Polish press #1

Nowy cykl zbierający najciekawsze artykuły, wywiady, podsumowania i tym podobne, dotyczące oczywiście wyłącznie polskiej muzyki. Prawdopodobnie co 1-2 miesiące, lecz to się jeszcze okaże. Inspirowane ziemią niczyją.

Wywiady:

  • Wywiad z Natalią Fiedorczuk, w którym między innymi o tym, że nigdy nie przyszedł jej do głowy (tak na poważnie) duet z Maćkiem Cieślakiem.
  • Z kolei Paula i Karol uświadamiają w Hiro, że ich piosenki wcale nie są wesołe, a Warszawa jest bardzo plastyczna.
  • Macio Moretti złapany przez reporterów plejada.pl (!?) świeżo po otrzymaniu Paszportu Polityki.
  • Na interii, interesujący, choć nieco banalny wywiad z najlepszymi obecnie metalowcami z Polski, czyli zespołem Blindead.
  • W najnowszym numerze PopUp warto zwrócić uwagę na wywiady z Paulą i Karolem, Wojtkiem Mazolewskim o jego aktywności twórczej oraz Karolem Schwarzem między innymi o pomyśle przygotowania własnego festiwalu muzycznego i reedycji 100 Filmów.

Podsumowania, rankingi:

Nowinki:

  • YouTube będzie płacił polskim artystom, a z kolei ZAIKS podsumowuje straty. Oczywiście, zarówno zyski z porozumienia z YouTube, jak i straty z piractwa tyczą się tylko wielkich, środowiska niezależne chyba tylko zyskuje w Internecie.
  • Życie Warszawy ciekawie o otwarciu nowego miejsca na kulturalnej mapie Warszawy, gdzie było można usłyszeć Pink Freud, Pogodno oraz Braty z Rakemna, a mnie tam niestety zabrakło.

Ciekawostki:

Polska 2010: Płyty

To nie jest wcale tak, że poprzedni rok był słaby, ale żeby ująć to uczciwie 2010 zjadł 2009 już w przedbiegach. Przynajmniej w kategorii muzyka polska. Dużo się działo, dużo się wydawało, pojawiły się świetne nowe labele (My Shit In Your Coffee, U Know Me Records), bardzo aktywnie udzielali się też starzy gracze (Lado ABC, Mystic Records). Wydarzyły się ożywcze przetasowania w składach (Pink Freud, Pogodno), powroty dobrych kumpli (Mikołaj Bugajak) oraz kilka ciekawych debiutów (Tin Pan Alley, Wolfgang in a Truck). Także jest się czym cieszyć, bo od paru dobrych lat widać ciągły rozwój na naszym podwórku, nawet jeśli ciągle odbywa się to raczej w skali mikro i w większości przypadków niestety ciągle po kosztach. Nadal są rejony, w których dopiero wydarza się przecieranie szlaków, jak chociażby rejony IDMu w które w tym roku zapuścił się Teilete czy indie-folk w wydaniu Pauli i Karola, jednak wreszcie mamy do czynienia z praktycznie pełnym spektrum dźwięków w wydaniu polskim. W odwrocie po bardzo dobrym roku 2009 są hip-hopowcy, za to w natarciu nasi jazzmani, którzy śmiało poszerzają granice gatunku, tworząc coś na miarę naszego sztandarowego produktu eksportowego. Także był to bez wątpienia znakomity rok dla polskiej muzyki, a patrząc na premiery zbliżające się w tym roku, z których wystarczy nadmienić chociażby takich pewniaków jak Ścianka, Psychocukier i Kobiety, może być jeszcze lepiej.

Co do samego podsumowania – w tym roku, po paru głębszych przemyśleniach postanowiliśmy na alfabetyczną listę naszych faworytów, bez miejsc, bez odnoszenia się co od czego lepsze. Żeby nie wyglądało to na ranking popularności, a po prostu listę rekomendacji, tego co wyryło największe ślady w naszych zblazowanych mózgach. 13 pozycji, bo tyle wydaje się być rozsądną liczbą, by zmieścić to co najlepsze. Kompilowali tradycyjnie Łukasz Halicki oraz Emil Macherzyński, zaś dobrym słowem wsparł Dawid Bartkowski. Sobie życzę więcej czasu na pisanie, a wam żeby się chciało czytać. Finito, oficjalnie zamykamy 2010. -Łukasz Halicki

B Szczęsny: Beyond Midnight
[Brennnessel, 2010]

Szukając czegoś o Szczęsnym na samym początku znajomości natrafiłem na jakimś forum na jego posty konsultujące brzmienie któregoś kawałka. Dowiedziałem się tam, że komuś nie pasowały talerze, a sam B tłumaczył, że stare struny w basie miał. Nie pamiętam już co ci wszyscy znawcy i profesorowie mu odpisali (bo wszyscy się oczywiście znają i są zajebiści we wszystkim i to nie ich wina że nic nigdy nie jest takie znowu zajebiste mimo, że wszyscy znają się na wszystkim i są zajebiści), ale ogółem to chciałem wyjść do tego, że niepotrzebnie zgłaszał bohater naszego wpisu jakieś wątpliwości. EP-ka jest git. -Emil Macherzyński

Cieślak i Księżniczki: Cieślak i Księżniczki
[My Shit In Your Coffee, 2010]

Koncerty Cieślaka i Księżniczek są jeszcze lepsze niż płyta. Uwierzcie mi, byłem w tym roku na trzech i żałuję, że nie miałem szans na więcej. To jest ten rodzaj muzyki, który smyra tego mojego głęboko skrytego wewnętrznego dobrego duszka. Przyznaję się – były ciarki, były emocje, chcę więcej. Oszalałem na starość, tak dobra jest ta płyta. Trochę piosenkowa, trochę zwiewna, odrobinę uciekająca w stronę rozmytych improwizacji, ale zdecydowanie trzyma się w ryzach obranej ścieżki. Cieślak wraz z księżniczkami niby nie nagrali niczego przełomowego, nie porwali się na dziwne innowacje w krainie akustycznego grania, a mimo to bez problemów podbili to terytorium. Podczas gdy inni wykonawcy najczęściej ocierali się o banał lub co najwyżej symulowali emocje, oni naprawdę docierają tam gdzie taka muzyka powinna. Także wybaczam tą nieustannie przekładaną premierę i niecierpliwie czekam na więcej. -Łukasz Halicki

Ed Wood: Anal Animal
[Lado ABC, 2010]

Dzikie gitarowe harce wspierane nie mniej zwierzęcą perkusją i dzikimi skowytami wokalu. Haaałas. Zjawiskowa okładka, szaleństwo oraz piękne, poetyckie tytuły piosenek. Bezkompromis. Słowa, które nie istnieją, dźwięki których inni się boją. Jazda bez trzymanki, prawdziwy rockowy pazur, a chłopaki dają czadu. Czujecie w ogóle czerstwość tych stwierdzeń? Ale to wszystko prawda. Barbarzyński, bestialski, brutalny, dziki, gwałtowny, nieludzki, okrutny, zwierzęcy noise rock. Wszystko z jednego wpisu w słowniku synonimów, a przecież każde słowo pasuje tutaj jak ulał. Zwariowana, radykalna odnoga rocka, którą misjonarze katoliccy od wieków próbują wyplenić z Ziemii. Brzmienie pozornie milionów garażowych kapel, ale błyskotliwość, odwaga i talent godne panteonu gatunku. W ogóle recenzje, co za durny pomysł. -Łukasz Halicki

Jazzpospolita: Almost Splendid
[Ampersand Records, 2010]

W szerszym rozpoznaniu (czytaj – na albumie) Jazzpospolita jawi się zdecydowanie bardziej ansamblem postrockowym niż stworem jazzowym sensu stricte. I to jest super, naprawdę, żyć ze świadomością zespołu podróżującego po świecie Tortoise czy Jaga Jazzist z taką swobodą, i to na wyciągnięcie ręki. Powoduje to jednak u mnie dosyć smutną konkluzję, że musieli się wziąć za to ludzie z jazzowymi korzeniami, bo dla reszty kraju to w dalszym ciągu oznacza granie arpedżia na głębokim delayu (vide sympatyczne strasznie New Century Classics, które lubię bardzo i nie jest to zarzut). W każdym razie, tytuł jest może i trochę cyniczno-proroczy, ale w końcu raptem ‚slightly short of or not quite accomplished’, także don’t sweat it, zespole. Będzie lepiej. -Emil Macherzyński

Kixnare: Digital Garden
[U Know Me Records, 2010]

No właśnie Noon wychodzi, wchodzi Kixnare i jest już jakby ciekawiej, choć też nie da się wyciągnąć zbyt jasnej paraleli pomiędzy dwoma producentami. W ogóle Łukasz chyba dał mi te płyty do opisów za kare, bo „nie mam jeszcze wszystkich potrzebnych danych” czy jak to szło. W każdym razie, poziom światowy, Prefuse 73, te sprawy. Ambientowo rozlane tła, pocięte wokale i wyraziste rytmy. Chciałbym wprawdzie, by wszyscy producenci tego typu olali eksponowanie rytmiki i skupili się właśnie na tych znacznie fajniejszych samplach-ornamentach, ale nie można mieć wszystkiego, a Digital Garden i tak naprawdę robi wrażenie już jakie jest. I ta okładka – wow! -Emil Macherzyński

Levity Trio: Chopin Shuffle
[Universal, 2010]

W zeszłym roku nawet Kalwi i Remi wzięli na warsztat Chopina. Wiecie, jak się nałoży na ten cały fortepian „dobry” bit, to mamy prawdziwy klubowy banger. Na szczęście, oprócz całej masy podobnych hołdów, mieliśmy również do czynienia z bardziej ambitnymi próbami zmierzenia się z dziełami Chopina. I nie ma co ukrywać, że dwupłytowe Chopin Shuffle jest najlepszym dowodem na to, że da się to zrobić ambitnie, a zarazem skutecznie unikając zbyt głębokiej ingerencji w materię wyjściową, jak również zbyt oczywistego inspirowania się. Wspólnie z Toshinori Kondo muzycy Levity wzięli na warsztat cykl 24 preludiów op. 28 Chopina i potraktowali je z należytym szacunkiem, nie bojąc się przy tym bardziej śmiałych wycieczek w nieznane. Efekt finalny to fantastyczny kolaż całej masy znakomitych pomysłów, gdzie jazzowe spektrum dźwięków okazuje się być jedynie punktem wyjściowym w kierunku rocka, popu, a nawet odrobiny elektroniki. Wszystko oczywiście z zacięciem klasycznym, ale warto podkreślić, że twórczości Chopina bywają tu chwilami zaledwie strzępki, które nawet w takich momentach doskonale współgrając z tym, co proponują nam muzycy Levity. Brawa za odwagę, inwencję, nieszablonowość i „Take Me To The Woods”. Klasa sama w sobie. -Łukasz Halicki

Mikołaj Bugajak: Strange Sounds And Inconceivable Deeds
[Nowe Nagrania, 2010]

Muzyka, która bardziej brzmi niż gra to u nas naprawdę rzadkość w tym świecie kompresji i Fruity Loops. Dlatego choć zarzuty o brak substancji (bez skojarzeń) uważam za całkiem słuszne, to w sumie co z tego? Słucha się świetnie i brzmi naprawdę wspaniale, a akordy to ja sobie mogę poanalizować w „Deacon Blues”. Post-Noon to naprawdę ciekawa postać i mam nadzieję, że kolejne wydawnictwa nie przyjdą za kolejne kilka lat. -Emil Macherzyński

Paula i Karol: Goodnight Warsaw (EP)
[self-released, 2010]

Overshare to świetna płyta, bez wątpienia godna uwagi, jednak to Goodnight Warsaw sprawia wrażenie muzyki bliższej słuchaczowi. Wszystko rozchodzi się o brzmienie – podczas gdy ta EP-ka cieszy swym nieco chałupniczym zacięciem, właściwy debiut Pauli i Karola ze swoją bardziej wymuskaną produkcję traci odrobinę ze swej nieco pretensjonalnej (w pozytywnym sensie!) intymności. Cymbałki nie brzmią już jak te, na których grał kolega z ławki na lekcji muzyki, a sami muzycy ze swoją niesłychaną radością i optymizmem są jakby parę centymetrów dalej. Różnice minimalne, jednak to odrobinę amatorska wersja „Mothers Stew” z Goodnight Warsaw obdarowuje większym rogalem, a utwór tytułowy w wydaniu Casiotone wprost niszczy wersję albumową. Nie mówiąc już o doprawdy fenomenalnym „5, 6, 7, 8”, którego na Overshare najbardziej mi brakuje. Czyżby wygrała pierwsza miłość? -Łukasz Halicki

Pink Freud: Monster of Jazz
[Universal, 2010]

Prochu faktycznie nie wymyślili, ale wreszcie nagrali płytę na miarę swoich możliwości, które patrząc na ich świetne koncerty, są zupełnie nie byle jakie. Skutkiem tego było, że do tej pory za ich najlepszy album było można uznawać koncertówkę, na szczęście wraz z nadejściem potwora to już nie jest aktualne. Ślizgając się gdzieś pomiędzy dobrze już wytrenowanym krzyżowaniu gatunków („Goz Quarter”), odrobiną szaleństwa („Warsaw”), filmowymi tematami („Polański”) oraz klasycznie melancholijnym jazzem („Red Eyes, Blue Sea And Sand”), wreszcie osiągają to co było w ich zasięgu od bardzo dawna. Na Monster of Jazz tradycja nie jest zbyt tradycyjna, a wariactwa nie są zbyt wariackie. Zarówno szacunek dla materii, którą operują, jak i dobrze znane w ich wykonaniu ciągoty do rozsadzania granic gatunku, zostały na tym albumie idealnie wyważone, przez co czuć, że mamy do czynienia z zespołem dojrzałym, któremu dawno udało się wypracować swój własny styl i w końcu skwitował to zestawem 12 genialnych kompozycji umieszczonych na jednej płycie. -Łukasz Halicki

Pogodno: Wasza Wspaniałość
[Mystic Records, 2010]

W kraju gdzie śpiewanie w rodzimym języku stało się passe, Budyń jako jedyny w tym podsumowaniu okazuje się być prawdziwym Polakiem i dalej twardo nawija po polsku. Prawdopodobniej robi to też najskładniej w swojej karierze, co wcale oczywiście nie oznacza zwiększenia przystępności jego tekstów. Bo tak naprawdę, pomimo zmian w składzie zespołu, mamy ciągle do czynienia z dawno już wypracowaną przez Pogodno formułą dziwacznego rock’n’rolla z ciągotami w kierunku psychodelii, jednak wreszcie udało się im nagrać spójny i bardzo konkretny album. Z przymrużeniem oka, chwilami absurdalnie czy wręcz kuriozalnie, Budyń snuje wcale niegłupie opowieści o relacjach międzyludzkich, przez co Wasza Wspaniałość po uważnym wsłuchaniu się, staje się albumem z drugim dnem, który zdecydowanie intryguje i ciekawi. Ja rozumiem, że nie są to klimaty dla każdego, ale warto spróbować, chociażby po to by się przekonać, że po polsku też jeszcze można. -Łukasz Halicki

Tin Pan Alley: Palm Waves. Figures for Chants, Quotes & Noise Burst
[Gingerbread Records, 2010]

Kuba Ziołek okazał się w tym roku bardzo aktywną postacią i udało mu się wydać dwie znakomite płyty, a ponoć jeszcze więcej nagrać. Tin Pan Alley to ten bardziej przystępny fragment jego twórczości, choć i tak chyba tego w radiu nie grają. Błyskotliwie zawadiackie gitarowe granie inspirowane indie esencją lat 90-tych. Tak powinno brzmieć ich hasło reklamowe, gdyby sprzedawali tą płytę w supermarketach. Dobre piosenki i hałas z melodiami nie są niestety ulubioną pożywką Polaków, w związku z czym Tin Pan Alley skazani są na niezależny byt lub niebyt, gdzie niestety brakuje chętnego na wydanie ich drugiego krążka, a o Palm Waves mało kto wspomina w jakimkolwiek podsumowaniu. Trochę szkoda, bo te 8 utworów, wśród których szczególnie wypada wyróżnić fenomenalne „The Playground”, konkretnie miecie i żal by było gdyby za parę lat ten album stał się deep undergroundowym wydawnictwem, o którym pamięta jakieś 5 osób. Ja im tego na pewno nie zapomnę. -Łukasz Halicki

Teielte: Homeworkz
[U Know Me Records, 2010]

Moje rodzinne miasto – Płock – nie jest urodzajem dobrej muzyki wszelakiego gatunku. Ni stąd, ni zowąd pojawia się nagle koleś, którego debiutancki album mocno miesza w głowach słuchaczy i recenzentów. Zrobił rzecz, której w naszym kraju jest jak na lekarstwo. Zrobił także rzecz, która jest na poziomie „zagranicznym”, czyli coś, co wcale nie taką normalką u nas. Żeby postawić obecne brzmienie Teielte z takim Flying Lotusem, jest jeszcze za wcześnie, ale spokojnie możemy powiedzieć o inspiracjach płynących z piwnic Los Angeles i większości WARPu. Troszkę od Ninja Tune, Nosaj Thinga i mamy własne Homeworkz . Na sam koniec chwała dla UKnowMe za to, że zdecydowali się debiutować razem z Teielte. Odważne to było, ale jak pokazuje czas – warto. -Dawid Bartkowski

Wolfgang in a Truck: Wolfgang in a Truck
[Cindie, 2010]

To znaczy ja w ogóle chyba nie powinienem nic pisać o nich skoro wódke piłem i w ogóle, ale fakt pozostaje faktem, że trochę nie docenia się u nas tego sprawnego kwintetu. Wprawdzie nie udało się jeszcze chłopakom przetransportować CAŁEJ genialności ich połączenia 80s post-punku z psychodelą i czym tam jeszcze, ale to są brzegi pod papier ścierny. Fakt pozostaje faktem, że kiedy cała Polska Młodzież dzieli się na niedobitki po indie 2.0 i Brennnessel, oni biorą sobie Medium Medium i ubierają w popowe melodie. I to jest, kurde, super, wiecie? -Emil Macherzyński

Polska 2010: Inny punkt widzenia

Żeby zbędnie nie przedłużać i nie oddalać się od głównego celu tego podsumowania, czyli popularyzowania tego, co najlepsze w polskiej muzyce, przed wami wybór ulubionych polskich płyt roku 2010 dokonany przez samych artystów (i nie tylko). Trochę z różnych światów, czasem trochę nie do końca z tego roku, ale przede wszystkim różnorodnie i ciekawie. Typowe podsumowanie za tydzień, tymczasem zachęcam do lektury tego, co polecają nasi ulubieńcy. -Łukasz Halicki

Michał Biela (Kristen, Ścianka):

1. Etam Etamski: KOSMOS EP (Qulturap)
To polska płyta, której najwięcej słuchałem w tym roku. Została wydana chyba w 2009, ale nie zaszkodzi, jeśli napiszemy o niej w 2010. To nie Kosmos na haju, a raczej jakby mnich Zen odsłuchiwał dźwięki dawnych cywilizacji z zardzewiałych maszyn. To jest bardziej kosmos Lema, a nie psychedelic cosmos. Jak dla mnie to arcydzieło.

2. Mikrokolektyw: Revisit (Delmark)
Chociaż nie pokazuje prawie w ogóle improwizacyjnego oblicza zespołu, które moim zdaniem jest najlepsze, jest to świetna płyta, którą przesłuchałem kilka razy pod rząd, a rzadko mi się to zdarza. Jej minimalizm wciąga bez pamięci.

3. Ed Wood: Anal Animal (Lado ABC)
Płyta ma świetne momenty: im ostrzej tym lepiej. Ale najważniejsze jest to, że daje przedsmak najlepszego koncertowo zespołu w PL. Ogień.

4. Ola Bilińska  www.myspace.com/olabilinska
Nie wydała jeszcze nic, ale to najpiękniejszy polski głos AD 2010. Wystarczy posłuchać tych trzech nowych rzeczy na myspace, nagranych na mikrofon w laptopie. (mam nadzieję, że jeszcze tam są, teraz nie jestem w stanie sprawdzić, mam za wolny internet).

5. Adam Repucha
Ani płyty, ani myspace, a to dla mnie największy polski songwriter w historii. Muzycznie wywodzi sie z tradycji którą znamy przez Devendrę Banharta (a dużo wcześniej Marca Bolana z Tyranousarus Rex) ale w połączeniu z niesamowitymi tekstami jest to zupełnie nowa jakość. Oprócz tego w tym roku zrobiły na mnie wrażenie koncerty ParistTetris oraz Cieślaka i Księżniczek.

Nela Gzowska (Kobiety):

Moim zdaniem najlepsza płyta to Tres.B: The Other Hand. Oni co prawda są polscy w 1/3, ale to się chyba też liczy, co nie?:)

Tomasz Skórka (Muchy):

  1. Rychu Peja SoLUfka: Czarny Wrzesień – album, jakiego w historii polskiej muzyki jeszcze nie było! Peja jest prawdziwy i szczery do bólu, a to się ceni najbardziej.
  2. Niwea: 01 – hipnotyzujace i mocno uzależniające, a ja na uzależnienia jestem podatny.
  3. O.S.T.R.: Tylko dla dorosłych – zacząłem w tym roku słuchać sporo hip-hopu, a wiadomo kto w Polsce jest najlepszy.
  4. Pogodno: Wasza wspaniałość – każdą płytę tego zespołu słuchałem namiętnie – tym razem nie było inaczej.

Stefan Nowakowski (Jazzpospolita):

  • Levity Trio: Chopin Shuffle – trochę na wyrost, bo głównie za porażenie mnie koncertowo. Wybitny, cudowny, najlepszy koncert jaki słyszałem w tym roku (Kraków, festiwal Jazz Juniors). Studyjne wersje nie robią już takiego wrażenia, ale na żywo są piorunujący. Także trochę za całokształt AD 2010.
  • Pink Freud: Monster of Jazz – stara – młoda gwardia. Bardzo lubię ten zespół i cieszę się, że się rozwija, mimo drastycznych zmian w składzie. Wspaniały koncertowo.
  • Mikrokolektyw: Revisit – świetna kontynuacja wrocławskiego nurtu psycho-trip-jazzu zapoczątkowanego przez Robotobibok. Imponuje mi jak Suchar i Majewski radzą sobie we dwa instrumenty (o.k. z pomocą mooga, ale zawsze). Płyta niby alternatywna, ale przystępna. Dużo transu ładnych melodii.

Jak zwykle, ilekroć go słyszałem, powalał mnie Marcin Masecki, niekoniecznie w Paristetris. Podobały mi się płyty: Kristen, L.Stadt, Newest Zealand (bardziej na płycie niż na żywo), Incarnations, We Call It A Sound, Mikołaja Bugajaka, a z takich już zupełnie rozdmuchanych rzeczy – Much i Brodki. Oczywiście wiele, wiele innych, ale z pisaniem o muzyce to trochę jak z NBA na komputerze.

Kuba Ziołek (Tin Pan Alley, Ed Wood):

Cztery luźne typy (to w sumie prawie wszystkie polskie płyty, jakie słyszałem w tym roku):

  • Kristen: Western Lands – obok AGD: Echolokator moja ulubiona polska płyta ostatnich 260 lat (+ ukłony dla Etamskiego).
  • Mikrokolektyw: Revisit – Suchar i Majewski to obok Jachny i Buhla, Suchara i Lebika, Eda i Wooda mój ulubiony polski duet, a ta płyta wyjaśnia dlaczego Don Cherry miał rację, a Hitler nie.
  • Indigo Tree: Blanik – chciałbym, że Filip był matką mojego dziecka, Piotrek moim instruktorem aerobiku, a Michał będzie nas wszystkich polewał śmietaną.
  • Slug Duo: Organic Stone – duma mnie rozpiera, że takie płyty powstają w Polsce, jako fan free jazzu witam tego rodzaju projekty z bezgraniczną radością.

Piotr Lewandowski (Indigo Tree):

  • Kristen: Western Lands
  • Ed Wood: Anal Animal
  • Mikrokolektyw: Revisit

Paweł Milewski (Twilite):

  • Indigo Tree: Blanik – Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy gdy myślę o fajnych tegorocznych polskich płytach. Bezpretensjonalne podejście do piosenek, świetne melodie, niby miękko ale potrafią przywalić tak gęstym fuzzem, że nie mam pytań. Płyta świetnie sprawdza się jako całość, no i brzmi zajebiście.
  • Kristen: Western Lands – Taki ‚post-rock’ lubię, jest zwiewnie ale i napędzająco, bardzo starannie jest to wszystko zaaranżowane, do wielokrotnego słuchania.
  • Newest Zealand: s/t – Może sprawia momentami wrażenie zbyt wykalkulowanej muzyki i przez to wypranej trochę z emocji, jednak wciąż słucham z przyjemnością.

Dodatkowo debiut Kyst i Cieślaka z Księżniczkami mają momenty, które mocno ruszają, jako całość może już tak mnie nie biorą, jednak chętnie wracam. Wiem, że Rafałowi mocno do gustu przypadły oprócz tych wyżej, płyty Kim Nowak i Paris Tetris.

Groh (JuNouMi Crew / U Know Me / Funky Mamas and Papas):

Nie miałem okazji w tym roku wysłuchać zbyt wielu polskich albumów, ale za to te które miałem okazję przesłuchać więcej niż raz pozwalają z optymizmem spoglądać na polską scenę szeroko pojętej muzyki „niepopowej”. Zacznę od trzech „naszych” produkcji:

  • Przaśnik: Azymic LP (Funky Mamas and Papas Recordings) – to niezauważona w kraju, ale bardzo dobrze przyjęta zagranicą płyta z okolic afrobeatu, house’u i swingu. Wrocławski duet po raz kolejny pokazał, że u nas też wiedzą co to muzyka taneczna. Zamówienia z największych sklepów z winylami w Japonii, Anglii i Niemiec są tego najlepszym dowodem.
  • Teielte: Homeworkz (U Know Me Records) – niezwykle udany debiut pochodzącego z Płocka producenta. Bardzo wysoko postawił poprzeczkę w kategorii polskiej muzyki ‚new beats’. Z niecierpliwością czekam na nowe produkcje.
  • Kixnare: Digital Garden (U Know Me Records) – hiphopowy producent z przebogatym katalogiem własnych produkcji pokazał, że klasyczne hiphopowe brzmienie można z powodzeniem łączyć z elektroniką. światowa klasa!
  • Mikołaj Bugajak: Dziwne dźwięki i niepojęte czyny (Nowe Nagrania) – zaskakująca muzycznie pozycja od legendy polskiej sceny niezależnej. Intryguje, dziwnie wciąga i zmusza do niepojętych czynów.
  • Catz’n’dogz: Escape from Zoo (Mothership) – bardzo zróżnicowana, co dla mnie jest atutem, płyta od szczecińskich mistrzów technicznego brzmienia. Rewelacyjnie wyprodukowana pozycja, przy której nie da się nudzić. Znów im się udało!

Zaraz za moim zestawieniem TOP 5, ale też znakomite: Eldo: Zapiski 1001 nocy (My Music), Stasiak: Pół żartem, pół serio (Alkopoligamia.com),  Dup!: Session in something like studio (JaMajka). To był dobry rok!

Karol Schwarz (Karol Schwarz All Stars, Nasiono Records):

Jestem totalnym ignorantem w kwestii aktualnie wydawanych płyt, polskich w szczególności więc nie powinienem wypowiadać się na ten temat. Łukasz jednak nalega, więc odpowiadam:

Jedyną polską płytą 2010, którą przesłuchałem w całości i słucham często jest Ania: Movie. Puścił mi ja raz znajomy i przyznam się, że pierwsze sekundy mnie trochę odrzuciły. Cóż za oczywisty i oklepany cover…. Jednak jak weszła perkusja…echh…. nigdy nie słyszałem tak cudnie, ciepło, oldskulowo brzmiącej perkusji. Dalej było tylko lepiej. Moje ulubione szlagiery blaxploitation plus Badly Drawn Boy. Płyta doskonale zagrana, nagrana, zaśpiewana. Dobry pomysł. Dobry POP.

Dodałbym do listy Asię i Koty. Nie wyobrażam sobie, że można nagrać coś lepszego, piękniejszego, coś bardziej wzruszającego i szczerego. Asia przebija nawet Anię.

Dodałbym też Nasiono Sampler vol 1. bo jestem dumny z tej kompilacji. Świetnie się jej słucha (nie jest to tylko moja opinia).

Czuję jednak autopromocyjny zgrzyt więc nie dodaję tego do listy najlepszych płyt 2010 zawierającej jedną tylko pozycję:
1. Ania: Movie.

Obiecuję poprawę. W przyszłym roku się lepiej przygotuję.

Pozdrawiam
Karol Schwarz
Nasiono Records

Borys Dejnarowicz (Newest Zealand, CNC):

1. Furia Futrzaków: Furia Futrzaków
Cukierkowy, teatralny i parkietowy art-nu-jazz-glam-electro-synth-pop z Warszawy. Dla fanów klawiszowych hooków ten album jest jak pudełko czekoladek, w którym każdy smak wymiata.

2. Microexpressions: Deep Snow (EP)
Duet z Jeleniej Góry kamufluje się jako fuzja najnowszych trendów indie US z East Coast (podobna produkcja mogłaby powstać w NYC), ale tak naprawdę rewitalizuje rocka progresywnego jako funkcję „treści” w muzyce.

3. Masturbator Czy jest tu piekło
„Szatan kiedyś cię dopadnie / Twoim mózgiem wnet zawładnie”. „Piętno diabła / Nosi każdy z nas”. „I am alive / Dead but alive”. Więcej nie powiem. Dzieło skończone.

4. Duże Pe: Zapiski z życia na terytorium wroga
Na (tradycyjnie) kapitalnych 90s-owych bitach Kixa roztacza Grande Pe (zaskakująco) dojrzałą diagnozę świata owładniętego materializmem i co najważniejsze nie uchyla się od winy.

5. Jazzpospolita: Almost Splendid
Wyczytałem gdzieś, że w porównaniu do Mikrokolektywu i Pink Freud, ta kapela to jeszcze „waga lekka”. Cóż, gdyby warsztat decydował o jakości muzyki, to Satriani byłby postacią ważniejszą od Beatlesów. Jazzpo = najbardziej utalentowani kompozytorzy krajowej sceny około-dżezawej od lat.

Michał Wiraszko (Muchy):

  • Niwea: 01 – muzyka do słuchania po ciemku i na słuchawkach. wywołuje przeskrajne emocje, a to w muzyce istotne.
  • Pogodno: Wasza wspaniałość – niedoceniona a warta uwagi płyta. poetycki zapis pogmatwanego życiowego esfloresu, barier międzyludzkich i kronikarska / chirurgiczna wręcz dokładność w słowach.
  • Catz’n’dogz: Escape from the Zoo – nasz parkietowy towar eksportowy. taneczna wyobraźnia i pasmowa wrażliwość niespotykana do tej pory często w polskich didżejkach. szczeciński duet coraz lepszy.

Wojtek Oleksiak (Jazzpospolita):

1. FOX BOX – bardzo dobra płyta, niezwykle ciekawa konstrukcyjnie i kompozycyjnie, fenomenalni goście (Natalia Lubrano!!). Oczywiście troszkę kalka z cieplejszych krajów ale w świetnym stylu.

2. PINK FREUD: Monster Of Jazz – chyba najlepsza płyta w dorobku freudów, doskonały skład koncertowy, to wprost nie do wiary, że można się konsekwentnie rozwijać od 10 lat.

3. Ex-aequo IGOR BOXX: Breslau i Newest Zealand. Breslau za to, że można doskonale komentować nie komentując, unikając dzięki temu dosłowności, a jednocześnie budując concept album, a Newest Zealand za ogromny talent kompozytorski pana B!

Sasza Tomaszewski (Psychocukier):

Za co i dlaczego podobają mi się niżej wymienione płyty.

Out Of Tune: Lights So Bright – za to, że podtrzymują mnie na duchu. Kiedy jest mi smutno, źle, pochmurno i zimno, nastrój poprawia mi to, że OOT ma gorzej, podobnie jak dzieci w Albanii. Cenię ich również za odwagę. Mimo zakazu zbliżania się do sprzętu grająco- nagrywającego, zbliżają się do niego. Wbrew ich zdolnościom kompozytorskim, są dla mnie bohaterami tamtego roku. Mam nadzieję, że ktoś z Warszawy wręczy im w końcu statuetkę Fryderyka.

Stop Mi!: Metamatyka – za to, że nauczyli mnie jak przetrwać ból i cierpienie, żeby dotrwać do końca płyty. Za tupet również. Wyciągnęli esencję wszystkiego, co najgorsze w muzyce przepuścili to przez delay i wydali płytę. Młoda generacja taksówkarzy chwyciła za długopisy i gitary, a to już pachnie kryminałem. Myślę, że kiedyś na podstawie tej historii powstanie jak zwykle polski, jak zwykle doskonale sklecony film. W roli głównej widzę Małaszyńskiego. Taksometr ma wypisany na twarzy.

Muchy: Notoryczni debiutanci – za to, że dają mi wiarę. Wiarę w to, że kiedyś nagrają dobrą płytę. Jednak jest jeden warunek. Z tego składu muszą odejść wszyscy, aby zrobić miejsce innym, zupełnie nowym, hm… członkom.

Niwea: 01 – za to, że ich płyta pozwala wybrnąć z trudnych sytuacji w życiu. Kiedyś kiedy chciano, żeby goście już sobie poszli, zadawało się pytanie: „Komu kawę, komu herbatę, komu palto?”. Dziś można zrobić to subtelniej, włączając płytę niemieckiego koncernu kosmetycznego. Należy tylko pamiętać o tym, żeby wcześniej pod oknami położyć materace, co by wyskakujący przez nie goście się nie pozabijali.

Krzysztof Orluk:

Mikołaj Bugajak: Strange Sounds and Inconceivable Deeds – Akustyczno syntetyczne dźwięki na światowym poziomie! Muzyka dojrzała, głęboka, dobra na zakończenie ciężkiego dnia, by się wyluzować, odpocząć… Jeden wielki minus płyty – czas jej trwania, to zaledwie 17 minut… Czuję niedosyt, gdy EPka dobiega końca trzeba znów wciskać przycisk play… szkoda, bo może szybko się znudzić.

Natalia Fiedorczuk (Nathalie and the Loners, Happy Pills):

5 polskich płyt 2010

  1. Cieślak i Księżniczki: self titled
  2. Kyst: Cotton Touch
  3. Ed Wood: Anal Animal
  4. Kristen: Western Lands
  5. Indigo Tree: Blanik

Tak, wszyscy wykonawcy są moimi znajomymi. Każdy z nich zapłacił mi po 6 browarów. Wypiliśmy je wspólnie. Oprócz łapówek – uważam że są to naprawdę dobre i solidne płyty. Tagi „maciej cieślak geniusz”, ” bezczelne szparagi z sopotu”, „bydgoszcz depresja”, „2 metry cheta bakera”, „wrocławski smętek”.

Bartosz Weber (Baaba):

Kristen: Western Lands – ekstra płyta, mimo niedostatków brzmieniowych. „We Want to Weave a Pattern” powinien być radiowym przebojem. Acha, i jeszcze przy okazji Michała Bieli – bardzo lubię zespół Kings of Caramel, choć ich płyta wyszła dawno temu i nie grają.

Ed Wood – ale nie do końca za płytę Anal Animal, tylko za koncerty.

Podobało mi się też bardzo, że w tym roku Off Festival bardzo się rozrósł i ma się coraz lepiej.

Marcin Masecki (Paris Tetris):

Ja bym powiedział, z mojej strony, że kilka ciekawych propozycji to Ed Wood: Anal Animal, Niwea: 01, Alexei Kossenko i Arte dei Suonatori: C.P.E. Bach: Concerti a flauto traverso obligato II (to tak z innego kręgu trochę, ale myślę że warto wspomnieć bo to jedyna tego typu orkiestra w Polsce i grają naprawdę fenomenalnie) oraz płyta zespołu Nic Dla Mnie, która została nagrana ale nie wyszła jeszcze niestety i nie wiadomo czy wyjdzie w ogóle, gdyż zespół nie jest w stanie się dogadać. Byłem na dwóch koncertach i były to jedne z konkretniejszych przeżyć w 2010 („Nic Dla Mnie” to Sebastian Pawlak i Daniel Pigoński).

Pogodno: Wasza Wspaniałość

Pogodno: Wasza Wspaniałość
[Mystic, 2010]
Ocena: 5-/6

Nigdy nie lubiłem Pogodna. I zupełnie nie mam pojęcia co mnie podkusiło, żeby zabrać się za ich najnowszą płytę. Wszystko to brzmi jakby jej słuchanie sprawiało mi niewiarygodny ból, w rzeczywistości jest jednak wprost przeciwnie i z pełną powagą oraz uznaniem zaliczam Waszą Wspaniałość do trójki moich ulubionych tegorocznych polskich płyt (póki co). Najśmieszniejsze w tym wszystkim, że styl i konwencja, pomimo kompletnego odświeżenia składu zespołu (punktem stałym pozostał jedynie Budyń) pozostają niezmienione. A jednak doszło do jakiegoś przesunięcia akcentów i nagle z nieznośnej kapeli stali się kapelą dobrą. Przynajmniej w moim świecie.

Zapewne duża zasługa tutaj aktorów drugiego planu czyli niezawodnego Maćka Cieślaka oraz producenckiej gwiazdy ostatnich miesięcy, Marcina Borsa. Pierwszy użyczył studia, drugi robił to co zawsze. Obaj oczywiście nie zawodzą. Jednak Pogodno kompozycyjnie również sięga swoich szczytów rzucając konkret materiał, bardzo spójny w swoim zamyśle i pomimo charakterystycznego błazeństwa, zaskakująco dojrzały. Jest szaleństwo, dużo abstrakcji, czyli to co zawsze, jednak wszystko składa się na zwartą całość, zarówno brzmieniowo, jak i na poziomie przekazu. Docenić wypada również kompozycyjną różnorodność, gdzie dla każdego znajdzie się coś miłego – są rejony średniej (w kategorii ciężaru) psychodelii jak w „Ale”, bardziej tradycyjne rock’n’rollowe formy jak „Magnes”, aż po dziwaczne formy około piosenkowe w stylu „Ciłości” czy „Piosenki Terrorystycznej”. Tekstowo króluje absurd i nonsens, zapewne dla niektórych nieznośny, ale uwierzcie mi, ja wielki wróg bełkotu, słyszę tu błyskotliwą zabawę słowami i spójny koncept, który zresztą Budyń nieustannie tłumaczy w wywiadach, co niestety nieco przypomina sytuacje typu wyjaśnianie dowcipów niekumatym kumplom. To wszystko składa się na bez wątpienia najlepszych album Pogodna i być może faktycznie nowy etap w ich karierze. Jeszcze jedna dobra płyta i może wreszcie ich polubię. -Łukasz Halicki

http://www.myspace.com/pogodno