100 tysięcy!

Przed chwilą licznik odwiedzin poliszmnie przekroczył magiczną barierę 100 tysięcy wejść, więc wypada to uznać za dobrą okazję do podsumowania. Bo szczerze mówiąc zupełnie zapomniałem o pierwszych urodzinach polisz, potem o drugich, a do trzecich jeszcze trochę pozostało. Chociaż generalnie to nie wiem czy jest co świętować, ale w sumie czemu nie? Nigdy nie spodziewałem się, że uda mi się wytrwać tyle czasu i będzie z tego tyle frajdy. Owszem, bywają przestoje, czasami naprawdę długie (patrz druga połówka zeszłego roku), lecz to wcale nie oznacza, że interes się zwija lub Halicki jest w depresji. Raczej mam wtedy dużo pracy w prawdziwym życiu. Mimo wszystko ciągle mam zaskakująco dużo zapału do pisania, pare pomysłów do zrealizowania i mnóstwo dobrej polskiej muzyki do wypromowania. Właściwie nie wiem czy to dobre słowo, ale ciągle mam nadzieję, że choć trochę pomagam. Taki przynajmniej był, jest i będzie cel tego bloga.

Generalnie robię to na boku, trochę jako hobby, a trochę wierząc w to, że wspieram polskich wykonawców. Dlatego też przeważają recenzje dobrych płyt, bo na te słabe szkoda mi czasu, a również preferuję chwalenie, niż „rzetelne” dziennikarstwo. I tego mam zamiar się trzymać. Słaby jestem w podsumowaniach, więc dziękuję wszystkim za odwiedziny, dzięki Emil i Dawid za okazyjną pomoc, żonie za okazyjne poprawki interpunkcyjne oraz wszystkim wytwórniom i artystom, którym chciało się wysłać dla mnie płyty. Sobie i wam życzę mnóstwa dobrej polskiej muzyki, chociaż obecnie wypadałoby powiedzieć już „jeszcze więcej”.

Na zakończenie pare mniej lub bardziej ciekawych liczb i statystyk:

  • Do tej pory ukazało się 138 wpisów z czego 110 regularnych recenzji
  • 274 komentarzy ogólnie
  • W tym roku średnio 111 czytelników dziennie, ciągle rośnie
  • Najwięcej odwiedzających w styczniu 2011 (5621), najmniej w październiku 2010 (1898)
  • Najchętniej czytany wpis: Kamp!, „Breaking a Ghost’s Heart” (chociaż większość osób czyta ze strony głównej, więc chyba to nie jest do końca wiarygodna statystyka)
  • Najchętniej komentowany wpis: Pezet: Muzyka Emocjonalna, a na podium jeszcze BiPolar Bears i Sofa. Czyli oburzeni fani w natarciu.
  • Najczęściej wejściami obdarowali mnie facebook (3170 razy) oraz Dawid i jego raporthh (2923 razy)
  • A sami najczęściej klikaliście do Bartka Chacińskiego (860 razy!)
  • Najaktywniejsza pora dnia: 22:00

Raz jeszcze wielkie dzięki tym wszystkim którzy wspierają poliszmnie i mniej lub bardziej regularnie tu zaglądają. Przypominając już do znudzenia – kupujcie polski płyty i chodźcie na polskie koncerty! -Łukasz Halicki

Polska 2010: Post Scriptum – 5 x Top5

Top 5 polskich „bohaterów” roku 2010:

  1. Lado ABC
  2. Maciej Cieślak
  3. polski około-jazz
  4. Off Festival ex equo z Chłodna 25
  5. Kuba Ziołek

Top 5 polskich koncertów 2010, na które udało mi się dotrzeć:

  1. Cieślak i Księżniczki, 26 kwietnia 2010  (Powiększenie, Warszawa)
  2. Ścianka, 3 grudnia 2010 (Hydrozagadka, Re:wizje, Warszawa)
  3. Pink Freud, 7 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  4. Lenny Valentino, 6 sierpnia 2010 (Off Festival, Katowice)
  5. Psychocukier, 26 lutego 2010 (Hydrozagadka, Warszawa)

Top 5 polskich klipów, których nie przegapiłem:

1. Ortega Cartel, „Lavorama”

2. Newest Zealand, „As Sure As Sunrise”

3. Karol Schwarz All Stars, „Simple Happy Song For Christmas”

4. Jazzpospolita, „Laszlo and Cousins”

5. donGURALesko, „Betonowe Lasy Mokną”

Top 5 największych muzycznych rozczarowań w dziedzinie muzyka polska:

  1. Igor Boxx: Breslau
  2. Tede (wszystko)
  3. polski hip-hop (ogólnie)
  4. Kim Nowak: Kim Nowak
  5. Paula i Karol: Overshare

Top 5 polskich artystów, na których płyty czekam w 2011:

  1. Ścianka
  2. Psychocukier
  3. Kobiety
  4. Iza Lach
  5. Kamp!

To już naprawdę koniec podsumowań. -Łukasz Halicki

Top 33 polskich płyt 00s: miejsca 1-11

11. Skalpel: Skalpel
[Ninja Tune, 2003]

EP-ka była fajna (widzieliśmy się dwie pozycje wyżej), ale to właściwy debiut chłopaków ze Skalpela przyniósł im fejm i zasłużony respekt. Co prawda Paszport Polityki przydarzył im się dopiero w 2005, jednak Igorowi Pudło i Marcinowi Cichemu udało się szerzej zaistniej już na wysokości roku 2003, kiedy to właśnie ukazał się ich właściwy debiut. Wybili się w dużej mierze za sprawą wydawania dla „kultowej” wytwórni Ninja Tune, ale umówmy się, tak sprawnego i przystępnego oblicza nu-jazzu świat do tej pory nie znał i to również zadecydowało o ich sukcesie. Skalpel nie jest płytą z wielkimi ambicjami, a o jego wartości decyduje przede wszystkim świetne wyczucie chłopaków oraz niespotykana lekkość w sklejaniu dźwięków. Bo jazz to nie jest łatwa materia, a oni pokazali, że można niebanalnie, z klasą i przede wszystkim przystępnie zaserwować to co niełatwe. Najważniejsze jednak, że zamiast bawić się w instrumentalny hip-hop czy uciekać w rejony głębokiego przetwarzania dźwięków stworzyli swój własny jazz, „sound sculptured in space”. -Łukasz Halicki

10. Jazzpospolita: Jazzpospolita
[self-released, 2009]

Unikałem zawsze pisania o JP głównie dlatego, że nie mam absolutnie nic o niej do powiedzenia. Nie wiem w sumie dlaczego, bo uważam ją za absolutnie szczytową muzycznie jak na nasze warunki. Mógłbym rzucić takimi nazwami jak Tortoise i Jaga Jazzist, bo się kojarzą, ale serio, komu coś to w sumie potrzebne? Czekam na płytę, może wtedy coś wymyślę. -Emil Macherzyński

09. The Car Is On Fire: Lake & Flames
[EMI Music Polandl, 2006]

Lake & Flames jest chyba ostatnią płytą w moim w życiu po którą poleciałem do sklepu już w dniu premiery. Debiut faktycznie miótł i zapowiadał wielkość, jednak stała się ona faktem dopiero na drugim albumie TCIOF. I wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że tak będzie. Album ślicznie dopieszczony przez Biolika i zespół,  zupełnie zaskoczył jakością dźwięku, raz że niespotykaną na krajowym podwórku (polska płyta roku magazynu Audio!), dwa, będącą kompletną ucieczką od surowego brzmienia debiutu. W kategorii jakości kompozycji chłopaki również zaliczyli niesłychany progres. „Parker Posey”, „Such A Lovely”, „Neyorkewr”, „Oh, Joe”, „What Life’s All About”, „Love”, błagam, nie każcie mi wymieniać więcej. Bogactwo, chwytliwość i niesłychana lekkość Lake & Flames powinny służyć za modelowy przykład jak powinno brzmieć granie na styku rocka i popu. Gdyby tylko nie przesadzili z ilością utworów (syndrom Ostrego?) byłoby naprawdę słitaśnie. Choć i tak ich kocham bezgranicznie. Nawet po tym jak wywali Borysa. -Łukasz Halicki

08. Braty Z Rakemna: Fusy Precz!
[Hajle Silesia, 2004]

Dobrze wykorzystajmy najlepszy czas antenowy, postanowiłem puścić w świat wielce radosną wieść znalezioną na oficjalnej stronie Bratów:

„Z całą pewnością zagramy pierwszy po pięciu latach koncert. 2 maja w Gryfinie, w kameralnym pubie „U Suszka” przerwiemy spekulacje odnośnie naszego status quo. Ilość miejsc ograniczona, wstęp wolny. Oryginalny skład, premierowy materiał.Następnie 1 czerwca rozpoczynamy nagrania drugiej płyty, w Warszawie, w studio kierowanym przez Maćka Cieślaka z zespołu Ścianka. Trzymajcie kciuki, albo wystawione środkowe palce.Z pewnością zagramy również 11 lipca, na imprezie dla wszystkich miłośników dwóch kółek i ich lekko ekstremalnego wydania. Impreza odbędzie się tradycyjnie na terenie ośrodka wypoczynkowego „Pod Muszlami” nad jeziorem Wirów/k. Gryfina. http://jazzbike.plA co potem? To się okaże, ale … wracamy.”

Fajnie, nieprawdaż? Dla przypomnienia skali zjawiska jedna z najlepszych linii basu ostatnich 10 lat do kliknięcia tutaj. No i jeszcze ta końcówka! -Łukasz Halicki

07. Muchy: Terroromans
[Polskie Radio, 2007]

O Muchach i Terroromansie napisano wiele, można wręcz odnieść, że zbyt wiele. Jedni ogłaszali fenomen, inni marudzili, że hype i kółko wzajemnej adoracji. Jak to w życiu bywa i jedni i drudzy mieli rację. Bo moda na muchę wytworzyła się sporo przed debiutem za sprawą dema Galanteria oraz EP-ki Terroromans, które jakby nie patrzeć było promowane przez ciągle się rozrastający krąg bliższych i dalszych znajomych zespołu. I o ile te same osoby obwieszczały później światu wielkość debiutu Much, tak dołączyła do nich cała masa różnej maści recenzentów spoza sfery podejrzeń oraz co ważniejsze, zwyczajni słuchacze, co już sugerowało, że faktycznie coś jest na rzeczy. Muchy są być może pierwszym polskim zespołem, który tak skutecznie i efektownie połączył tradycje polskiego rocka lat 80-tych z ideami błyskotliwego indie-popu, który z kolei należy uznać za wymysł minionej dekady. Dorzucili do tego świetne teksty i oto powstały „Najważniejszy Dzień”, „Miasto Doznań”, „Zapach Wrzątku” – dla wielu dzisiaj już niemal hymny, a dla większości świetne, przebojowe, niebanalne piosenki. Bzzzzzzzzz. Bez odbioru. -Łukasz Halicki

06. Cool Kids Of Death: Cool Kids Of Death
[Sissy Records, 2002]

W 2006 roku CKOD zagrało koncert z jakiejś okazji przy nowej wtedy Manufakturze. Dialog Czterech Kultur (rip), coś w ten deseń. Supportowali ich ci okropnie groteskowi Niemcy z Mediengruppe Telekomander. CKOD grał typowy dla siebie set z 90% debiutu, po jednym kawałku z innych płyt (przesadzam, ale nie bardzo), nabijając się z ochrony i organizatorów. W którymś momencie ochroniarze byli już mocno wnerwieni i weszli na scenę, zaczęła się jakaś słowno-fizyczna przepychanka, ostatecznie organizatorzy kazali odciąć ich od nagłośnienia głównego. CKOD zareagowało na to w najlepszym stylu, grając genialną, zwierzęco wściekłą wersję „I Wanna Be Your Dog” tylko na odsłuchach. To był moment, w którym byłem z nich dumny, byłem dumny, że są z Łodzi, że ja jestem z Łodzi i że mają taką bezczelną energię. To był ich najlepszy moment od 2002, kiedy kupiłem sobie s/t i poczułem dokładnie to samo. -Emil Macherzyński

05. Kobiety: Kobiety
[Biodro Records, 2000]

Jedna z najważniejszych kapel na mapie Trójmiasta, a tym samym kraju. Do tego, bez dwóch zdań mój ulubiony niezawodny polski zespół. To, że nie ma w tym podsumowaniu Pozwól SobieAmnestii to tylko kolejny z wielu żydowskich spisków tego świata (uwaga, żart). Popowi na swój własny alternatywny sposób, jednak z wyraźnym odchyłem w kierunku hałasowania w stylu Sonic Youth (szczególnie koncertowo). Debiut zdecydowanie najlepszy w całej dyskografii – bo hit-singiel „Marcello”,  bo „subtelne” szarpanie strun „Z Mieszkania Nade Mną”, obłąkańcze powtarzanie kolejnych fraz, a przede wszystkim ze względu na fakt, że najbardziej surowy i spójny. Nawrocki z resztą zespołu idealnie wypośrodkował na debiucie Kobiet surrealizm tekstów, gitarowy zamęt oraz „popowość” kolejnych utworów. I chyba generalnie chodzi o to, że na Kobietach udało się to najlepiej. Także warto dowiedzieć się skąd wyłażą im czarne smoki. Chociażby z czystej ciekawości. -Łukasz Halicki

04. Pezet-Noon: Muzyka Poważna
[Embargo Nagrania, 2004]

Hypnagogiczny rap. Na długo zanim ktoś w Wire bodajże uknuł termin hypnagogic cośtam. Podkłady Noona mogłyby się ścigać z moim ulubionym, ezoterycznym Boards Of Canada. A i Pezet mimo, że w sumie mówi do nas językiem prostych rymów, absolutnie wywiązuje się ze swojego zadania. Nie chcę się bawić w cytaty, bo to w sumie jedna z niewielu polskich płyt hip-hopowych, które po prostu wchodzą mi w całości, jako praktycznie luźny koncept album. Nawet jak klimat przełamywany jest niekonsekwentnymi zabawowymi kawałkami/skitami czy antypiracka agitką. Acz, to ostatnie, warto zauważyć, jest sto razy lepsze i fajniejsze niż jakieś Hołdysowe „okradasz mnie i moją rodzinę” czy Kazikowe „jeby i faki”. Świetny, refleksyjny album. -Emil Macherzyński

03. Ścianka: Dni Wiatru
[Sissy Records, 2001]

Nie lubię pisać o swoich ulubionych płytach. Czuję się trochę jakbym miał dyskutować jakieś totalnie osobiste rzeczy, jak Mark Prindle robił z rozpadem swojego małżeństwa na Facebooku. No dramat. Bo wiecie, dla mnie ta płyta jest w sumie idealna. Stanowi całość, ale co nieczęste przy muzyce stricte-eksperymentalnej każdy kawałek broni się na swoim. Coś jak zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Poza tym, przepięknie jest rozłożona dynamika, gdzie naprawdę dziwaczne i ekspresyjne kawałki (fenomenalne quasi słuchowiska „Piotrek” i „Spychacz”) poprzetykane są zwiewnymi, dosyć konwencjonalnymi kawałkami pop (w bardziej psychodelicznym ujęciu „Latający Pies” i najpiękniejsza kołysanka na świecie „The Iris Sleeps Under The Snow”). Czyli nie ma szans na bycie przytłoczonym, nawet, jeżeli na każde 15 minut klimatów poważniejszych przypada tego oddechu ze 180 sekund. Jest to album jedyny w swoim rodzaju tak jak jedyne w swoim rodzaju było Astigmatic Komedy, gdzie konwencjonalne zachodnie rozwiązania są przefiltrowane przez totalnie naszą wrażliwość. I jedyne co boli, to że bez znajomości rodzimego języka, płyta jest praktycznie bezużyteczna. Co jest zbrodnią, ale chyba tej bariery nie przeskoczy się nigdy.

O, widzicie? Nie potrafię. -Emil Macherzyński

02. Ścianka: Białe Wakacje
[Sissy Records, 2002]

Białe Wakacje wyżej niż Dni Wiatru?! OMG! Moi drodzy luje, nie istnieje prawda, położenie na liście nie ma większego znaczenia. Lipiec, powietrze, ławka w parku północnym w Sopocie po godzinie 23, sierpień w Łodzi. Oto wakacje Maćka Cieślaka. Pamiętam, że teledysk do utworu tytułowego śmigał na Vivie (wówczas jeszcze nie skażonej Darem, techno i polskim „popem”) niczym jeden z wielkich hiciorów sezonu. 22 października 2003 zaliczyłem koncert promujący Białe Wakacje. Szczerze mówiąc nie ogarnąłem sprawy, byłem zbyt młody, zbyt nieświadomy, głupi jednym słowem. Jednak płytę kupiłem. Nie istniejący już sklep Bemol na ulicy Nowy Świat w Białymstoku. Jedna z moich pierwszych płyt, przeskok technologiczny dla ówczesnego miłośnika kaset. Genialność i unikatowość zjawiska jakim jest Ścianka dotarła do mnie już wtedy, jednak wydaje mi się, że dopiero teraz jestem w stanie w pełni świadomie przetworzyć Białe Wakacje. Album w środkach wyrazu zdecydowanie bardziej oczywisty niż Dni Wiatru, chwilami bardzo piosenkowy, jednak cały czas chwalący wielkość hałasujących gitar. Jedyny rodzime gitarowe wydawnictwo, które jest zarazem bardzo polskie i zupełnie inne od wszystkiego co powstało w naszym kraju. Wielkie ukłony, szacun, wspomnienia. Za same „Miasta I Nieba” oraz „Piosenkę Nr 2” jestem gotów bić pokłony. Wy też powinniście. -Łukasz Halicki

01. Lenny Valentino: Uwaga! Jedzie Tramwaj
[Sissy Records, 2001]

Pamiętam jak w 2001 roku w Machinie pisano o tej płycie, ze przebija Kid A/Amnesiac. He, no niekoniecznie. Ogółem zgodziłem się na napisanie tej notki wspólnie z Łukaszem by posłużyła za jakąś łyżkę dziegciu, ale tak szczerze mówiąc, cieszę się, że ta płyta istnieje. Pozwoliła mi odkryć The Auteurs i pokazała, że pod kopułą gromu zwaną też głową Artura Rojka czai się wrażliwy, introspektywny artysta. Wprawdzie znając wersje demo wydane jako Cyrk ciężko nie zauważyć, że około 90% dobroci na tej płycie to aranżerski majstersztyk Ścianki, ale wtedy tego nie wiedziałem. Epicentrum albumu stanowi dla mnie i zawsze stanowił utwór tytułowy. Jego niesamowita, zrozpaczona ospałość chwyta strasznie. Charakterystyczne dla tekstów dziecięce abstrakcje („motyle cytrynki”) mają w nim chyba największą wymowność. „Uwaga, jedzie tramwaj / gdy jedzie ziemia się trzęsie / trzęsie się cały mój świat” – ostatnia linijka czyste ciarki. I to wydłużone outro, które mogłoby trwać w nieskończoność. Każde uderzenie perkusji wbija cię coraz mocniej w ziemię. Bardzo możliwe, że w Machinie dostali płytę z tylko ta piosenką. No, może tą i „Trującymi Kwiatami”, z hipnotycznie skaczącym werblem.

W sumie ktoś mocno dal ciała nie zauważając potencjału wydawnictwa i nie kosztując się na zagraniczną promocję, bo ten album aż skrzy od fenomenu Agaetis Byrjun. Oh well.

Tylko co tam robił Roman Waluś? -Emil Macherzyński

Rojek, Waluś, Cieślak, Lachowicz i Kowalczyk. Do końca życia będą funkcjonować w mojej głowie jako niedościgniony dream team polskiej alternatywy i muzyki w ogóle. Chciałbym postawić im pomnik, ale nie umiem. Moja ulubiona polska KASETA ever. Rozczulająco depresyjna, kiedyś trafiająca w emo nastolatka, dzisiaj wzór tego jak idealnie zgrać muzykę z słowem. Postuluję o umieszczenie w Sèvres. Muzyczny kosmos, do którego dotarło niewielu polskich muzyków. Zespół, który w kontekście dosyć szybkiego rozwiązania się, zaistniał dosłownie na chwilę, a jednak był w stanie stworzyć swój własny muzyczny język. Niewiele jest bowiem albumów, na których można odnaleźć tyle emocji i uczuć, które są nam po prostu zwyczajnie bliskie. Wszyscy wpadliśmy w sidła ckliwych historii z dzieciństwa śpiewanych przez Rojka i tych rzewnych aranżacji spod ręki Cieślaka. Tak więc mamy nasz narodowy skarb i w sumie cieszę się, że Uwaga! Jedzie Tramwaj nie wyfrunęło nigdy poza granice kraju. Oni by tego nie zrozumieli, bo to jest naprawdę nasze. -Łukasz Halicki

Top 33 polskich płyt 00s: miejsca 23-33

33. Kristen: Kristen
[Gustaff Records, 2000]

Wyrastający z inspiracją technicznie wymagającej sceny chicagowskiej debiut szczecińskiego wtedy-jeszcze-tria do dzisiaj robi wrażenie jako wczesne (jak na nasze warunki) aplikacja minimal-noise’owo-post-rockowych figur mających swoje korzenie w Television. Nigdy nie nowoczesny, kiepsko w sumie zrealizowany, świeży debiut. Bez egzaltacji. I choć są tacy, co lubią, to jak dla mnie freerockowe oblicze, późniejsze nieskromnie uważam za pogubienie się. Bo potencjał wskazywał możność opanowania rejonów nadal na naszym podwórku nieznanych, a to, że najbliżej tego zdaje się być nowy materiał Ścianki z Bielą pokazuje, że nieliczni są w stanie dojść do konsensusu w tej materii. -Emil Macherzyński

32. Pezet-Noon: Muzyka Klasyczna
[T1-Teraz, 2002]

W świadomości przeciętnego Polaka, który jako tako kojarzy Pezeta, rysuje się równanie Pezet = „Seniorita”. Tradycyjnie pozory mylą, a mama zawsze ma rację. Muzyka Klasyczna jest albumem, do którego „Seniorita” nie do końca pasuje, a jednocześnie idealnie wkomponowuje się w ideę wydawnictwa, które zdaje się celować zarówno w zwyczajnych ziomków, jak również bardziej ambitnych rap słuchaczy. To była ich pierwsza płyta, a oni już wyszli na czoło peletonu, by na drugiej płycie dosłownie zmiażdżyć wszystko inne co kiedykolwiek wydarzyło się w polskim hip-hopie. O tym jednak dalej, skupmy się na Klasycznej. Noon, wspomagany przez genialnego DJ Pandę, nieco niesłusznie pomijanego przy okazji każdego tekstu popełnianego w temacie Pezet-Noon, producent wybitny, w zupełnie nieoczywisty sposób łączący chwytliwość z artystycznym rozmachem („To Tylko Ja”). Do tego Pezet ze swym niesamowicie precyzyjnym flow oraz tekstami, chwilami nieco nietrafionymi, jednak już śmiało odznaczającymi się wyjątkową głębią obserwacji i niebanalnymi rozkminkami („Te Same Dni, Te Same Sny”). I może, to jeszcze nie jest TO, jednak dzieje się dużo, jest niesłychana chemia na linii producent – MC i przede wszystkim 14 znakomitych i różnorodnych utworów. Krótko ujmując – już klasyczni, ale jeszcze nie poważni. -Łukasz Halicki

31. Jurgen Kaczówka: Nawąchawszy (EP)
[nielegal, 2005]

Na początku chciałem zacytować sam siebie: „…serio, w tym hardkorze jest tyle bystrych i celnych obserwacji, że gdyby wyrapował to Pezet na podkładzie Noona, to wszyscy byśmy klękali i bili pokłony.”. W tym napisanym przeze mnie przy okazji przeglądu polskiego podziemia zdaniu (w tym miejscu przepraszam wszystkich wyczekujących drugiej części – jeśli chcecie wiedzieć co w niej powinno być, zapraszam na maila) kryje się cała istota zjawiska Kaczówki oraz Obrońców Hardkoru. Łapiąc odrobinę dystansu (dużą odrobinę) wprawne ucho jest w stanie wyłapać, że to są doprawdy błyskotliwie sklejone wersy, których prześmiewczość budzi zasłużony respekt. Podkłady śmieją się z hip-hopu, teksty szydzą ze wszystkiego, a amatorski posmak tego wyczynu czyni go jeszcze bardziej kultowym. Rzucając cytatami – prawdziwy strit benga, szczera nawijka i sama prawda o życiu onym. A te życie jak bolało, tak boli. -Łukasz Halicki

30. The Car Is On Fire: The Car Is On Fire
[EMI Music Poland, 2005]

Kocham ten album niegasnącą nastoletnią miłością. Kocham wyskrobany napis na basie Kuby, kotka na gitarze Jacka, wytrzeszcz Borysa, banana Krzysia. Bez cienia ironii. Nie, nigdy ich nie spotkałem. Daro też kocham, za całokształt. W każdym razie, ten album ma wszystko. Ikoniczną okładkę. Jest znaczący jak mało co, wydawniczo początkujący w Polandzie indie 2.0 (najciekawsze obok Sissy większe zjawisko dekady w sumie), czy twórcy by chcieli czy nie. Czarujące, prawdziwe, garażowe brzmienie. Trochę płaskie, bębny brzmią jakby się rozpadały z każda piosenką bardziej, gitary mają nieprzekonujące EQ, a wokalnie gdyby te melodie był choć deczko mniej ciekawie byłoby co najwyżej śmiesznie – ale działa. Wszystko jest na swoim miejscu. Reminiscencje gitarowych wybuchów D-Planu, melodyjny bas, perka zwierzak, w końcu nieustanna pogoń za zamknięciem w niespełna trzech minutach jakiejś takiej popowej perfekcji. W sumie studium napisania kawałka tak, by eksponować hook na tyle, by cię zeżarł, ale tez urwania go zanim zdąży się znudzić, ale też bez szkicowego obdarcia. Krótko mówiąc klasyczna historia z potrzebą wracania, którą zespół tutaj pielęgnuje z obsesyjnym perfekcjonizmem. Nie wiem jaki chłopcy mają stosunek do tego, czytałem gdzieś, że „demo”, że Lake & Flames, tralala. Nie ma co się oszukiwać. Ta miniówka naprawdę pasowała, kimkolwiek była laska. Nawet, jeżeli mój entuzjazm pokrywa się z faktyczną prawdą gdzieś w 70%. -Emil Macherzyński

29. Łona: Koniec Żartów
[Asfalt Records, 2001]

Jestem w stanie przybić pionę każdemu kto twierdzi, że Nic Dziwnego jest lepsze. Jednak gdy tak sobie patrzę na listę utworów debiutanckiego albumu Łony, nie mogę wyjść z podziwu ile tam się znajduje utworów, w stosunku do których słowa „kultowy” i „klasyczny” same cisną się na usta. „Helmut, rura!”, „Raperzy są niedobrzy”, „Fruźki wolą optymistów”, „Żadnych gości”, przepraszam Państwa, ale my się z tymi kawałkami znamy na pamięć. Sukces Koniec Żartów tak naprawdę tkwi głównie w tekstach – 19-letni Łona wrzucił na swój pierwszy album tyle świetnych linijek, że trudno sobie dzisiaj wyobrazić nasz rodzimy hip-hop bez nich. Niesamowita energia, niepowtarzalny i niesłychanie celny dowcip, do tego dar „bajarza”, uczyniły z Łoniaka prawdopodobnie najbardziej pozytywnego i błyskotliwego rapera w Polsce. Oczywiście są też podkłady, rzecz jasna autorstwa nieodłącznego kompana, Webbera. Może jeszcze trochę amatorskie, odrobinę archaicznie, ale najzwyczajniej w świecie cieszące swoją prostotą i niezaprzeczalnie klimatycznymi jazzowymi wpływami. I choć cały album może się dzisiaj wydawać taką trochę lekcją historii, nie zmienia to jednak faktu, że nic nie stracił ze swojej energii i humoru. -Łukasz Halicki

28. Ramona Rey: Ramona Rey 2
[Arana Records, 2009]

Jezu, znowu Ramona. Nic nie potrafię wnieść, więc zamiast tego 5 filmów z Archive.org, które musicie zobaczyć przed śmiercią. Dwa tak złe, że aż dobre. Jeden, którego nie widziałem jeszcze. Oraz dwa naprawdę świetne.

1. The Violent Years
Ten film nie ma sensu. Wszystko o Edzie Woodzie co się mówi w jego filmach raczej nie występuje, ale w tym jedynie przez niego napisanym stężenie absurdu przekracza dopuszczalne normy. Genre to ponoć sexploitation, więc tam wiecie, warto.

2. Manos: The Hands of Fate
W tym filmie wszystko jest źle. Nie, ale nie przesadzam. Montaż? Ha ha. Dialogi? Ha ha ha. Sensowność scenariusza? Trololololo. Jest naprawdę piękny. Polecam ogladać w wersji Mystery Science Theater 3000 jeżeli nie macie zabawnych znajomych (lub w ogóle ich nie macie).

3. Santa Claus Conquers the Martians
Sam tytuł. Nie mogę się doczekać. Przeżyjmy to razem!

4. Last Man on Earth
W ostatniej ekranizacji tej samej powieści główną rolę odegrał Will „do me a favour, write one verse without a curse” Smith. Ale to był zły film. Jak bardzo jest to wdzięczny obraz do filmowania niech pokaże wam ta pionierska ekranizacja z najlepszą chyba rolą Vincenta Price’a.

5. Carnival of Souls
Genialny, przerażający film. Bardziej thriller psychologiczny niż stricte horror, ale też bardziej grający na osaczeniu i niepokoju (soundtrack!) niż faktycznym straszeniu nagle wyłaniającymi się trupami zza drzwi. Bardziej Kafka i proto-Eraserheada niż cokolwiek z czym horrory kojarzone są, a mamy rok 1962. Moc. -Emil Macherzyński

27. Afro Kolektyw: Połącz Kropki
[Polskie Radio, 2008]

Afrojax to chyba jedyna w Polsce osoba potrafiąca tyle na siebie napierdalać. I w ogóle na wszystko. Wypadam przy nim jak Marcin Daniec. W każdym razie, Połącz Kropki o dziwo faktycznie było pójściem zespołu w stronę popowej konwencji i w przeciwieństwie do mocno przegadanych poprzednich płyt skupiamy się na piosenkowej dobroci. Bardzo miło z ich strony, naprawdę. -Emil Macherzyński

26. Something Like Elvis: Cigarette Smoke Phantom
[Post_Post Records, 2002]

Daleką drogę przeszli SLE zanim osiągnęli swój opus mieszając muzykę filmową, jazz fusion i post rock. Przez pierwsze dwie słowiańkorowe płyty torowali drogę Lao Che bardziej niż zdradzając jakieś oznaki napisania i nagrania albumu tak ładnego, lekkiego i wyczerpującego emocjonalnie. Atmosfera przytłacza. Szczególnie w dramatyzujących momentach instrumentalnych. Dla pełnego efektu polecam pochwycenie koncertu z Trójki z tego okresu, bo jednak ujarzmione w studiu kawałki nabierają wszystkich kolorów w wersji na żywo, a studio im. Agnieszki Osieckiej to wymarzone miejsce przecież. -Emil Macherzyński

25. Smarki Smark: Najebawszy (EP)
[nielegal, 2005]

Mało jest polskich płyt hip-hopowych, darzonych estymą przez WSZYSTKICH. Zgodzą się oni co do jakiś Skandali, Kinematografii i innych Pezetów z Noonami, ale to wszystko zebrane w kupę, blednie przy Najebawszy (EP). Łona już obwieszczał koniec żartów i skończyły się one w 2005 roku. Znakomite follow-upy, świetni goście, jeszcze lepsze historie. Wiecie, zebrało się wtedy trzech takich bossów i zaczęli siać ferment. Kixnare dający podkłady przywodzące na myśl wszystko co najlepsze w „tamtym” (czyt. lepszym) rapie, pięknie skreczujący i olśniewający doborem cutów Pysk oraz on – Smarki Smark, od 5 lat być może zasiadający na tronie polskiego rapu. I nawet patrząc przez pryzmat wszystkich dokonań „po-Najebawszy” nikt nie może mieć wątpliwości, że jest to ścisła czołówka polskiego hip-hopu. Punktów słabych zero, ale problem jest tylko jeden – taki album nagrywa się tylko raz. I zapewne już się nie uda. -Dawid Bartkowski

24. Łona: Nic Dziwnego
[Asfalt Records, 2004]

[Stereotyp]Mam okropnie ignorancki stosunek do hiphopu. Ale wychodzę z teorią, że to nie ja jego, ale on mnie nie lubi. Bo jednak nie rewolucyjne, wystarczające podkłady i przede wszystkim ŚWIETNE teksty, to naprawdę wystarczą. Serio, starałem się tak wiele razy, ale większość polskiego hip-hopu rapuje o polskim hip-hopie, albo mierzy sobie penisy. W każdym razie, absolutnie w tym albumie ujmuje mnie warstwa liryczna z momentarycznym zrywem samplerskiej i nagrywanej na żywo nośności. Obojętnie, czy jest to tanie filozofowanie („Nie Gadaj Tyle”), satyra na środowisko konsumpcji muzycznej („Rozmowy z Cutem”), pseudo-analiza społeczna („A dokąd to?”) czy nutka egzystencjalnego romantyzmu („Dobranoc / Do Ciebie Aniu Szłem”), wszystko przykuwa uwagę i nie zamęcza. Poza tym, dystans, autoironia i skłonność do humoryzowania sprawiają, że czujesz się jakbyś spotkał się z kumplem, a nie z… hip-hopowcem.[/Stereotyp] -Emil Macherzyński

23. Drivealone: The Letitout (EP)
[-, 2007]

Tagi: marazm, apatia, lo-fi, Muchy, Porcys

Potencjalne tematy do rozważań dla recenzentów-filozofów:
1. Czy The Letitout (EP) nie jest przypadkiem najciekawszą polską pozycją (ever) lokującą się w klimatach DIY indie z wczesnych lat 90-tych?
2. Dlaczego właściwy debiut Piotrka Maciejewskiego tak odstaje od tejże EP-ki?
3. Co ważniejsze – dobre kompozycje czy sposób ich zarejestrowania?
4. Czy polski artysta może być autentyczny śpiewając po angielsku?

A tak zupełnie na serio ciężko jest mi ująć istotę tego albumu. Maciejewskiemu udało się tutaj unikalnie w skali kraju, błyskotliwie i zupełnie niebanalnie, zbudować idealnie senny i melancholijny klimat, ubierając go jednocześnie w zupełnie niedzisiejsze szaty. Do tego wszystko zrobił zupełnie po swojemu, nie oglądając się na mody, trendy itp. The Letitout (EP) to dla mnie takie cwane skrzyżowanie idei singer/songwriter z całą plejadą mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do tradycji amerykańskiego undergroundu gitarowego. Zero polskości, bardzo światowo. Szkoda jedynie tylko tego, że to głębokie podziemie, gdzie docierają tylko nieliczni. W każdym razie tym, którzy się tam jeszcze nie zapuścili bardzo zalecam. -Łukasz Halicki

W powszechnej świadomości przeciętnego Polaka, który jako tako kojarzy Pezeta, rysuje się równanie Pezet = „Seniorita”. Tradycyjnie pozory mylą, a mama zawsze ma rację. Muzyka Klasyczna okazuje się być albumem, do którego „Seniorita” nie do końca pasuje, a jednocześnie idealnie wkomponowuje się w ideę wydawnictwa, które zdaje się celować zarówno w zwyczajnych ziomków, jak również bardziej ambitnych rap słuchaczy. To była ich pierwsza płyta, a oni już wyszli na czoło peletonu, by na drugiej płycie dosłownie zmiażdżyć wszystko inne co kiedykolwiek wydarzyło się w polskim hip-hopie. O tym jednak dalej, skupmy się na Klasycznej. Noon, wspomagany przez genialnego DJ Pandę, nieco niesłusznie pomijanego przy okazji każdego tekstu popełnianego w temacie Pezet-Noon, producent wybitny, w zupełnie nieoczywisty sposób łączący chwytliwość z artystycznym rozmachem („To Tylko Ja”). Do tego Pezet ze swym niesamowicie precyzyjnym flow oraz tekstami, chwilami nieco nietrafionymi, jednak już śmiało odznaczającymi się wyjątkową głębią obserwacji i niebanalnymi rozkminkami („Te Same Dni, Te Same Sny”). I może, to jeszcze nie jest TO, jednak dzieje się dużo, jest niesłychana chemia na linii producent – MC i przede wszystkim 14 znakomitych i różnorodnych utworów. Krótko ujmując – już klasyczni, ale jeszcze nie poważni. -Łukasz Halicki

Pezet: Muzyka Emocjonalna

pezet_muzyka_emocjonalnaPezet: Muzyka Emocjonalna
[Future Mind, 2009]
Ocena: 2/6

Nowy Pezio to nie jest zbyt udana sprawa. Zapowiadało się dobrze, a wyszło, yyy niedobrze. Nawet bardzo. Już Muzyka Rozrywkowa była dowodem, że z Pezetem dzieje się coś złego, chociaż tamten krążek nie był wcale taki zły, jak to się powszechnie utarło. Był po prostu inny niż wszyscy oczekiwali. Muzyka Emocjonalna miała być tym powrotem do błyskotliwych rozkmin podanych na prostych, ambitnych bitach. Niestety nie jest. Pezio postanowił bowiem potraktować ten album jako sposób na wyładowanie swoich frustracji i wszelkich negatywnych emocji, w związku z czym mało tu mądrości, a dużo męczącego emo o nieszczęśliwej miłości. Może, gdybym zerwał ze swoją lalą byłoby mi łatwiej i bym to łyknął. Lecz niestety, nie łapię. Z ubytkiem treści idzie w parze techniczna zniżka formy Pezeta. Jeden z najlepszych polskich raperów wrzeszczy, bawi się w szkolne recytacje wierszyków i generalnie rymuje, jakby go do tego zmuszono. Owszem, sporo w tym tych całych tytułowych emocji, ale nie usprawiedliwia to w żaden sposób słabego rapu. Stan ten idealnie odzwierciedla nieustannie powtarzane w „Światła zgasły” stwierdzenie „nie chce mi się”. Wydaje się, że faktycznie mu się nie chciało.

Tej płyty nie ratują nawet bity. Kojarzony do tej pory głównie z Eldo i Grammatikiem Zjawin, owszem dopasowuje się do silnie nacechowanego emocjonalnie tonu krążka, ale wszystko jedzie na jedno kopyto, a podkłady sponsoruje gitara i nijakość. W materii muzycznej najlepiej prezentuje się otwierający album remix „Noc i dzień”, będący najlepszym utworem na tym krążku, a przecież właściwie z niego niepochodzącym. Oprócz tego, na plus można odnotować „Spadam” z niezłym remixem samego Zjawina oraz tragicznym Czarnego. Właściwie to tyle dobrego. Co najbardziej boli, to dwa koszmarne remixy, znakomitego przecież „W moim świecie”, które psują ten, najlepszy od czasów nagrywanych z Noonem płyt, utwór Pezia, notabene nieobecny tutaj w oryginalnej wersji. Królują dziwaczne twory, które w swoim lekko rockowym zacięciu chyba miały być oryginalne, ale coś nie wyszło. Szczególny diss należy się za fatalne „Nieważne”, które nieśmiało ucieka od tru hh w kierunku bliżej nieokreślonym, by ostatecznie wylądować w rejonach ujemnych.

Niby jest to płytka dla fanów, limitowany nakład, marketing szeptany, „artystyczne” zdjęcie na okładce i autografy dla tych którzy byli pierwsi. Tylko ciężko mi uwierzyć , że ktoś, kto kupił trzy poprzednie płyty Pezeta jest usatysfakcjonowany tym albumem. Kiepsko wydany digipack i wygórowana w stosunku do jakości wydania cena, do tego słabiutki koncept i jego ogólne wykonanie, skutecznie odrzucają od tej płyty. W kontekście tego wydaje się, że najlepsze czasy i rozkminy Pezet ma już za sobą, a teraz najwyraźniej nie ma już na siebie pomysłu. Wypadałoby skończyć z klasą, ale na to już chyba za późno. -Łukasz Halicki

http://www.myspace.com/pezet81