słuchając ich ostatniej płyty uświadamiam sobie, że nie ma to sensu. Kobiety to niezawodna marka i nie wygląda na to żeby coś się miało w tym temacie zmienić. Nawet gdyby mieli zacząć grać black metal.

Muzyka Końca Lata: PKP Anielina
[Thin Man Records, 2011]

Nie ma żadnego powrotu polskiej piosenki, big bitu, niczego. Uwierzcie mi. Jest pare niezłych polskich pop-rockowych płyt, które zamiast kopiować zachodnie wzorce zabrały się za historię krajowej piosenki i całkiem nieźle im to powychodziło. Muzyka Końca Lata nawet nie jest zespołem, który nagle wypłynął na tej fali czy wpisał się w nurt. Oni zawsze tacy byli i zawsze mieli fajne, przyjemne piosenki. PKP Anielina prezentuje ich dojrzalszych, ambitniejszych i tym samym bardziej atrakcyjnych niż na dwóch poprzednich płytach. Brzmieniowo bogatsi, tekstowo mniej pretensjonalni, całościowo zachwycają lekkością i naturalnością. Zdanie otwierające najlepszą polską recenzję roku 2011 tak celnie trafia w sedno tej płyty, że naprawdę nie chciałbym już nic dodawać.

Nosowska: 8
[Supersam Music, 2011]

Każdy rok ma swój alternatywny hit, który nieśmiało wprowadza ambitne granie na salony. Rok temu Brodka, dwa lata temu Hey, a w tym roku Nosowska solowo. Przepis jest za każdym razem podobny – nowoczesne, bogate w szczegóły brzmienie, nieoczywista przebojowość, świetny singiel promujący, wyrazistość wykonawcy. Tego ostatniego Nosowskiej zdecydowanie odmówić nie możemy, a cała muzyczna reszta, sygnowana nazwiskiem Macuka, idealnie balansuje to co łatwe z tym co dobre i singlowa „Nomada” jest tego znakomitym przykładem. Jednak to coś więcej niż ambitna muzyka wkradająca się na salony – to album uzależniający, zbudowany dziwnym, aczkolwiek zaskakująco plastycznym, arsenałem słów i dźwięków oraz pomimo niezwykle czytelnej metody osiągnięcia wyznaczonego celu, niesłychanie oryginalny. W kontekście ogólnego odbioru oraz popularności tego krążka nie sądzę żeby trzeba było go jeszcze jakoś specjalnie reklamować. Więcej takich płyt.

Napszykłat: Kultur Shock
[Qulturap, 2011]

Enpe na gigancie. Są na tym świecie zespoły, które już za sam pomysł na siebie powinny być lubione i Napszykłat to bez wątpienia jeden z nich. Uparcie realizujący swoją wizję dziwnego około hip-hopu barwionego elektroniką, twardo bronią tytułu najbardziej pokręconego zespołu w kraju. Podbijają kraje sąsiednie, u nas jakby trochę niewidzialni. Są jak Ewa Farna tylko w drugą stronę. Nagrali folkowy album by zjednoczyć nas z sąsiadami i pokazać bogactwo kulturowe Europy środkowowschodniej. Na przekór temu konceptowi zaprosili na płytę Amerykanina i Japończyka. Wielu próbowało ubrać ich w słowa, lecz wszyscy polegli. Pewne jest tylko to, że Kultur Shock to ich najlepsza dotychczasowa płyta i przy tym najbardziej pokręcona. Tym samym pozycja obowiązkowa dla wszystkich koneserów muzycznego dziwactwa na poziomie. Wbrew pozorom wcale nie taka ciężkostrawna.

Profesjonalizm: Chopin Chopin Chopin
[Lado ABC, 2011]

W poniższym, króciutkim SMS-ie datowanym na wczesny wrzesień 2011 zawiera się dokładnie wszystko co chciałbym jeszcze powiedzieć o tej płycie. Nic dodać, nic ująć, Marek, pozdrawiamy:

Różni Wykonawcy: Wszystko Płynie
[Agora, 2011]

Teoretycznie jest to soundtrack, jednak należałoby bardziej rozpatrywać ten album jako próbę uchwycenia pewnej grupki wykonawców reprezentujących podobną wrażliwość oraz podejście do muzyki. Takie proste. Szaleńców w tym gronie nie ma, są raczej artyści amatorzy, zajmujący się graniem raczej z doskoku, niż na pełnym etacie. Wydaje się, że największy urok tej kompilacji tkwi gdzieś w tym jej istnieniu totalnie na uboczu muzycznego świata oraz fakcie, że żaden z wykonawców nie ma imperialnych ambicji i każdy z nich próbuje obdarować słuchacza czymś więcej niż melodią, rytmem czy miłym dla ucha wokalem. I na szczęście nie kończy się jedynie na próbach – Adam Repucha czaruje intymną, osobistą atmosferą, Paula i Karol tradycyjnie już cieszą wszystko i wszystkich dookoła, Kyst poluje gdzieś tam w rejonach metafizyki, a i cała reszta ma coś do zaoferowania. Niekoniecznie dla każdego coś miłego, jednak jest to na tyle uniwersalne wydawnictwo, że mam cichą nadzieję, iż z racji swojej ceny i dostępności, okaże się dla paru osób okazją do odkrycia kilku fajnych artystów i być może będzie nawet powodem do dalszego grzebania.

SuperXiu: Idealism
[Ampersand Records, 2011]

Szlachetny pop z brytyjskimi ciągotami. Nie tylko w związku z akcentem wokalisty. I jakkolwiek można odnieść wrażenie, że ostatnio wszystko co brytyjskie to samo zło, tak Idealism czerpie bardziej z historii niż współczesności i wypada to uznać za zdecydowanie dobre zagranie. Chwilami może są zbyt stylizowani, a za mało „jacyś”, lecz wybornie się tego słucha, kompozycje cieszą różnorodnością i znakomitym studyjnym szlifem, więc tą pewną, miejmy nadzieję debiutancką, nijakość można im wybaczyć. Jako zespół mają na pewno jeszcze pare lekcji do odrobienia, lecz takimi utworami jak genialne “Vertigo/Glorious Sun”, udanie pokazują swoje ambicje i możliwości. Zresztą cała płyta uświadamia, że z kolejnego jakiegoś tam indie-popowego zespołu, wyrosła nam świetna kapela ze zdecydowanie większym potencjałem niż wydawało się jeszcze 2 lata temu. Pozostaje tylko życzyć sławy i rozgłosu.

Tom Bednarczyk: Ghost (EP)
[We Are Your Music Mate, 2011]

Ten kraj cierpi z racji wszechobecnej rockowej dominacji. Najlepsze płyty są rockowe. Jedyna słuszna muzyka kolesie z gitarami. Piosenki też muszą być rockowe, no ewentualnie popowe, ale nie za bardzo. Elektronika to muzyka dla młodzieży, przejdzie im, głupia fanaberia. Ghost (EP) jest pięknym przykładem elektroniki stworzonej do słuchania w domu, burzącym podstawowe wyobrażenie przeciętnego człowieka, że techno nadaje się tylko do klubów. Tomek Bednarczyk nagrał bowiem EP-kę, która w bardzo udany sposób łączy ładne z tanecznym, tym samym bardziej lokując się w przestrzeniach wielkości średniego pokoju niż wielkiej pulsującej sali. Ta podskórnie wyczuwalna tęsknota za ambientem, skryta gdzieś za delikatnym beatem i pulsującym rytmem, jest naprawdę o wiele bardziej interesująca i warta niż większości muzyki rockowej jaką słyszałem w 2011 roku. I właśnie dlatego Ghost (EP) jest wydawnictwem, które można słuchać wręcz bezustannie i ciągle czerpać z tego przyjemność. Nawet pomimo braku gitar.

Twilite: Quiet Giant
[Ampersand Records, 2011]

Absolutnie nikt w tym roku tak trafnie nie zatytułował swojej płyty. Te dwa słowa doskonale uzmysławiają charakter muzyki Twilite i niejako na nowo ją definiują. Ciągle bowiem mamy do czynienia ze skromnym, około balladowym graniem na dwie gitary, lecz waga kompozycji i pieczołowitość brzmienia wypychają te piosenki gdzieś na zupełnie nowy poziom. Studyjne upiększacze służą im całkiem dobrze, ale skromne wersje koncertowe uświadamiają jak znakomite kompozycje wypełniają tego cichego giganta. W kontekście jakości samych piosenek, właściwy debiut Twilite, będący przecież bardzo godziwym albumem, wydaje się zaledwie wprawką, nieśmiałą przystawką do tego co nastąpiło dalej. I chociaż można mieć obawy co do tego czy starczy im pary, to wydaje się że Paweł i Rafał mają w sobie tyle naturalnego uroku i energii, że mogliby do końca życia grać covery, a i tak ciężko by było ich nie lubić.

Kobiety: Mutanty

Kobiety: Mutanty
[Thin Man Records, 2011]
Ocena: 5+/6

11 doskonałych powodów by pokochać najnowszą płytę Kobiet i utwierdzić się w przekonaniu, że Grzegorz Nawrocki wraz ze swoim zespołem to obecnie bez wątpienia najpewniejsza marka w polskiej muzyce:

  1. Zawsze wyborne, znakomite single.
  2. Niepodrabialny i unikalny Kobiety-sound, którego chyba naprawdę nikt nie dogoni.
  3. Suczka Łajka, która nie lękała się lecieć w kosmos.
  4. Najlepsze częstochowskie rymy w kraju.
  5. Ambitne, a jednocześnie zupełnie nieprzesadne bogactwo dźwięków i aranżacji.
  6. Bezkompromisowe wstawianie teoretycznie obciachowych zaśpiewów, które następnie prześladują całymi tygodniami i wcale obciachowe nie są.
  7. Piosenki, które naturalnie budzą uśmiech na twarzy.
  8. Power-popowe refreny, miażdżące swą energią, nośnością oraz fantastyczną dynamiką.
  9. Urocze, odrobinę nostalgiczne gwizdanie.
  10. Damsko-męskie duety wokalne dawno nie brzmiały tak dobrze.
  11. I wreszcie – prawdopodobnie najładniejszy closer albumu jaki dane mi było w tym roku usłyszeć. -Łukasz Halicki

http://kobiety.art.pl/ 

Polish press #5

Wywiady i takie tam gadki szmatki:

Artykuły, felietony czyli tzw. formy dłuższe:

Wieści, nowiny, newsy:

Ciekawostki:

Kobiety, „We Are The Mutants”

Kobiety, „We Are The Mutants”
Ocena: 5+/6

Wygląda na to, że niestety Kobiety znowu wydadzą świetną płytę . Przynajmniej tak sugerują mutanty. Jak to w ogóle możliwe, że zespół grający od ponad 10 lat konsekwentnie to samo i tak samo, ciągle zadziwia świeżością, na którą nie stać zdecydowaną większość rodzimych kapel? Grzegorz „piszę alternatywne przeboje” Nawrocki, nigdy nie porywał się na specjalne eksperymenty i wytrwale komponuje nieoczywiste, mega chwytliwe piosenki, takie jak właśnie to „We Are The Mutants”. Owszem, bardziej bezpośrednie i żwawsze niż to co było można usłyszeć na Amnestii, jednak paleta dźwięków jakimi operuje zespół pozostała praktycznie niezmieniona. A mimo to mutanty zabijają swoim kompozycyjnym kunsztem, energią i naturalnością. I podczas gdy wszyscy teraz płaczą za R.E.M., ja się cieszę, że w końcu udało się Kobietom znaleźć wydawcę i wydać ten materiał. Ten oto singiel doskonale udowadnia, że będzie to kolejna już ich znakomita płyta. Bo tutaj chodzi o refreny, a w tej materii Kobiety i mutanty nie zawodzą. -Łukasz Halicki

http://kobiety.art.pl/

50% x 2011 czyli półrocze w koncertach

  1. Taka tam kronika spisywana w miarę na bieżąco. Szczerze mówiąc bardziej na własne potrzeby, choć jeśli ktoś skorzysta to będzie mi bardzo miło. Od razu przepraszam za brak stylu, dziwne zestawienia słów i takie tam, wszystko spisywane było zazwyczaj na gorąco, co mam nadzieję choć trochę mnie usprawiedliwia.
  2. W Warszawie się dzieje i praktycznie każdego dnia można znaleźć interesujący koncert z dowolnie wybranej szufladki. Wątpię, żeby którekolwiek inne polskie miasto mogło tu konkurować. Chłodna 25 ciągle na podium.
  3. Na czerwono wyróżniłem najlepszych. Im nie można odpuszczać.
  4. Powtarzam się, ale po raz kolejny apeluję – chodźcie na polskie koncerty!

Asia i Koty @ Jaś i Małgosia (22 stycznia 2011)

Gdyby Asia miała nieco lepszy materiał i więcej charyzmy czytalibyście tutaj właśnie internetowe bicie pokłonów. Niestety, Asia póki co zachwyca „tylko” warunkami głosowymi i paroma udanymi kompozycjami. Co i tak nie zmienia faktu, że bardzo przyzwoity koncert.

Psychocukier + The Phantoms @ Sen Pszczoły (27 stycznia 2011)

Support interesujący ze swoim nieco archaicznym brzmieniem, kompozycyjnie jednak bez szału. Psychocukier tradycyjnie jechał z hitami i dobrą konferansjerką, były też nowe utwory (po polsku!). Lepiej niż ostatnio w Hydrozagadce, nieco gorzej niż na pamiętnym koncercie w Jadłodajni jesienią 2009.

Ścianka @ Warszawa Powiśle (12 luty 2011)

Darmowy, tak jakby trochę spontaniczny koncert, o którym chyba niewielu wiedziało. Same nowości plus wybitne „My Friend Cigarette”. Kategoria koncert roku, niesamowita energia, świetny materiał, którego nie wiem kiedy się doczekamy w formie płyty. Magia gitar.

Biela, Rogiński, Szpura @ Chłodna 25 (25 lutego 2011)

Znakomity koncert, na którym było się można przekonać że jeśli wszystko dobrze pójdzie stać ich na jedną z najlepszych polskich płyt roku 2011. Dwa wnioski:

  1. Niesamowity Rogiński na gitarze.
  2. Doskonały dowód na to, że czasem warto pójść na koncert w ciemno.

Jazzpospolita @ Chłodna 25 (26 lutego 2011)

Po nie wiem jak długim okresie próbowania wybrania się na Jazzpospolitą, wreszcie się udało.  Koncert całkiem dobry, kompozycyjnie śmiało odbiegający od albumowych pierwowzorów, ale mimo wszystko w środkowej jego części można było się nieco ponudzić. Tym niemniej początek i końcówka wyborne.

Pink Freud @ Huśtawka (14 kwietnia 2001)

Dziwne miejsce, z zaskakująco niezłą akustyką. Publika nieco bardziej losowa niż zazwyczaj, a Pani obok mnie wybitnie nadekspresyjna. Sam koncert dobry, w większości materiał z ostatniej płyty, choć zdarzyły się starocie i covery („National Anthem”!). Koncert bardzo energiczny, choć nie zabrakło przynudzaczy z fenomenalnym „Diamond Way” na czele. Warto było, choć jest pewien niedosyt.

Rogiński/Tyciński/Moretti/Rzepka, czyli żydowska surferska muzyka religijna @ Chłodna 25 (16 kwietnia 2011)

Raczkujący skład, momentami urzekał swoim nieprzygotowaniem, pod koniec niestety już nieco irytował. Materiał nieco zbyt jednostajny, choć czuć potencjał. Może coś z tego będzie, sam koncert jednak w porywach co najwyżej przeciętny.

Tede @ Warsaw Challange, Park Sowińskiego (7 maja 2011)

Ten człowiek nawet w sposobie chodzenia jest bossem. W parku Sowińskiego był co prawda nieco wczorajszy, a publiczność bardziej jarały nowe kawałki niż starocie, tym niemniej była świetna energia, odrobina humoru oraz wielka trójca: „Gin za ginem”, „Ona jest szmatą” oraz „Pęknięty jeż”. Tylko pomyśleć jak wyglądały jego koncerty 10 lat temu…

Parias @ Warsaw Challange, Park Sowińskiego (7 maja 2011)

Bardziej standardowego, bezbarwnego hip hopu nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Mocny kandydat do najsłabszego koncertu roku.

Kobiety @ Hydrozagadka (13 maja 2011)

Cóż to był za koncert. Były stare hity, było nowości (mnóstwo), były podwójne bisy, które trwały dobre 30-40 minut, było niesamowicie. Zespół w świetnej formie, publiczność również dała radę, co wbrew pozorom nie zdarza się zbyt często. Nowa płyta podobno na jesieni, póki co czeka na wydawcę. Nawrocki podpisał mi wszystkie płyty! ♥

Indigo Tree @ Cafe Próżna (14 maja 2011)

Jak na pożegnalny koncert było bardzo skromnie, niemrawo i jakoś tak dziwnie. Bardziej w sensie atmosfery, niż muzycznej jakości koncertu. W okrojonym składzie, bez Filipa Zawady, Pete i Michał świetnie sobie poradzili, na tyle, że utwory z Blanika, który mnie jakoś ominął, zaintrygowały i wzbudziły chęć posiadania tej płyty. Szkoda, że ten ciekawy i dobrze obiecujący zespół tak szybko kończy.

Paula i Karol @ Cafe Próżna (14 maja 2011)

Co prawda stężenie studentów polonistyki, kulturoznawstwa i tym podobnych przerażało, tak na szczęście procent dziwnych i pretensjonalnych psychofanów było niewielki. Sam koncert wypada określić jako dobry – tradycyjnie już pozytywna energia, dobry wybór materiału, a do tego 2 nowe utwory, z których jeden prezentował się naprawdę interesująco. Warszawa lubi Paulę i Karola i na odwrót.

SzaZa/Polański @ Kino Kultura (19 maja 2011)

Szamburski i Zakrocki w ramach festiwalu kultury żydowskiej „Otwarta Twarda” grali na żywo do krótkich metraży Polańskiego. Z jajem, pomysłowo i bez popadania w szablony. Bardzo przyjemny występ.

Pokrzywiński / Masecki / Bach @ Chłodna 25 (3 czerwca 2011)

Ja się na tym nie znam, to jest zupełnie inny świat, ale nie powiem żeby mi się nie podobało. Przyjemnie relaksujący koncert w przeraźliwie dusznej piwnicy na Chłodnej.

Masecki / Moretti / Bossanova @ Bar Fregata (4 czerwca 2011)

Miłe, przyjemne, ale niestety tylko granie do piwa. Gdyby nie słabe warunki lokalowe, z chęcią wgryzłbym się bardziej w to co mieli do zaproponowania Moretti z Maseckim.

Kamp! @ Piknik Kulturalny, Królikarnia (11 czerwca 2011)

Mój czwarty i jak dotąd najlepszy koncert Kamp! Pomimo piknikowego rozleniwienia w Królikarni oraz pory zupełnie nie sprzyjającej tańcom, udało im się zagrać naprawdę świetnie i energetycznie. Stare utwory doczekały się nieco bardziej rozbudowanych aranżacji, a te pozostałe, niestety w pełni ukazały niedostatki większości ich nowego materiału.

Mikrokolektyw @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Nie nastawiałem się zupełnie, ale było bardzo w porządku. Dobrze ubrał to w słowa Piotrek Lewandowski na PopUp i może na tym poprzestańmy.

Contemporary Noise Sextet @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Na szczęście nie postawili na nowości (nie najlepsza tegoroczna płyta) i głównie zagrali materiał z drugiej płyty. Może faktycznie zabrakło im odrobiny przestrzeni i wyjścia poza albumowe wzorce, lecz z drugiej strony zagrali najlepsze co mają w swoim repertuarze i naprawdę wyszło im to świetnie. Dla takich ignorantów jak ja idealne wyważenie jazzu i nie-jazzu.

Sing Sing Penelope @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Nie znam zupełnie dokonań tego zespołu i zakładałem najgorsze. A nie było wcale źle. Przyjemne granie na przecięciu jazzowej tradycji i odrobiny nowoczesności.

Levity @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Ta monstrualna improwizacja początkowo przeraziła mnie tym, że nie usłyszę nic z świetnego zeszłorocznego Chopin Shuffle, jednak wraz z kolejnymi minutami trudno było rozstać się z myślą, że to najlepszy koncert tego wieczoru. Z wyobraźnią, odważnie, ale z głową. Tak poza tym – perkusista, cóż on tam wyczyniał!

Mazolewski Quintet @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (19 czerwca 2011)

Oj, to nie dla mnie. Jakkolwiek uwielbiam wiecznie uśmiechniętego Mazola, tak konkretnie zmęczył mnie ten koncert. Najbardziej zapamiętam drobną bójkę wśród publiczności na samym początku (!).

Marcin Wasilewski Trio @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Z kolei Wasilewski zaczął ładnie, spokojnie i miałem nadzieję, że cały koncert upłynie w takiej nieco sennej atmosferze, lecz niestety jego druga połówka, w dużej mierze improwizowana rozczarowała. Stąd prosty wniosek z tego dnia „Don’t Panic! Yass We`re From Poland” – młodzi jazzowi kombinatorzy > jazzowi tradycjonaliści.

Babadag @ Warsztat (21 czerwca 2011)

Zachęcony zeszłoroczną rekomendacją Mariusza Hermy (tutaj) w końcu dotarłem na Babadag. Potwierdzam stwierdzone już fakty – znakomity perkusista, mnóstwo pomysłów i intrygujące konstelacje dźwięków. W swoich najlepszych momentach byłem blisko „wzruszenia roku”, tym niemniej całościowo jeszcze nie do końca zostałem kupiony. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na zespół bez płyty znakomicie. Czekamy na debiut.

Polska 2010: Post Scriptum – 5 x Top5

Top 5 polskich „bohaterów” roku 2010:

  1. Lado ABC
  2. Maciej Cieślak
  3. polski około-jazz
  4. Off Festival ex equo z Chłodna 25
  5. Kuba Ziołek

Top 5 polskich koncertów 2010, na które udało mi się dotrzeć:

  1. Cieślak i Księżniczki, 26 kwietnia 2010  (Powiększenie, Warszawa)
  2. Ścianka, 3 grudnia 2010 (Hydrozagadka, Re:wizje, Warszawa)
  3. Pink Freud, 7 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  4. Lenny Valentino, 6 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  5. Psychocukier, 26 lutego 2010 (Hydrozagadka, Warszawa)

Top 5 polskich klipów, których nie przegapiłem:

1. Ortega Cartel, „Lavorama”

2. Newest Zealand, „As Sure As Sunrise”

3. Karol Schwarz All Stars, „Simple Happy Song For Christmas”

4. Jazzpospolita, „Laszlo and Cousins”

5. donGURALesko, „Betonowe Lasy Mokną”

Top 5 największych muzycznych rozczarowań w dziedzinie muzyka polska:

  1. Igor Boxx: Breslau
  2. Tede (wszystko)
  3. polski hip-hop (ogólnie)
  4. Kim Nowak: Kim Nowak
  5. Paula i Karol: Overshare

Top 5 polskich artystów, na których płyty czekam w 2011:

  1. Ścianka
  2. Psychocukier
  3. Kobiety
  4. Iza Lach
  5. Kamp!

To już naprawdę koniec podsumowań. -Łukasz Halicki