50% x 2011 czyli półrocze w koncertach

  1. Taka tam kronika spisywana w miarę na bieżąco. Szczerze mówiąc bardziej na własne potrzeby, choć jeśli ktoś skorzysta to będzie mi bardzo miło. Od razu przepraszam za brak stylu, dziwne zestawienia słów i takie tam, wszystko spisywane było zazwyczaj na gorąco, co mam nadzieję choć trochę mnie usprawiedliwia.
  2. W Warszawie się dzieje i praktycznie każdego dnia można znaleźć interesujący koncert z dowolnie wybranej szufladki. Wątpię, żeby którekolwiek inne polskie miasto mogło tu konkurować. Chłodna 25 ciągle na podium.
  3. Na czerwono wyróżniłem najlepszych. Im nie można odpuszczać.
  4. Powtarzam się, ale po raz kolejny apeluję – chodźcie na polskie koncerty!

Asia i Koty @ Jaś i Małgosia (22 stycznia 2011)

Gdyby Asia miała nieco lepszy materiał i więcej charyzmy czytalibyście tutaj właśnie internetowe bicie pokłonów. Niestety, Asia póki co zachwyca „tylko” warunkami głosowymi i paroma udanymi kompozycjami. Co i tak nie zmienia faktu, że bardzo przyzwoity koncert.

Psychocukier + The Phantoms @ Sen Pszczoły (27 stycznia 2011)

Support interesujący ze swoim nieco archaicznym brzmieniem, kompozycyjnie jednak bez szału. Psychocukier tradycyjnie jechał z hitami i dobrą konferansjerką, były też nowe utwory (po polsku!). Lepiej niż ostatnio w Hydrozagadce, nieco gorzej niż na pamiętnym koncercie w Jadłodajni jesienią 2009.

Ścianka @ Warszawa Powiśle (12 luty 2011)

Darmowy, tak jakby trochę spontaniczny koncert, o którym chyba niewielu wiedziało. Same nowości plus wybitne „My Friend Cigarette”. Kategoria koncert roku, niesamowita energia, świetny materiał, którego nie wiem kiedy się doczekamy w formie płyty. Magia gitar.

Biela, Rogiński, Szpura @ Chłodna 25 (25 lutego 2011)

Znakomity koncert, na którym było się można przekonać że jeśli wszystko dobrze pójdzie stać ich na jedną z najlepszych polskich płyt roku 2011. Dwa wnioski:

  1. Niesamowity Rogiński na gitarze.
  2. Doskonały dowód na to, że czasem warto pójść na koncert w ciemno.

Jazzpospolita @ Chłodna 25 (26 lutego 2011)

Po nie wiem jak długim okresie próbowania wybrania się na Jazzpospolitą, wreszcie się udało.  Koncert całkiem dobry, kompozycyjnie śmiało odbiegający od albumowych pierwowzorów, ale mimo wszystko w środkowej jego części można było się nieco ponudzić. Tym niemniej początek i końcówka wyborne.

Pink Freud @ Huśtawka (14 kwietnia 2001)

Dziwne miejsce, z zaskakująco niezłą akustyką. Publika nieco bardziej losowa niż zazwyczaj, a Pani obok mnie wybitnie nadekspresyjna. Sam koncert dobry, w większości materiał z ostatniej płyty, choć zdarzyły się starocie i covery („National Anthem”!). Koncert bardzo energiczny, choć nie zabrakło przynudzaczy z fenomenalnym „Diamond Way” na czele. Warto było, choć jest pewien niedosyt.

Rogiński/Tyciński/Moretti/Rzepka, czyli żydowska surferska muzyka religijna @ Chłodna 25 (16 kwietnia 2011)

Raczkujący skład, momentami urzekał swoim nieprzygotowaniem, pod koniec niestety już nieco irytował. Materiał nieco zbyt jednostajny, choć czuć potencjał. Może coś z tego będzie, sam koncert jednak w porywach co najwyżej przeciętny.

Tede @ Warsaw Challange, Park Sowińskiego (7 maja 2011)

Ten człowiek nawet w sposobie chodzenia jest bossem. W parku Sowińskiego był co prawda nieco wczorajszy, a publiczność bardziej jarały nowe kawałki niż starocie, tym niemniej była świetna energia, odrobina humoru oraz wielka trójca: „Gin za ginem”, „Ona jest szmatą” oraz „Pęknięty jeż”. Tylko pomyśleć jak wyglądały jego koncerty 10 lat temu…

Parias @ Warsaw Challange, Park Sowińskiego (7 maja 2011)

Bardziej standardowego, bezbarwnego hip hopu nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Mocny kandydat do najsłabszego koncertu roku.

Kobiety @ Hydrozagadka (13 maja 2011)

Cóż to był za koncert. Były stare hity, było nowości (mnóstwo), były podwójne bisy, które trwały dobre 30-40 minut, było niesamowicie. Zespół w świetnej formie, publiczność również dała radę, co wbrew pozorom nie zdarza się zbyt często. Nowa płyta podobno na jesieni, póki co czeka na wydawcę. Nawrocki podpisał mi wszystkie płyty! ♥

Indigo Tree @ Cafe Próżna (14 maja 2011)

Jak na pożegnalny koncert było bardzo skromnie, niemrawo i jakoś tak dziwnie. Bardziej w sensie atmosfery, niż muzycznej jakości koncertu. W okrojonym składzie, bez Filipa Zawady, Pete i Michał świetnie sobie poradzili, na tyle, że utwory z Blanika, który mnie jakoś ominął, zaintrygowały i wzbudziły chęć posiadania tej płyty. Szkoda, że ten ciekawy i dobrze obiecujący zespół tak szybko kończy.

Paula i Karol @ Cafe Próżna (14 maja 2011)

Co prawda stężenie studentów polonistyki, kulturoznawstwa i tym podobnych przerażało, tak na szczęście procent dziwnych i pretensjonalnych psychofanów było niewielki. Sam koncert wypada określić jako dobry – tradycyjnie już pozytywna energia, dobry wybór materiału, a do tego 2 nowe utwory, z których jeden prezentował się naprawdę interesująco. Warszawa lubi Paulę i Karola i na odwrót.

SzaZa/Polański @ Kino Kultura (19 maja 2011)

Szamburski i Zakrocki w ramach festiwalu kultury żydowskiej „Otwarta Twarda” grali na żywo do krótkich metraży Polańskiego. Z jajem, pomysłowo i bez popadania w szablony. Bardzo przyjemny występ.

Pokrzywiński / Masecki / Bach @ Chłodna 25 (3 czerwca 2011)

Ja się na tym nie znam, to jest zupełnie inny świat, ale nie powiem żeby mi się nie podobało. Przyjemnie relaksujący koncert w przeraźliwie dusznej piwnicy na Chłodnej.

Masecki / Moretti / Bossanova @ Bar Fregata (4 czerwca 2011)

Miłe, przyjemne, ale niestety tylko granie do piwa. Gdyby nie słabe warunki lokalowe, z chęcią wgryzłbym się bardziej w to co mieli do zaproponowania Moretti z Maseckim.

Kamp! @ Piknik Kulturalny, Królikarnia (11 czerwca 2011)

Mój czwarty i jak dotąd najlepszy koncert Kamp! Pomimo piknikowego rozleniwienia w Królikarni oraz pory zupełnie nie sprzyjającej tańcom, udało im się zagrać naprawdę świetnie i energetycznie. Stare utwory doczekały się nieco bardziej rozbudowanych aranżacji, a te pozostałe, niestety w pełni ukazały niedostatki większości ich nowego materiału.

Mikrokolektyw @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Nie nastawiałem się zupełnie, ale było bardzo w porządku. Dobrze ubrał to w słowa Piotrek Lewandowski na PopUp i może na tym poprzestańmy.

Contemporary Noise Sextet @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Na szczęście nie postawili na nowości (nie najlepsza tegoroczna płyta) i głównie zagrali materiał z drugiej płyty. Może faktycznie zabrakło im odrobiny przestrzeni i wyjścia poza albumowe wzorce, lecz z drugiej strony zagrali najlepsze co mają w swoim repertuarze i naprawdę wyszło im to świetnie. Dla takich ignorantów jak ja idealne wyważenie jazzu i nie-jazzu.

Sing Sing Penelope @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Nie znam zupełnie dokonań tego zespołu i zakładałem najgorsze. A nie było wcale źle. Przyjemne granie na przecięciu jazzowej tradycji i odrobiny nowoczesności.

Levity @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Ta monstrualna improwizacja początkowo przeraziła mnie tym, że nie usłyszę nic z świetnego zeszłorocznego Chopin Shuffle, jednak wraz z kolejnymi minutami trudno było rozstać się z myślą, że to najlepszy koncert tego wieczoru. Z wyobraźnią, odważnie, ale z głową. Tak poza tym – perkusista, cóż on tam wyczyniał!

Mazolewski Quintet @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (19 czerwca 2011)

Oj, to nie dla mnie. Jakkolwiek uwielbiam wiecznie uśmiechniętego Mazola, tak konkretnie zmęczył mnie ten koncert. Najbardziej zapamiętam drobną bójkę wśród publiczności na samym początku (!).

Marcin Wasilewski Trio @ Warsaw Summer Jazz Days, Muzeum Powstania Warszawskiego (18 czerwca 2011)

Z kolei Wasilewski zaczął ładnie, spokojnie i miałem nadzieję, że cały koncert upłynie w takiej nieco sennej atmosferze, lecz niestety jego druga połówka, w dużej mierze improwizowana rozczarowała. Stąd prosty wniosek z tego dnia „Don’t Panic! Yass We`re From Poland” – młodzi jazzowi kombinatorzy > jazzowi tradycjonaliści.

Babadag @ Warsztat (21 czerwca 2011)

Zachęcony zeszłoroczną rekomendacją Mariusza Hermy (tutaj) w końcu dotarłem na Babadag. Potwierdzam stwierdzone już fakty – znakomity perkusista, mnóstwo pomysłów i intrygujące konstelacje dźwięków. W swoich najlepszych momentach byłem blisko „wzruszenia roku”, tym niemniej całościowo jeszcze nie do końca zostałem kupiony. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na zespół bez płyty znakomicie. Czekamy na debiut.

Polish press #2

Wywiady i takie tam:

Artykuły, felietony czyli tzw. formy dłuższe:

Wieści, nowiny, newsy:

Ciekawostki:

Polish press #1

Nowy cykl zbierający najciekawsze artykuły, wywiady, podsumowania i tym podobne, dotyczące oczywiście wyłącznie polskiej muzyki. Prawdopodobnie co 1-2 miesiące, lecz to się jeszcze okaże. Inspirowane ziemią niczyją.

Wywiady:

  • Wywiad z Natalią Fiedorczuk, w którym między innymi o tym, że nigdy nie przyszedł jej do głowy (tak na poważnie) duet z Maćkiem Cieślakiem.
  • Z kolei Paula i Karol uświadamiają w Hiro, że ich piosenki wcale nie są wesołe, a Warszawa jest bardzo plastyczna.
  • Macio Moretti złapany przez reporterów plejada.pl (!?) świeżo po otrzymaniu Paszportu Polityki.
  • Na interii, interesujący, choć nieco banalny wywiad z najlepszymi obecnie metalowcami z Polski, czyli zespołem Blindead.
  • W najnowszym numerze PopUp warto zwrócić uwagę na wywiady z Paulą i Karolem, Wojtkiem Mazolewskim o jego aktywności twórczej oraz Karolem Schwarzem między innymi o pomyśle przygotowania własnego festiwalu muzycznego i reedycji 100 Filmów.

Podsumowania, rankingi:

Nowinki:

  • YouTube będzie płacił polskim artystom, a z kolei ZAIKS podsumowuje straty. Oczywiście, zarówno zyski z porozumienia z YouTube, jak i straty z piractwa tyczą się tylko wielkich, środowiska niezależne chyba tylko zyskuje w Internecie.
  • Życie Warszawy ciekawie o otwarciu nowego miejsca na kulturalnej mapie Warszawy, gdzie było można usłyszeć Pink Freud, Pogodno oraz Braty z Rakemna, a mnie tam niestety zabrakło.

Ciekawostki:

Polska 2010: Post Scriptum – 5 x Top5

Top 5 polskich „bohaterów” roku 2010:

  1. Lado ABC
  2. Maciej Cieślak
  3. polski około-jazz
  4. Off Festival ex equo z Chłodna 25
  5. Kuba Ziołek

Top 5 polskich koncertów 2010, na które udało mi się dotrzeć:

  1. Cieślak i Księżniczki, 26 kwietnia 2010  (Powiększenie, Warszawa)
  2. Ścianka, 3 grudnia 2010 (Hydrozagadka, Re:wizje, Warszawa)
  3. Pink Freud, 7 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  4. Lenny Valentino, 6 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  5. Psychocukier, 26 lutego 2010 (Hydrozagadka, Warszawa)

Top 5 polskich klipów, których nie przegapiłem:

1. Ortega Cartel, „Lavorama”

2. Newest Zealand, „As Sure As Sunrise”

3. Karol Schwarz All Stars, „Simple Happy Song For Christmas”

4. Jazzpospolita, „Laszlo and Cousins”

5. donGURALesko, „Betonowe Lasy Mokną”

Top 5 największych muzycznych rozczarowań w dziedzinie muzyka polska:

  1. Igor Boxx: Breslau
  2. Tede (wszystko)
  3. polski hip-hop (ogólnie)
  4. Kim Nowak: Kim Nowak
  5. Paula i Karol: Overshare

Top 5 polskich artystów, na których płyty czekam w 2011:

  1. Ścianka
  2. Psychocukier
  3. Kobiety
  4. Iza Lach
  5. Kamp!

To już naprawdę koniec podsumowań. -Łukasz Halicki

Polska 2010: Płyty

To nie jest wcale tak, że poprzedni rok był słaby, ale żeby ująć to uczciwie 2010 zjadł 2009 już w przedbiegach. Przynajmniej w kategorii muzyka polska. Dużo się działo, dużo się wydawało, pojawiły się świetne nowe labele (My Shit In Your Coffee, U Know Me Records), bardzo aktywnie udzielali się też starzy gracze (Lado ABC, Mystic Records). Wydarzyły się ożywcze przetasowania w składach (Pink Freud, Pogodno), powroty dobrych kumpli (Mikołaj Bugajak) oraz kilka ciekawych debiutów (Tin Pan Alley, Wolfgang in a Truck). Także jest się czym cieszyć, bo od paru dobrych lat widać ciągły rozwój na naszym podwórku, nawet jeśli ciągle odbywa się to raczej w skali mikro i w większości przypadków niestety ciągle po kosztach. Nadal są rejony, w których dopiero wydarza się przecieranie szlaków, jak chociażby rejony IDMu w które w tym roku zapuścił się Teilete czy indie-folk w wydaniu Pauli i Karola, jednak wreszcie mamy do czynienia z praktycznie pełnym spektrum dźwięków w wydaniu polskim. W odwrocie po bardzo dobrym roku 2009 są hip-hopowcy, za to w natarciu nasi jazzmani, którzy śmiało poszerzają granice gatunku, tworząc coś na miarę naszego sztandarowego produktu eksportowego. Także był to bez wątpienia znakomity rok dla polskiej muzyki, a patrząc na premiery zbliżające się w tym roku, z których wystarczy nadmienić chociażby takich pewniaków jak Ścianka, Psychocukier i Kobiety, może być jeszcze lepiej.

Co do samego podsumowania – w tym roku, po paru głębszych przemyśleniach postanowiliśmy na alfabetyczną listę naszych faworytów, bez miejsc, bez odnoszenia się co od czego lepsze. Żeby nie wyglądało to na ranking popularności, a po prostu listę rekomendacji, tego co wyryło największe ślady w naszych zblazowanych mózgach. 13 pozycji, bo tyle wydaje się być rozsądną liczbą, by zmieścić to co najlepsze. Kompilowali tradycyjnie Łukasz Halicki oraz Emil Macherzyński, zaś dobrym słowem wsparł Dawid Bartkowski. Sobie życzę więcej czasu na pisanie, a wam żeby się chciało czytać. Finito, oficjalnie zamykamy 2010. -Łukasz Halicki

B Szczęsny: Beyond Midnight
[Brennnessel, 2010]

Szukając czegoś o Szczęsnym na samym początku znajomości natrafiłem na jakimś forum na jego posty konsultujące brzmienie któregoś kawałka. Dowiedziałem się tam, że komuś nie pasowały talerze, a sam B tłumaczył, że stare struny w basie miał. Nie pamiętam już co ci wszyscy znawcy i profesorowie mu odpisali (bo wszyscy się oczywiście znają i są zajebiści we wszystkim i to nie ich wina że nic nigdy nie jest takie znowu zajebiste mimo, że wszyscy znają się na wszystkim i są zajebiści), ale ogółem to chciałem wyjść do tego, że niepotrzebnie zgłaszał bohater naszego wpisu jakieś wątpliwości. EP-ka jest git. -Emil Macherzyński

Cieślak i Księżniczki: Cieślak i Księżniczki
[My Shit In Your Coffee, 2010]

Koncerty Cieślaka i Księżniczek są jeszcze lepsze niż płyta. Uwierzcie mi, byłem w tym roku na trzech i żałuję, że nie miałem szans na więcej. To jest ten rodzaj muzyki, który smyra tego mojego głęboko skrytego wewnętrznego dobrego duszka. Przyznaję się – były ciarki, były emocje, chcę więcej. Oszalałem na starość, tak dobra jest ta płyta. Trochę piosenkowa, trochę zwiewna, odrobinę uciekająca w stronę rozmytych improwizacji, ale zdecydowanie trzyma się w ryzach obranej ścieżki. Cieślak wraz z księżniczkami niby nie nagrali niczego przełomowego, nie porwali się na dziwne innowacje w krainie akustycznego grania, a mimo to bez problemów podbili to terytorium. Podczas gdy inni wykonawcy najczęściej ocierali się o banał lub co najwyżej symulowali emocje, oni naprawdę docierają tam gdzie taka muzyka powinna. Także wybaczam tą nieustannie przekładaną premierę i niecierpliwie czekam na więcej. -Łukasz Halicki

Ed Wood: Anal Animal
[Lado ABC, 2010]

Dzikie gitarowe harce wspierane nie mniej zwierzęcą perkusją i dzikimi skowytami wokalu. Haaałas. Zjawiskowa okładka, szaleństwo oraz piękne, poetyckie tytuły piosenek. Bezkompromis. Słowa, które nie istnieją, dźwięki których inni się boją. Jazda bez trzymanki, prawdziwy rockowy pazur, a chłopaki dają czadu. Czujecie w ogóle czerstwość tych stwierdzeń? Ale to wszystko prawda. Barbarzyński, bestialski, brutalny, dziki, gwałtowny, nieludzki, okrutny, zwierzęcy noise rock. Wszystko z jednego wpisu w słowniku synonimów, a przecież każde słowo pasuje tutaj jak ulał. Zwariowana, radykalna odnoga rocka, którą misjonarze katoliccy od wieków próbują wyplenić z Ziemii. Brzmienie pozornie milionów garażowych kapel, ale błyskotliwość, odwaga i talent godne panteonu gatunku. W ogóle recenzje, co za durny pomysł. -Łukasz Halicki

Jazzpospolita: Almost Splendid
[Ampersand Records, 2010]

W szerszym rozpoznaniu (czytaj – na albumie) Jazzpospolita jawi się zdecydowanie bardziej ansamblem postrockowym niż stworem jazzowym sensu stricte. I to jest super, naprawdę, żyć ze świadomością zespołu podróżującego po świecie Tortoise czy Jaga Jazzist z taką swobodą, i to na wyciągnięcie ręki. Powoduje to jednak u mnie dosyć smutną konkluzję, że musieli się wziąć za to ludzie z jazzowymi korzeniami, bo dla reszty kraju to w dalszym ciągu oznacza granie arpedżia na głębokim delayu (vide sympatyczne strasznie New Century Classics, które lubię bardzo i nie jest to zarzut). W każdym razie, tytuł jest może i trochę cyniczno-proroczy, ale w końcu raptem ‚slightly short of or not quite accomplished’, także don’t sweat it, zespole. Będzie lepiej. -Emil Macherzyński

Kixnare: Digital Garden
[U Know Me Records, 2010]

No właśnie Noon wychodzi, wchodzi Kixnare i jest już jakby ciekawiej, choć też nie da się wyciągnąć zbyt jasnej paraleli pomiędzy dwoma producentami. W ogóle Łukasz chyba dał mi te płyty do opisów za kare, bo „nie mam jeszcze wszystkich potrzebnych danych” czy jak to szło. W każdym razie, poziom światowy, Prefuse 73, te sprawy. Ambientowo rozlane tła, pocięte wokale i wyraziste rytmy. Chciałbym wprawdzie, by wszyscy producenci tego typu olali eksponowanie rytmiki i skupili się właśnie na tych znacznie fajniejszych samplach-ornamentach, ale nie można mieć wszystkiego, a Digital Garden i tak naprawdę robi wrażenie już jakie jest. I ta okładka – wow! -Emil Macherzyński

Levity Trio: Chopin Shuffle
[Universal, 2010]

W zeszłym roku nawet Kalwi i Remi wzięli na warsztat Chopina. Wiecie, jak się nałoży na ten cały fortepian „dobry” bit, to mamy prawdziwy klubowy banger. Na szczęście, oprócz całej masy podobnych hołdów, mieliśmy również do czynienia z bardziej ambitnymi próbami zmierzenia się z dziełami Chopina. I nie ma co ukrywać, że dwupłytowe Chopin Shuffle jest najlepszym dowodem na to, że da się to zrobić ambitnie, a zarazem skutecznie unikając zbyt głębokiej ingerencji w materię wyjściową, jak również zbyt oczywistego inspirowania się. Wspólnie z Toshinori Kondo muzycy Levity wzięli na warsztat cykl 24 preludiów op. 28 Chopina i potraktowali je z należytym szacunkiem, nie bojąc się przy tym bardziej śmiałych wycieczek w nieznane. Efekt finalny to fantastyczny kolaż całej masy znakomitych pomysłów, gdzie jazzowe spektrum dźwięków okazuje się być jedynie punktem wyjściowym w kierunku rocka, popu, a nawet odrobiny elektroniki. Wszystko oczywiście z zacięciem klasycznym, ale warto podkreślić, że twórczości Chopina bywają tu chwilami zaledwie strzępki, które nawet w takich momentach doskonale współgrając z tym, co proponują nam muzycy Levity. Brawa za odwagę, inwencję, nieszablonowość i „Take Me To The Woods”. Klasa sama w sobie. -Łukasz Halicki

Mikołaj Bugajak: Strange Sounds And Inconceivable Deeds
[Nowe Nagrania, 2010]

Muzyka, która bardziej brzmi niż gra to u nas naprawdę rzadkość w tym świecie kompresji i Fruity Loops. Dlatego choć zarzuty o brak substancji (bez skojarzeń) uważam za całkiem słuszne, to w sumie co z tego? Słucha się świetnie i brzmi naprawdę wspaniale, a akordy to ja sobie mogę poanalizować w „Deacon Blues”. Post-Noon to naprawdę ciekawa postać i mam nadzieję, że kolejne wydawnictwa nie przyjdą za kolejne kilka lat. -Emil Macherzyński

Paula i Karol: Goodnight Warsaw (EP)
[self-released, 2010]

Overshare to świetna płyta, bez wątpienia godna uwagi, jednak to Goodnight Warsaw sprawia wrażenie muzyki bliższej słuchaczowi. Wszystko rozchodzi się o brzmienie – podczas gdy ta EP-ka cieszy swym nieco chałupniczym zacięciem, właściwy debiut Pauli i Karola ze swoją bardziej wymuskaną produkcję traci odrobinę ze swej nieco pretensjonalnej (w pozytywnym sensie!) intymności. Cymbałki nie brzmią już jak te, na których grał kolega z ławki na lekcji muzyki, a sami muzycy ze swoją niesłychaną radością i optymizmem są jakby parę centymetrów dalej. Różnice minimalne, jednak to odrobinę amatorska wersja „Mothers Stew” z Goodnight Warsaw obdarowuje większym rogalem, a utwór tytułowy w wydaniu Casiotone wprost niszczy wersję albumową. Nie mówiąc już o doprawdy fenomenalnym „5, 6, 7, 8”, którego na Overshare najbardziej mi brakuje. Czyżby wygrała pierwsza miłość? -Łukasz Halicki

Pink Freud: Monster of Jazz
[Universal, 2010]

Prochu faktycznie nie wymyślili, ale wreszcie nagrali płytę na miarę swoich możliwości, które patrząc na ich świetne koncerty, są zupełnie nie byle jakie. Skutkiem tego było, że do tej pory za ich najlepszy album było można uznawać koncertówkę, na szczęście wraz z nadejściem potwora to już nie jest aktualne. Ślizgając się gdzieś pomiędzy dobrze już wytrenowanym krzyżowaniu gatunków („Goz Quarter”), odrobiną szaleństwa („Warsaw”), filmowymi tematami („Polański”) oraz klasycznie melancholijnym jazzem („Red Eyes, Blue Sea And Sand”), wreszcie osiągają to co było w ich zasięgu od bardzo dawna. Na Monster of Jazz tradycja nie jest zbyt tradycyjna, a wariactwa nie są zbyt wariackie. Zarówno szacunek dla materii, którą operują, jak i dobrze znane w ich wykonaniu ciągoty do rozsadzania granic gatunku, zostały na tym albumie idealnie wyważone, przez co czuć, że mamy do czynienia z zespołem dojrzałym, któremu dawno udało się wypracować swój własny styl i w końcu skwitował to zestawem 12 genialnych kompozycji umieszczonych na jednej płycie. -Łukasz Halicki

Pogodno: Wasza Wspaniałość
[Mystic Records, 2010]

W kraju gdzie śpiewanie w rodzimym języku stało się passe, Budyń jako jedyny w tym podsumowaniu okazuje się być prawdziwym Polakiem i dalej twardo nawija po polsku. Prawdopodobniej robi to też najskładniej w swojej karierze, co wcale oczywiście nie oznacza zwiększenia przystępności jego tekstów. Bo tak naprawdę, pomimo zmian w składzie zespołu, mamy ciągle do czynienia z dawno już wypracowaną przez Pogodno formułą dziwacznego rock’n’rolla z ciągotami w kierunku psychodelii, jednak wreszcie udało się im nagrać spójny i bardzo konkretny album. Z przymrużeniem oka, chwilami absurdalnie czy wręcz kuriozalnie, Budyń snuje wcale niegłupie opowieści o relacjach międzyludzkich, przez co Wasza Wspaniałość po uważnym wsłuchaniu się, staje się albumem z drugim dnem, który zdecydowanie intryguje i ciekawi. Ja rozumiem, że nie są to klimaty dla każdego, ale warto spróbować, chociażby po to by się przekonać, że po polsku też jeszcze można. -Łukasz Halicki

Tin Pan Alley: Palm Waves. Figures for Chants, Quotes & Noise Burst
[Gingerbread Records, 2010]

Kuba Ziołek okazał się w tym roku bardzo aktywną postacią i udało mu się wydać dwie znakomite płyty, a ponoć jeszcze więcej nagrać. Tin Pan Alley to ten bardziej przystępny fragment jego twórczości, choć i tak chyba tego w radiu nie grają. Błyskotliwie zawadiackie gitarowe granie inspirowane indie esencją lat 90-tych. Tak powinno brzmieć ich hasło reklamowe, gdyby sprzedawali tą płytę w supermarketach. Dobre piosenki i hałas z melodiami nie są niestety ulubioną pożywką Polaków, w związku z czym Tin Pan Alley skazani są na niezależny byt lub niebyt, gdzie niestety brakuje chętnego na wydanie ich drugiego krążka, a o Palm Waves mało kto wspomina w jakimkolwiek podsumowaniu. Trochę szkoda, bo te 8 utworów, wśród których szczególnie wypada wyróżnić fenomenalne „The Playground”, konkretnie miecie i żal by było gdyby za parę lat ten album stał się deep undergroundowym wydawnictwem, o którym pamięta jakieś 5 osób. Ja im tego na pewno nie zapomnę. -Łukasz Halicki

Teielte: Homeworkz
[U Know Me Records, 2010]

Moje rodzinne miasto – Płock – nie jest urodzajem dobrej muzyki wszelakiego gatunku. Ni stąd, ni zowąd pojawia się nagle koleś, którego debiutancki album mocno miesza w głowach słuchaczy i recenzentów. Zrobił rzecz, której w naszym kraju jest jak na lekarstwo. Zrobił także rzecz, która jest na poziomie „zagranicznym”, czyli coś, co wcale nie taką normalką u nas. Żeby postawić obecne brzmienie Teielte z takim Flying Lotusem, jest jeszcze za wcześnie, ale spokojnie możemy powiedzieć o inspiracjach płynących z piwnic Los Angeles i większości WARPu. Troszkę od Ninja Tune, Nosaj Thinga i mamy własne Homeworkz . Na sam koniec chwała dla UKnowMe za to, że zdecydowali się debiutować razem z Teielte. Odważne to było, ale jak pokazuje czas – warto. -Dawid Bartkowski

Wolfgang in a Truck: Wolfgang in a Truck
[Cindie, 2010]

To znaczy ja w ogóle chyba nie powinienem nic pisać o nich skoro wódke piłem i w ogóle, ale fakt pozostaje faktem, że trochę nie docenia się u nas tego sprawnego kwintetu. Wprawdzie nie udało się jeszcze chłopakom przetransportować CAŁEJ genialności ich połączenia 80s post-punku z psychodelą i czym tam jeszcze, ale to są brzegi pod papier ścierny. Fakt pozostaje faktem, że kiedy cała Polska Młodzież dzieli się na niedobitki po indie 2.0 i Brennnessel, oni biorą sobie Medium Medium i ubierają w popowe melodie. I to jest, kurde, super, wiecie? -Emil Macherzyński

Paula i Karol: Goodnight Warsaw (EP)

Paula i Karol: Goodnight Warsaw (EP)
[self-released, 2010]
Ocena: 4+/6

Karol i Paula są pretensjonalnie fajni i bez wątpienia budzą sympatię. Proste, nieco naiwne teksty, do tego lekka i przystępna oprawa muzyczna. Niby jawne kopiowanie pomysłów z okolic folku w rozumieniu indie, dodatkowo ubarwionego plamkami zwiewnego popu, ale mimo tych amerykańskich skojarzeń ciągle bardzo polscy. Spontaniczni, radośni, funkcjonując zupełnie gdzieś tam poza obiegiem, sprawiają wrażenie naprawdę autentycznych. Chyba właśnie dzięki temu Goodnight Warsaw (EP), pomimo całej swej powtarzalności, tak czaruje.

Przy całych ambitnych zamiarach twórców, na poziomie łatwości przyswajania oraz przystępności niczego tej EP-ce nie brakuje, wystarczy chociażby rzucić uchem na „Mother’s Stew” czy utwór tytułowy. Z pozoru proste pioseneczki, są dodatkowo całkiem zgrabną próbą uchwycenia Warszawy, młodości i kto wie czego jeszcze. Odrobinę banalnie i cukierkowo, ale taki był chyba zamiar. Zresztą cała ta nieco chałupnicza prostota i naturalność wydają się być największymi atutami zespołu, zarówno na poziomie muzyki i słów, jak i całej otoczki wokół (spontaniczne koncerty w warszawskich mieszkaniach itp.). I tak sobię myślę, że dawno nie miałem do czynienia z albumem, który przy całej swojej prostolinijności, tak udanie broniłby się w sensie czysto artystycznym. Warto mieć, a zobaczyć ponoć również. -Łukasz Halicki

http://www.myspace.com/paulaikarol